Moje wspomnienia z dawnego Jędrzejowa
א
W ostatnich latach przed pierwszą wojną światową wyuczyłem się gruntownie zawodu drukarza. Byłem wówczas bardzo młody ale trudne warunki życia w domu rodzinnym zmusiły mnie do porzucenia szkoły i znalezienia źródła zarobku aby ulżyć sytuacji domowej. Wieczorami dokształcałem się i uczyłem się tego, czego inne dzieci uczyły się w szkole za dnia. Byłem szczęśliwy na myśl, że przyniosę do naszego domu to, czego w nim brakowało - chleba do syta. Tak też się stało. Moje młode serce rosło ze szczęścia. Kochałem bardzo swoich rodziców; szczególnie wobec ojca miałem wielki szacunek. Widziałem w nim wyjątkowego człowieka - być może [także] na widok postronnych ludzi, którzy gromadzili się wokół niego by czerpać z jego mądrości.
Już w moich młodych latach czułem, że mój ojciec jest Żydem o ogromnej wiedzy. Gdy byłem dzieckiem odpowiadał na wiele pytań, które było nam wtedy trudno zrozumieć. Kiedy byłem nieco starszy, moja miłość do niego stała się jeszcze mocniejsza. To wtedy poznałem go jako uczonego w piśmie o wielkiej wiedzy tak na temat judaizmu, jak i wiedzy ogólnej. Nie zapomniałem go po dziś dzień. Żyje w mojej pamięci - pozostanie częścią mego serca i mojej duszy na zawsze!
Mojego fachu uczyłem się w drukarni Zalmana Mordkowicza, gdzie dojrzałem także jako człowiek, zdobywając własne spojrzenie na życie. Zacząłem dużo czytać i rozumieć to, co czytałem, a także dostrzegać różnicę między dobrem a złem. Zrozumiałem wtedy, że robotnik jest wykorzystywany i że zobligowany jest do walki o swoje prawa i poprawę warunków socjalnych, w których żyje. W tamtych latach pracowaliśmy od rana do późnego wieczora; zacząłem się buntować przeciwko temu w sposób instynktowny, nie zaś w rezultacie świadomego przekonywania, że powinienem polepszać swoje warunki pracy.
W tamtym czasie nie rozumiałem dokładnie jaką drogę obrać by poza pracą mieć także czas dla samego siebie.
W 1913 roku uczniowie jędrzejowskiego seminarium nauczycielskiego, które znajdowało się za klasztorem, w budynku kościoła św. Kadłubka [w rzeczywistości Kadłubek jest błogosławionym kościoła katolickiego, nie świętym - przyp. MM], odbyli wycieczkę aż do Petersburga. Po powrocie spisali swoje wrażenia i przeżycia, a ja byłem zecerem i drukarzem tej książki. Po raz pierwszy pracowałem przy składzie i druku rosyjskiej książki. Przystępowałem do pracy z wielkim zapałem i wkrótce miałem gotową około sześćdziesięciostronicowa książkę, która równie szybko została poprawiona przez uczniów seminarium i była gotowa do druku. Ni stąd ni z owąd otrzymałem zawiadomienie od dyrekcji seminarium, która zarządziła przerwanie prac, nie podając żadnych powodów. Było to latem 1914 rok. Lato natomiast było szczególnie „gorące” tego roku…
Pewnego dnia przed świętem Tisza be-Aw [przypada w lipcu lub sierpniu - przyp. MM], gdy spałem smacznie, rozległo się pukanie do moich drzwi. Był to powiatowy żandarm, który zapytał: „Zdjes’ żywjot gospodin Chencinski?”. Bardzo się przestraszyliśmy - wizyta rosyjskiego żandarma nigdy nie była dobrym znakiem. Żandarm zapytał czy syn, drukarz, jest w domu. Mój ojciec potwierdził. Żandarm rozkazał mi ubrać się szybko (nie krzyczał przy tym), ponieważ czekała na mnie robota drukarska, która musiała być wykonana jeszcze tej nocy. Uspokoiłem się nieco i starałem się także uspokoić moich rodziców mówiąc, że przed świtem będę z powrotem w domu. Żandarm nie wspomniał jednak ani słowem do czego właściwie mnie wzywano.
FOTO
Doroczny jarmark w Jędrzejowie, rok 1913
Gdy tylko dotarłem do rosyjskiego naczelnika, podano mi tekst w języku rosyjskim. Było to obwieszczenie w imieniu rosyjskiego cara. Uprzedzono mnie bardzo dobitnie bym, dopóki obwieszczenie nie zostanie upublicznione, nie opowiadał nikomu jego treści ponieważ jest to tajemnica państwowa. W asyście dwóch żandarmów wszedłem do drukarni. Była mniej więcej druga w nocy i właściciel drukarni, Zalman Mordkowicz, był już na miejscu. Pod nadzorem żandarma rozpocząłem składanie obwieszczenia. Jego pierwsze słowa brzmiały: „Dnia 18 czerwca 1914 roku Niemcy wypowiedziały nam wojnę”.
Moje dziecięce oczy przesłonił wielki strach słysząc po raz pierwszy, że doszło do wojny pomiędzy dwoma tak potężnymi krajami.
Skończywszy pracę odetchnąłem z ulgą ale głęboko w sercu dręczył mnie dziwny niepokój i strach na myśl o tym co oznacza to straszne słowo: wojna!
Gdy pospiesznie wracałem do domu, był już dzień. Obwieszczenie wisiało już w całym mieście i rozpoczęła się mobilizacja!
Rozpoczęło się święto Tisza be-Aw ale tym razem wszyscy Żydzi przeczuwali nową katastrofę [nawiązanie do święta ponieważ symbolizuje ono zburzenie Świątyni Jerozolimskiej]. Ojcowie i matki mieli osowiałe twarze z powodu wcielenia ich synów i mężów do wojska. Kobiety i dzieci były zdezorientowane ponieważ czuły co tracą i co ich czeka. Mnie samemu serce biło mocniej, ogarnął mnie strach. Mój starszy brat, Mosze, służył w wojsku w Rosji - kochałem go bardzo i nie mogłem zrozumieć - dlaczego musi iść na wojnę i ryzykować życie za carski tron…
Rosjanom nie udało się przeprowadzić mobilizacji w szybkim tempie ale niestety większość [poborowych] została zmobilizowana i wysłana wgłąb Rosji. Miasto pogrążyło się w głębokim smutku ale wkrótce nie było już czasu na smutek - pojawiły się pierwsze pograniczne oddziały rosyjskich kozaków. Kiedy żołnierze uciekli z Sosnowca, Częstochowy i innych miejscowości granicznych, kozacy zaczęli rabować. We wszystkich miastach i miasteczka pojawiła się panika - Żydzi ukrywali się gdzie tylko kto mógł.
Miejscowe rosyjskie władze, z naczelnikiem powiatu Głowackim na czele, opuściły Jędrzejów - zapewniając jednocześnie przy tym, że w ciągu kilku dni powrócą. Gdy tylko Rosjanie opuścili Jędrzejów pozostawiając wszystko bezpańskim, oddział strażaków zorganizował cywilną milicję by chronić miasto przed złodziejami i atakami chuliganów. W czwartek targ odbył się normalnie - chłopi przyjechali by sprzedać swoje produkty, a Żydzi jak zwykle przygotowywali się do szabasu, chodzili modlić się (...). Jednakże czuło się, że targ jest inny niż zwykle. Z nastaniem ciemności Żydzi musieli gdzieniegdzie bronić swoich domów.
FOTO
Ulica Klasztorna w Jędrzejowie
Nagle na ulicy zrobił się ruch, konkretnie w okolicy zamieszkałej w większości przez chrześcijan. Młodzież i starsi mężczyźni, jak i żydowscy chłopcy, biegli w kierunku szosy Wodzisławskiej. Mówiono, że tam, hen daleko za pagórkiem, pojawili się żołnierze w niebieskich mundurach mówiący tylko po polsku - i że musza to być legioniści z austriackiej armii (…). Było też pewne, że jest wśród nich ich dowódca, Józef Piłsudski. Starsi mężczyźni rozmawiali o tym szeptem. Poważnie obawiano się, że Kozacy nagle wrócą i wezmą odwet doprowadzając do rzezi i rozlewu krwi. Ale mali psotnicy z zapałem i ciekawością, wybiegając żołnierzom naprzeciw, zaczęli krzyczeć: „Niech żyje Polska! Niech żyje Piłsudski!” Tak nauczyli nas wołać Polacy, i tak wołaliśmy razem z nimi. Z radością podeszliśmy do żołnierzy i zaczęliśmy z nimi rozmawiać po polsku. Siedzieli na niskich furmankach, które zarekwirowali chłopom z pobliskich wsi. Wypytali nas czy są w pobliżu Rosjanie, po czym zaczęli maszerować w kierunku miasta śpiewając polskie pieśni patriotyczne z Legionów. Dla nas dzieci była to ogromna radość. Byliśmy oszołomieni widokiem „prawdziwej broni” w rękach żołnierzy. Wkrótce [żołnierze] zarekwirowali dom Ferensa i mieszkanie doktorowej Basi Epsztajn [jedna z jędrzejowskich dentystek mieszkająca przy pl. Kościuszki 6 - przyp. MM], gdzie umieścili swoją komendanturę. Tutaj zatrzymał się dowódca i inni oficerowie Legionów, którzy w kolejnych latach zostali ważnymi urzędnikami państwowymi.
Wśród chrześcijańskich mieszkańców odżyła, dotąd uśpiona, nadzieja na odzyskanie przez Polskę niepodległości. Komendant miasta ustanowił biuro mobilizacyjne - mnóstwo ochotników zaciągnęło się do polskich Legionów. Była wśród nich także niewielka grupa Żydów - przede wszystkim zasymilowanych, ale nie tylko.
Minęło kilka dni, życie ustabilizowało się nieco. Zewsząd słychać było legionowe pieśni. Ochotnicy uczyli się wojennego rzemiosła. Wydawało się, że taki stan potrwa dłuższy czas ale nikt nie był w stanie przewidzieć co będzie dalej. Komendantura Legionów wydała całe mnóstwo nakazów ale nie przywróciły one normalnego trybu życia. Żydzi mogli odetchnąć - stosunek legionistów do Żydów był dobry. Wyczuwaliśmy z ich strony demokratycznego ducha.
Tak minęło kilka tygodni. W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że Legiony dotarły do Kielc, gdzie przebywały dzień-dwa, jednakże po [przegranej] walce z Kozakami musiały się wycofać.
Tymczasem życie w Jędrzejowie nadal toczyło się normalnie: w czwartki odbywał się targ. To były piękne letnie dni. Chłopi przyjeżdżali pełnymi furmankami. Również sklepy były pełne towarów. Wszyscy handlowali - kupowali, sprzedawali, jak gdyby nie było żadnej wojny.
W dzień targowy, gdy handel trwał w najlepsze, wybuchła nagle straszna panika. Na targowisku, pomiędzy kramami, pojawili się legioniści krzycząc by wszyscy czym prędzej rozeszli się do domów. Sklepy zamykano w pośpiechu, a część kupców postanowiła zabrać swoje towary do domów. Towary, które pozostały na targowisku oraz zamknięte sklepy, stały się [właściwie] bezpańskie i zaczęto je rabować. Pojawiło się obwieszczenie, że wszyscy mieszkańcy miasta muszą pozostać w domach, bramy i drzwi należy zamknąć i nie pokazywać się na ulicach ponieważ grozi to śmiercią.
Ulice momentalnie opustoszały i zaległa taka cisza, jakby w nie było [w mieście] ani jednej żywej duszy. Strach był wielki. Zasłoniliśmy okna tak aby nie było widać co dzieje się na zewnątrz. Zapadła noc, miasto okryły ciemności. Nie było światła elektrycznego, a zapalanie lamp w domach było zabronione. Tej nocy nikt nie spał - wszyscy nadstawiali uszu na to, co działo się na zewnątrz. Ale w miasteczku panowała grobowa cisza. W piątek o świcie jeden z naszych wdrapał się na dach domu by zobaczyć co dzieje się na ulicach ale szybko wrócił, przerażony panującą w mieście martwą ciszą.
Gdy wstał dzień, z sąsiedniego domu wyszła na ulicę „delegacja” by zobaczyć co się dzieje, a także by znaleźć trochę chleba. Po pewnym czasie [delegacja] obwieściła, że miasto jest wolne od legionistów, którzy w wielkim pośpiechu odjechali poprzedniego wieczora, rozkazując [jednocześnie] mieszkańcom by pozostali w domach…
W mieście nie pozostał żaden żołnierz. Wkrótce zorganizowano „straż obywatelską”, która przejęła rządy w mieście.
Żydzi, na ile mogli, rozpoczęli przygotowania do szabatu. Piekarze pospiesznie piekli chałę. Wszystko zdawało się być jak gdyby nigdy nic - z jednym wyjątkiem: wszyscy witali szabat wyłącznie we własnym domu lub z innymi Żydami mieszkającymi w tym samym budynku [chodzi o ceremonię powitania szabatu - Kabalat Szabat - przyp. MM].
Następnego ranka, w szabat, Żydzi wyszli na modlitwę - jeden do swojego „sztibla”, inny do bejs midraszu, po czym wszyscy w pokoju wrócili do domów. Odmówiliśmy kidusz [modlitwa szabatowa odmawiana nad kielichem wina - przyp. MM] i zjedliśmy co było w domu. Nagle zamieszanie - dwóch młodych Kozaków z lancami i nabitą bronią zjawiło się przed mostem na ulicy Kieleckiej. Przywołali do siebie chrześcijanina [jid. krist - zwykle chodzi po prostu o nie-Żyda] i rozkazali mu by w ich obecności przeszedł przez most w tę i z powrotem - aby upewnić się, że most nie jest zaminowany. Następnie galopem pognali na rynek. W tej samej chwili pojawiło się dwóch Żydów z siwymi brodami. W rękach trzymali srebrną tacę z chlebem i solą jako znak serdecznego powitania ze strony jędrzejowskich Żydów. Chcieli w ten sposób zapobiec masakrze Żydów.
Kozacy byli zadowoleni i zaczęli wypytywać czy są [w mieście] jeszcze jacyś austriaccy żołnierze. Powiedzieliśmy, że żadnych wojskowych już nie ma. Rozglądali się na wszystkie strony, po czym, po upływie pół godziny, odjechali. Niedługo później zjawił się oddział Kozaków (z brodami i bez), którzy rozpierzchli się po rynku. Strach było patrzeć na ich twarze. Chociaż Żydzi przygotowali powitanie, Kozakom przygotowano jedzenie i picie, a dzieci napoiły nawet ich konie, zdarzyły się niestety pojedyncze przypadki rabowania Żydów. Na całe szczęście nikt nie został zabity.
W niedzielę pojawiły się liczne oddziały armii rosyjskiej - żołnierze różnych formacji, armaty i inna broń - po czym pojechały dalej w kierunku Krakowa. Rozpoczęła się prawdziwa gehenna Żydów - kradzieże i morderstwa. Z trudem można było zdobyć chleb ponieważ piekarze piekli wyłącznie dla wojska.
Zdarzył się przypadek, że córka Feldmana z ulicy Nieczystej [prawdopodobnie chodzi o ulicę Kościelną - ortodoksyjni Żydzi unikali często używania tej nazwy jak również innych, chrześcijańskich nazw ulic ze względów religijnych - przyp. MM], dziewczynka 13-letnia, została zastrzelona przez żołnierza w piekarni Zeliga Bekera gdy chciała kupić chleb [trudno ustalić czy chodzi o nazwisko Beker czy przydomek „Piekarz”. Nazwisko Beker nie występuje na liście jędrzejowskich Żydów w Księdze Pamięci]. Wśród Żydów panował wielki strach.
Z dnia na dzień w mieście było coraz więcej żołnierzy, którzy nocowali w domach mieszkańców miasta. Rabunki stały się codziennością.
Ajzyk Strasberg, modlący się w swoim tałesie podczas szabatu, w wyniku pomyłki został oskarżony o szpiegostwo. Rosjanie chcieli go powiesić ale bogaci Żydzi wielkim wysiłkiem uratowali go od pewnego stryczka. Życie ludzkie stało się bezwartościowe. Poza rabunkami zdarzały się też aresztowania Żydów za sympatyzowanie z polskimi Legionami. Pojawił się donos na kilku Żydów, którzy zostali zmuszeni dołączyć do Legionów. Aresztowano ich ale po długich staraniach zostali uwolnieni.
Tak minęło kilka tygodni. Rosjanie doznali ciężkich klęsk za Krakowem i musieli się wycofać w pośpiechu. Armia austriacka parła naprzód i pewnego pięknego ranka Rosjanie opuścili nasze miasto. Po krótkich walkach wokół miasta Austriacy, wraz ze swoim sprzętem wojskowym, wmaszerowali do Jędrzejowa.
W armii austriackiej było dużo Czechów, Węgrów i Polaków. Pomaszerowali oni dalej, aż pod Kraśnik. Kilka tygodni później losy wojny odwróciły się po raz kolejny i Rosjanie znów pojawili się w Jędrzejowie. Ponownie wróciły ciężkie czasy - życie stało się dla Żydów piekłem. Na całe szczęście nie trwało to długo. Na Rosjan spadło mocne uderzenie, straty były wielkie. Opuścili Jędrzejów, a front na sześć długich zimowych miesięcy zatrzymał się pomiędzy Jędrzejowem a Pińczowem. Austriacy byli w Jędrzejowie, Rosjanie w Pińczowie. Z nadejściem wiosny Austriacy przypuścili wielką ofensywę i odepchnęli Rosjan daleko od naszych stron.
Jak wiadomo, wojna trwała cztery lata. Pod władzą austriacką Żydom żyło się znacznie lepiej niż w carskim reżimie. Rozwijało się życie społeczne, na żydowskich ulicach organizowały się partie syjonistyczne i stowarzyszenia socjalistyczne. Wszyscy mieli nadzieję, że wraz z końcem wojny, dla Żydów zacznie się nowy czas, wolne życie. Trwało to do 1917 roku kiedy w Rosji, Niemczech i Austrii wybuchły rewolucje.
Pewnego pięknego ranka zobaczyliśmy absurdalny obrazek - oto Polacy napadli na niemieckich i austriackich oficerów i żołnierzy i odebrali im broń. Wojskowi właściwie nie stawiali oporu. Polska była wolna ale dla Żydów pierwsze dni polskiej wolności były trudne. Pogromy miały co prawda niewielką skalę ale czuło się, że życie Żydów jest nic nie warte. Wkrótce Żydzi zaczęli się organizować i walczyć o swoje prawa i żydowskie interesy. Żydowscy działacze społeczni rozwijali swoją działalność, zaczęli wchodzić do parlamentu.
Zaczął się nowy rozdział w historii Żydów w Polsce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz