Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beer. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 grudnia 2020

Dr Beer - w leśniczówce

str.108-113
(...)

16 września 1942 r. Niemcy przystąpili do likwidacji getta w Jędrzejowie. Żydów wywieziono do Treblinki, kilkuset zbiegło i ukryło się w okolicznych wsiach i lasach. Z pozostawionych przy życiu utworzono obóz pracy nazywany „małym gettem”18.

18 Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego (dalej: Arch. ŻIH) 211/489, list H. Beera z 27 września 1942 r. do prezydium Żydowskiej Samopomocy Społecznej w Krakowie, k. 41-44; A. Rutkowski, op. cit., s. 116; A. Sokół, Straty wojenne...; M. Tutaj, Miasto mojej młodości, „Przyjaciel Wodzisławia” 2011, z. 28. Według ustaleń A. Rutkowskiego Niemcy pozostawili na miejscu ok. 250 Żydów i ok. 1000 na terenie powiatu z przeznaczeniem do pracy. W Jędrzejowie utworzono obóz pracy nazywany potocznie „małym gettem”, który został zlikwidowany 22-23 II 1943 r. Wówczas wywieziono ok. 200 osób do Skarżyska i zastrzelono na miejscu 30 osób. Według danych H. Beera przekazanych w tajnym liście do Żydowskiej Samopomocy Społecznej w Krakowie zaraz po deportacji Niemcy pozostawili w Jędrzejowie 239 Żydów. W drugiej połowie września przeprowadzono likwidację gett w Małogoszczu, Sobkowie i Sędziszowie. Pod koniec września wywieziono Żydów z getta w Wodzisławiu, skąd tuż przed likwidacją zbiegło ok. 1000 osób, które ukrywały się w lasach i okolicznych wsiach.

Ludność polska w sposób indywidualny i zorganizowany przez ludzi podziemia udzielała pomocy prześladowanym. Przedstawimy jedną z takich akcji, która zachowała się w pamięci rodziny jej uczestników.

Wydarzenie to miało miejsce w Motkowicach, gdzie w położonym od strony zachodniej tej miejscowości lesie znajdowała się leśniczówka nazywana Karolówką, w której mieszkała rodzina leśniczego Przemysława Janoffa19. Wraz z synem Sergiuszem byli zaprzysiężonymi żołnierzami Związku Walki Zbrojnej – Armii Krajowej. Przemysław Janoff przed wojną utrzymywał kontakty z Żydami z Jędrzejowa i okolic, prowadząc z nimi interesy. Żydzi cenili i poważali leśniczego, który uczciwie się z nimi rozliczał, a także darzył ich pewną sympatią z wzajemnością z ich strony. Nic dziwnego, że Przemysław Janoff nie był obojętny na ich los.

Ostatni żyjący świadek tych wydarzeń, kuzynka Sergiusza Janoffa Krystyna Strachocka-Zgud, wspomina, jak razem czatowali na drodze, kiedy wujek wywoził Żydów z leśniczówki. Miało to miejsce w okresie jej kilkumiesięcznego pobytu wraz z matką Ireną w Motkowicach w pierwszych latach okupacji (Przemysław w ten sposób wspomagał swoją rodzinę). Po latach nie jest w stanie sobie przypomnieć, ile osób mogło się przewinąć przez leśniczówkę. Żydzi byli przywożeni bezpośrednio z Jędrzejowa. Tu był początek „sztafety życia”. W gabinecie leśniczego, pod podłogą, którą przykrywał dywan, w miejscu, gdzie stało biurko, była specjalnie przygotowana skrytka.

Ukrywane osoby krótko przebywały w leśniczówce – jeden, dwa, może trzy dni – po czym Przemysław Janoff wywoził je dalej w teren. Nieznani są uczestnicy tej akcji, nie wiadomo, ile osób udało się uratować, ale można powiedzieć, że była ona dobrze zorganizowana i zakonspirowana. Do tej pory żaden historyk tego tematu nie zbadał i nie poruszał, poza jednym wydarzeniem opisanym przez Andrzeja Ropelewskiego. Mowa o losie doktora Hirscha Beera (u Ropelewskiego: Ber), którym zaopiekowała się rodzina Janoffów21 
 
21 A. R o p e l e w s k i, Z życia akowców..., s. 154. Autor wymienia nazwisko doktora z Jędrzejowa w pisowni z jednym „e”. Chodzi tutaj o dr. Hirscha Beera, ur. 6 VII 1907 r. w Głogowie, członka Judenratu w Jędrzejowie (por. Arch. ŻIH, 211/483, Sprawozdanie z pobytu w dniu 8 listopada 1940, k. 15; Liste der Mitglieder und deren Vertreter des judischen, k. 19), którego Przemysław Janoff dobrze znał, będąc jego pacjentem. Przedstawiony w tekście opis akcji sporządzono na podstawie w/w relacji oraz przekazu żony Sergiusza Marii Janow, która zapamiętała informacje podane przez wszystkich jej uczestników z rodziny Janoffów, potwierdzone przez dzieci Sergiusza Janoffa (Janowa), Przemysława i Annę. Zbiory rodzinne Janowów, relacja M. Janow z 2014 r. 
 
Do czasu likwidacji „małego getta” 22-23 lutego 1943 r. dr Beer przypuszczalnie mieszkał na jego terenie, skąd wysłał tajny list do Żydowskiej Samopomocy Społecznej w Krakowie datowany na 27 września 1942 r. Prawdopodobnie tuż przed lub w trakcie deportacji został przywieziony z Jędrzejowa przez Przemysława Janoffa, lecz nie „zamieszkał”, jak inni, w skrytce pod podłogą, nie czuł się w niej dobrze, ale w skrytce zrobionej w lesie nieopodal paśnika dla zwierząt. Usytuowanie było dobrze przemyślane, tak aby paśnik uzasadniał ślady wydeptywane przez mieszkańców leśniczówki. Aprowizacją zajęła się żona leśniczego Aniela, która donosiła żywność z różnych stron, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Nie wiadomo, jak długo dr Beer przebywał w tej kryjówce i kiedy został stamtąd zabrany.

Kiedy Niemcy zaczęli coraz częściej zaglądać do leśniczówki, gdzie przyjeżdżali na wizytacje lub polowania, w obawie przed dekonspiracją postanowiono wywieźć doktora Beera w inne miejsce. Przemysław Janoff nawiązał kontakt ze znajomą Beera z Kielc, której adres od niego otrzymał. Trzeba było zatem zorganizować przewiezienie „wyjętego spod prawa” człowieka, pokonując ok. 40 km, co było nie lada wyzwaniem. Z perspektywy dzisiejszej wiedzy o Holokauście możemy powiedzieć, że akcja ta była bardzo ryzykowna, ale przypuszczalnie dla jej wykonawców całkiem oczywista, tak z humanitarnych, jak i patriotycznych względów. Zarządzenie gubernatora dystryktu radomskiego Ernsta Kundta z 23 lutego 1942 r. mówiło wprost, że za opuszczenie getta, używanie prywatnych wozów, a w szczególności chłopskich, na drogach publicznych oraz w stosunku do osób udzielających pomocy Żydom jedyną obowiązująca karą jest śmierć23. Nikt z uczestników akcji po wojnie poza gronem rodzinnym Janoffów o pomocy udzielonej Żydom nie mówił, historia ta pozostała jedynie w rodzinnej pamięci (...)

Dla doktora Beera rodzina Janoffów przygotowała wóz konny ze skrzynią, do której był w stanie wejść. Przykryto ją sianem, a na wierzch położono kilim. Na tak wymoszczonym siedzisku rozsiadła się Aniela Janoff, wcielając się w rolę wiejskiej gospodyni wiozącej na targ różne towary, łącznie z wódką, aby poczęstować żandarmów, gdyby się zbytnio interesowali celem podróży. Końmi powoził syn Sergiusz. Drogę do Kielc doktor Beer pokonał częściowo na wozie, a częściowo pieszo, idąc wzdłuż niej lasami i polami. Tam, gdzie kręciło się dużo Niemców, przezornie schodził z wozu. Akcja zakończyła się całkowitym powodzeniem i doktor Beer został dostarczony na podany adres. Co się potem działo – nikt nie pytał. Kiedy Sergiusz Janoff znalazł się w rawickim więzieniu, ojciec odszukał znajomą doktora Beera i poprosił o napisanie listu do naczelnika więzienia, opisującego to wydarzenie. W ten sposób Przemysław Janoff pomógł synowi wydostać się z tragicznego położenia. Przez lata nie można było odnaleźć żadnego źródłowego potwierdzenia tej akcji. W nowo przekazanych do IPN dokumentach sprawy Sergiusza Janoffa znajduje podanie jego ojca Przemysława Janoffa do Wojskowego Sądu Okręgowego w Krakowie o wydanie zaświadczenia Jadwigi Papińskiej z 27 listopada 1946 r. potwierdzającego jego pomoc dla Hirscha Beera w 1943 r.24

24  IPN BU 915/497, k. 134. Przemysław Janoff na wszelkie sposoby starał się o skrócenie pobytu syna w więzieniu i zwrócił się w listopadzie 1947 r. z prośbą o darowanie reszty kary do prezydenta Bieruta, dołączając właśnie to zaświadczenie. Starania te, jak i późniejsze wy- stąpienia w tej sprawie, okazały się bezskuteczne. Nie wiadomo, w jakim celu Przemysław Janoff ubiegał się o wydanie mu zaświadczenia J. Papińskiej w 1951 r. Dokument ten nie został odnaleziony. Osobę J. Papińskiej z dużą dozą prawdopodobieństwa należy identyfikować ze wspomnianą znajomą dr. Beera z Kielc.

Dokument ten znajdował się w aktach spawy Sergiusza Janoffa do 2 marca 1951 r., kiedy spełniono prośbę Przemysława Janoffa i wydano mu zaświadczenie. W rodzinie Janoffów utrzymywało się przekonanie, że doktor Beer przeżył wojnę, jednak według informacji przekazanych autorce przez Żydowski Instytut Historyczny w 2017 r. jego siostra mieszkająca w Izra- elu Ella Shafir podała informacje, że brat wojny nie przeżył25.

25  Informacja przekazana przez Dział Genealogiczny Żydowskiego Instytutu Historycznego pocztą elektroniczną 25 III 2017. Ella Shafir wyjechała do Izraela w 1934 r., przekazała infor- macje do bazy danych Jad wa-Szem w 1955 r., że jej brat zginął w 1944 r. pod Warszawą „od min”. Natomiast w 1977 r. stwierdziła, że nie wie, jak zginął, czyli losy dr. Beera pozostają niewyjaśnione. Zmarła w Izraelu w 1991 r. 
 
Wiemy tylko tyle, że pozostawał przy życiu w 1943 r., kiedy miała miejsce opisywana akcja pomocowa, której daty – chociażby orientacyjnie – nie udało się ustalić.

    1.  

Źródło:
Sowiniec - Półrocznik Centrum Dokumentacji Czynu Niepodległościowego, 2016, nr 49, s. 101-160

środa, 30 grudnia 2020

Lekarze

List otwarty przewodniczącego Zespołu ds. Emerytów i Rencistów Świętokrzyskiej Izby Lekarskiej

Szanowne Koleżanki! Szanowni Koledzy!
(...) powinniśmy opracować i wydać księgę pamięci.
Zgromadziłem 126 nazwisk poległych lekarzy medycyny, lekarzy dentystów i absolwentów uczelni medycznych, którzy urodzili się, pracowali lub stracili życie na ziemi świętokrzyskiej.
Niestety większość to tylko nazwiska (...).
Liczę na pomoc w wypełnieniu tych "białych plam."
Jerzy Gracyalny

Lista ofiar i zaginionych

(...)
33. Goldman J.-lek. zam. Jędrzejów wzg. Kielce- Treblinka
(...)
41. Hirsch Beer - lek. zam. Jędrzejów - zaginął
(...)

http://www.oil.org.pl/jsp/bip/drukuj.jsp?classId=/oil/oil56/gazeta/numery/n2008/n200809/n20080907

Eskulap Świętokrzyski 2008 nr 9 - pismo Świętokrzyskiej Izby Lekarskiej, wyd. Okręgowa Rada Lekarska w Kielcach.

wtorek, 9 lipca 2019

Menachem Horowicz - relacja, cz. 3

Wysiedlenie z Wodzisławia
Wodzisław to małe miasteczko położone niedaleko Jędrzejowa. W okresie od wybuchu wojny należało ono do powiatu jędrzejowskiego. A więc wszelkie sprawy Wodzisławia rozstrzygał Judenrat jędrzejowski. Także sprawy żywności należały do zakresu działania Judenratu w Jędrzejowie. W cztery dni po wrześniowym wysiedleniu z Jędrzejowa, odbyło się wysiedlenie z Wodzisławia. Wodzisław posiadał małą własną stację kolejową. Z tej to stacji wysiedlono 20 września 1942 roku całą ludność żydowską tam zamieszkałą. (przyp.: Wodzisław nigdy nie posiadał stacji kolejowej - prawdopodobnie chodzi o pobliski Sędziszów.)
Następnego dnia po wysiedleniu z Jędrzejowa, to jest 17 września, przyjechał do mnie jakiś Polak rowerem przywożąc ze sobą list. Polak ów przybył z Wodzisławia i przywiózł list od mego kuzyna, tamtejszego członka Judenratu, od Ensla Horowicza, stałego mieszkańca Wodzisławia. Po wysiedleniu u nas ludność tamtejsza była zaniepokojona. Mój kuzyn pytał w liście: „Co u Was słychać?” Odpowiedziałem mu tą samą drogą: „Ratujcie się”. Mój kuzyn otrzymał list i razem ze swoją rodziną uciekł natychmiast do lasu. Podobnie uczyniło także wielu innych Żydów. Na liście, którą Niemcy posiadali, stawić się miało na stacji 2800 Żydów, a zjawiło się tam tylko 500 osób. Reszta uciekła w las. Także mój brat Berek wówczas wraz z rodziną do lasu. Ludzie ci uszli wysiedleniu. Ich warunki bytu w lesie były jednak bardzo ciężkie. Nastała zima i zimno dokuczało im bardzo. Pozatem ludzie załamywali się, myśleli o powrocie, bo nie wierzyli w możliwość przetrwania zimy w lesie. Do obok położonego Sędziszowa przychodziły grupy ludzi do pracy z getta jędrzejowskiego. Ludzie z lasu zaczęli się do tych grup dołączać.

Przybycie brata mojego do getta jędrzejowskiego
Zdarzyło się raz, że Niemcy zaaresztowali prezesa Judenratu, Szolowicza. Trwało to krótko. Żona jego zanosiła mu codziennie jedzenie. Przechodząc dnia tego przez Rynek z jedzeniem zauważyła jakiegoś chłopa wiejskiego, który powiedział do niej: „Dajcie znać Horowiczowi, że ktoś tu leży chory na wozie…” Zawiadomiono mnie o tem. Nie mogłem jednak udać się na Rynek, ponieważ nie wolno mi było opuścić getta. Czekałem na mojego syna, który był w tym czasie przy pracy w Sędziszowie. Mój syn wrócił. Posłałem zaraz na Rynek by przekonać się, czy rzeczywiście ktoś czeka na mnie. Mój syn pobiegł i stwierdził, że to brat mój, Berek leży chory na wozie.
Brat mój uciekł z Wodzisławia, tuż przed wysiedleniem i skrył się z rodziną swoją w lesie. Niemcy wiedzieli dokładnie, że Żydzi, którzy nie stawili się na stacji we Wodzisławiu, pouciekali do lasów. Wydali więc oni pewnego dnia rozporządzenie, które okazało się zwykłą prowokacją. Na podstawie tego rozporządzenia, w trzech następujących miejscowościach, ustanowione zostanie getto dla Żydów. Tam wolno będzie mieszkać Żydom. Do miejscowości tych należały: Ostrowiec, Szydłowiec i Nowe Radomsko. Treść tego rozporządzenia przeznaczona była głównie dla ludzi ukrytych po lasach. Ludzie ci byli już na wyczerpaniu, więc nie mieli siły i uwierzyli Niemcom. Nadjechał samochód, który miał zawieźć tych ludzi do jednej z powyżej wymienionych miejscowości. Mój brat, który znajdował się tam także, wszedł do auta tak niezręcznie, że przerwał się i dostał przepukliny. Gdy przybył do pierwszego osiedla spotkał dra Wodzisławskiego. Dr Wodzisławski, Polak, znał dobrze mojego brata. Dał mu też natychmiast skierowanie do szpitala powiatowego w Jędrzejowie. Chłop jakiś przywiózł go tutaj furmanką. Porozumiałem się z głównym sekretarzem szpitala, drem Mazurem. Dzięki jego interwencji brat mój został natychmiast przyjęty i tego samego wieczora jeszcze, operowany. Przez trzy tygodnie przebywał on w szpitalu, później dostał się do małego getta i pracował razem ze mną w kuchni.

 
Majątki w getcie
Chciałbym tu zaznaczyć w jaki sposób dysponowałem pieniędzmi, mimo że nie zarabiałem przez tak długi okres czasu. Przebywałem w getcie przez dwa i pół roku, żyłem i dysponowałem dużymi sumami. Potem przybyłem do obozu w Skarżysku-Kamiennej, gdzie przydzielono mnie do bardzo ciężkiej pracy. Otrzymałem pracę w pociskowni. Za pieniądze przeniesiony zostałem do pracy lekkiej, w magazynie u Nowickiego.
Przed wojną byłem właścicielem składu węgla i koksu. Gdy Niemcy wkroczyli do Jędrzejowa, zabrali mi cały towar, który się w tym składzie znajdował. Ostatnie 7 tysięcy złotych, które posiadałem, oddałem żonie mojej, gdy stała na placu, przed pójściem na wysiedlenie. Pozostałem więc zupełnie bez pieniędzy.
Potem ocalałem z wysiedlenia i zostałem z owymi 230 ludźmi, których zamknięto w getcie. Zostały wówczas mieszkania opuszczone i pozostawione przez tych, którzy poszli na wysiedlenie. Niemcy wyznaczyli wówczas pewną grupę ludzi spośród tych, którzy pozostali w getcie, a to w celu szukania pochowanych przez wysiedlonych Żydów majątków. Wychodzili oni bowiem z założenia, że Żydzi prędzej znajdą kryjówki zrobione przez ich braci i ukryte w nich majątki i dlatego zrobią to lepiej, niż Polacy. W tym celu wyznaczyli Niemcy jeden dom w getcie, gdzie wspomniana grupa ludzi miała znosić i zwozić wszystkie znalezione przez nich wartościowe przedmioty. My zaś, to jest ci wszyscy, którzy przebywali stale w getcie, mieliśmy zajmować się uporządkowaniem i zorganizowaniem tego domu. Dom został podzielony na części, które służyły do zbierania skór, butów, i innych towarów. W okresie tym ludzie nasi znajdowali nieraz bardzo drogocenne rzeczy i te zatrzymywali dla siebie. Pewnego razu zięć mój, Mosze Preis natknął się na paczkę z pieniędzmi. Okazało się, że w paczce znajdowało się 60 sztuk polskich banknotów po 500 złotych każden, czyli 30 tysięcy złotych. Paczkę tę znalazł mój zięć w komórce węgla należącej do hurtownika Ejbuszyca. Pozatem nasi ludzie szli do pracy tej nago, wracali natomiast ubrani we wszystko, co w danej chwili było im potrzebne.
Sytuacja nasza w getcie stawała się coraz mniej bezpieczna. Niemcy strzelali i zabijali ludzi z najbłahszego nawet powodu. Atmosfera była stale bardzo napięta i dla mnie jasne się stało, że Niemcy zlikwidują i to małe getto.
Syn mój przyniósł z prawy pewnego dnia 5 kg pieprzu, 10 par cholew damskich oraz dwa kupony bielskie. Rzeczy te przedstawiały wówczas olbrzymi majątek. Z powodu naprężonej sytuacji, jaka zapanowała w getcie, postanowiłem zdobyty majątek umieścić w jakimś pewniejszym niż getto miejscu.
Miałem znajomego Polaka, który nazywał się Różycki. Różycki w czasach normalnych był antysemitą, ale w chwilach ważnych okazał się przyjacielem człowieka. Był on dyrektorem Związku Ziemian „Opatkowice”, rozciągającego się na cały powiat jędrzejowski. Postanowiłem jemu zaufać cały znaleziony majątek.
W tym celu zdobyłem gdzieś worek, do którego włożyłem pieprz i towary, oraz ową paczuszkę zawierającą 30 tysięcy złotych. Do worka załączyłem list następującej treści: Panie Dziedzicu, proszę zachować dla siebie u siebie to, co Panu przesyłam. Niech to się znajduje w rękach Pańskich. Może mi się to przydać kiedyś na czarną godzinę”. Teraz chodziło tylko o przesłanie worka, aby dostał się do rąk Różyckiego. Do getta przywożono dla nas codziennie żywność. Przywoziła ją spółdzielnia, dwa lub trzy razy tygodniowo, zwożąc żywność z różnych dworów. Spółdzielnia przywoziła do getta mleko i mięso. Nie zawsze jednak przywożono produkty z tego samego dworu. Czekałem więc na ludzi, którzy przywiozą żywność ze znanego mi dworu. Razu pewnego, gdy przywieziono mleko, spostrzegłem mleczarza, którego znałem. Podeszłem do niego, oddałem mu list i paczkę dla Różyckiego. Nazajutrz ten sam mleczarz przywiózł do getta dwie bańki mleka. Przy tej sposobności odszukał mnie i oddał mi polecenie od Różyckiego. Różycki mianowicie proponował, ażebym podszedł następnego dnia wieczorem pod parkan getta, który graniczy jednocześnie z ogrodem związku ziemiańskiego. W miejscu tym wolno mi się było poruszać. Gdy przybyłem tam następnego wieczora Różycki czekał już na mnie, Kiedy mnie spostrzegł powiedział zaraz: „Horowicz, po co mi Wasze pieniądze?” Odpowiedziałem i wytłumaczyłem też jednocześnie, że na podstawie tego, co się obecnie dzieje w getcie, można wnioskować, że Niemcy nie pozostawią tutaj Żydów. Nie ma też obecnie żadnej żydowskiej instytucji, gdzie mógłbym te pieniądze przekazać. O ile przeżyję wojnę zgłoszę się po nie. O ile zaś nie będę żył, tłumaczyłem Różyckiemu, może z tymi pieniędzmi zrobić co mu się tylko podoba. Wolę też, w takim wypadku, by znajdowały się one u niego. Różycki wysłuchał mnie, otarł łzy, które spływały mu z oczu i powiedział: „Bądź zdrów”. Odchodząc zwrócił mi jeszcze uwagę, że gdybym kiedykolwiek pisał do niego, ażebym starał się nie używać jego nazwiska, tylko z obu stron listu mam wypisać słowa: „Ogród - Związek Ziemian”. Różycki bał się kontaktu z Żydami. (przyp.: Z dalszej części opowiadania M. Horowicza, tutaj nie publikowanej a dotyczącej jego pobytu w obozie w Skarżysku-Kamiennej wynika, że Różycki, poprzez inne osoby, zwrócił mu z nadmiarem wszystkie zdeponowane pieniądze i równowartość rzeczy.)

Moja praca na terenie getta. Chowanie zmarłych
W czasach gdy przebywałem w małym getcie do zajęć moich, poza pracą w kuchni, należało chowanie zmarłych. Chowaliśmy ich na cmentarzu żydowskim. W takich przypadkach otrzymywałem zezwolenie na wyjście z getta z poleceniem, aby możliwie prędko posprzątać trupy. Chowaliśmy naszych ludzi na cmentarzu żydowskim.
Do pracy mojej w chowaniu zmarłych miałem do pomocy ośmiu młodych chłopców. Jeden z moich pomocników, Waksbaum, orientował się doskonale na cmentarzu. Wiedzieliśmy obaj o każdym nowopowstałym grobie. Oddanym pomocnikiem był także Grünberg, którego ojciec pracował przed wojną w Chewra Kadisza w Jędrzejowie. Ów Grünberg nie żyje. Natomiast brat jego Szaul Grünberg przeżył wojnę i mieszka obecnie w Kraju, w Holonie.

Wydawanie papierów aryjskich
Niedaleko Jędrzejowa leżało miasteczko Staszów. Z Jędrzejowa do Staszowa prowadziła tylko jedna kolejka wąskotorowa. Magistrat miasta Staszowa załatwiał papiery aryjskie dla ludzi przyjeżdżających tu w tym celu z różnych miast Polski. Przyjeżdżali ludzie z Warszawy i z Łodzi. Nie wiem w jaki sposób jechali oni pociągami do Staszowa. Wiem tylko, że wracając legitymowali się już nabytymi w magistracie staszowskim papierami. Wszyscy oni przybywali do nas kolejką wąskotorową, a z Jędrzejowa jechali dalej.
Polski kolejarz, wielki antysemita, prowadził wąskotorową kolejkę ze Staszowa do Jędrzejowa. Pewnego razu doniósł on władzom niemieckim, że w kolejce znajdują się ludzie posiadający fałszywe papiery. Policja niemiecka przybyła natychmiast. Zatrzymano wszystkich Żydów, którzy legitymowali się nowonabytymi papierami. Znajdowało się wśród nich sześciu mężczyzn i jedna kobieta z małym dzieckiem na ręku, przybyła tu z Łodzi. Kazano wszystkim ustawić się w szeregu i zastrzelono wszystkich. Mąż wspomnianej kobiety, kiedy zorientował się, że policja niemiecka kontroluje papiery wszystkich obecnych w kolejce uciekł, niezauważony przez nikogo. Nazajutrz uczestniczył on w pogrzebie swojej zony i swojego dziecka. W momencie, kiedy strzelano do wspomnianych ludzi, było bardzo zimno i sypał gęsty śnieg.
Natychmiast po wykonaniu egzekucji przysłano po mnie i po moich pomocników. Mieliśmy przybyć natychmiast, aby uprzątnąć trupy. Przybyliśmy we wskazane miejsce furmanką zaprzężoną w jednego konia. Załadowaliśmy trupy i zawieźliśmy je na cmentarz żydowski. Nazajutrz rano pochowaliśmy wszystkich.
Kolejarz jakiś opowiadał nam później, że Niemcy drwili jeszcze z owej kobiety, zanim ją zastrzelili. Jeden z nich krzyczał: „Es ist schade eine Kugel für den Kinderkopf”.
Znałem doskonale teren cmentarza. Razem z pomocnikami moimi staraliśmy się zawsze pochować ludzi naszych po ludzku i według rytuału żydowskiego.
Razu pewnego przyszedł do mnie jeden z pomocników moich Waksbaum i powiedział mi, że zauważył na cmentarzu 12 nowych grobów. Zdziwiło nas to obu ogromnie. Kto i kogo pochował? Bez nas było to zupełnie niemożliwe. Wkrótce rozwiązaliśmy zagadkę.
W getcie przebywała jeszcze garstka ludzi pobożnych
chasydów. Jeszcze w jesieni, roku 1942 okazali oni dużo cierpliwości urządzając „kuczkę”, pod koniec świąt żydowskich i śpiewając głośno pieśni ostatniego dnia Symchat Tora. Grupa tych chasydów mieszkała we wsi Piaski, niedaleko cmentarza żydowskiego, u znajomego Polaka, w porozumieniu z którym wybudowała ona bunkier na cmentarzu. W nocy wykopali chasydzi dwanaście świeżych grobów. Pod ziemią, pod tymi grobami, urządzony był bunkier. Właściwie było kilka bunkrów. Wejście zaś do tych bunkrów prowadziło z mieszkania owego Polaka. W ten sposób ukryć się chcieli wspomniani „chasydzi” w grobach, by nie budzić nigdzie żadnego podejrzenia. Ów znajomy Polak miał im dostarczać jedzenie do bunkra. Wszystko to załatwione było za duże pieniądze.
Gdy schodziło się z miasteczka na cmentarz żydowski, przechodziło się przez wieś Piaski. Tutaj to zauważyłem któregoś dnia, że chłopi wyrywają pomniki żydowskie i układają je na drodze, na piaskach, ażeby wygodniej było chodzić. Szczególnie dużo było tych pomników w miejscach, którędy przechodziło bydło. Tędy bowiem, deptając po pomnikach, szły krowy na pastwiska. Pomniki te nie były niczem przykryte, były one jeszcze nie uszkodzone i z daleka widniały nazwiska na nich wypisane. Pamiętam nazwisko „Dickerman” widoczne już z bardzo daleka.
Potem Niemcy nie pozwolili więcej grzebać ludzi indywidualnie. U wejścia cmentarza wykopali oni wielki dół i tam wrzucali wszystkie trupy razem.
Pewnego dnia, a było to w sobotę, zastrzelili Niemcy trzech młodych, żydowskich chłopców. Zawołali mnie zaraz i powiedzieli do mnie „In 15 Minuten, das Dreck, soll sein begraben!” Wzięliśmy trupy, wyjechaliśmy na cmentarz i wrzuciliśmy je do wspólnego dołu.
Będąc na cmentarzu zauważyliśmy, że chłopi burzą mury cmentarne i zabierają cegły potrzebne im do budowy. Chłopi burzyli też pomniki i zabierali z cmentarza wszystko, co mogło być w jakikolwiek sposób potrzebne.
Wobec takiego stanu rzeczy „chasydzi” nie mogli więcej korzystać ze swoich kryjówek, przygotowanych z takim trudem. Kilku z nich uciekło na czas, jeszcze przed likwidacją getta. Kilku z nich zostało na miejscu zastrzelonych przez Niemców. A reszta wywieziona została do obozu w Skarżysku-Kamiennej.

Losy rabina Szabse Rapaporta
Szabse Rapaport, syn Abrama, pochodził z Bielska i sprawował urząd w małym polskim miasteczku, w Pińczowie. Należał do znanej bielskiej rodziny Rapaportów. A sprawując urząd był on nadal wspólnikiem w 25 procentach do włókienniczego przedsiębiorstwa, które czynne było w Bielsku. Począwszy od wieku XVII rodzina ta sprawowała w Pińczowie urząd rabinacki. I w ten sposób stało się ono w rodzinie Rapaportów dziedziczne. Należeli oni przytem do rodziny Szachów co było też wielkim zaszczytem. Szach oznaczało Szabse i Kohen. Taki stan rzeczy trwał do roku 1914, to jest do wybuchu pierwszej wojny światowej. Kiedy później Rosja opuściła tereny polskie, powstały na tych ziemiach gminy żydowskie, które miały już prawo wyboru rabina. Albowiem dotychczas piastowanie tego urzędu było dziedziczne. Poprzednikiem Szabse Rapaporta był jego kuzyn.
Ponieważ odtąd gminy żydowskie miały prawo wyboru rabina, należało zjednać sobie odpowiednio ludność. Szabse miał we Wiedniu brata, Maksa Rapaporta, który był bardzo bogatym człowiekiem. Kiedy stał się aktualny wybór rabina, przyjechał Maks Rapaport do Pińczowa i przywiózł ze sobą pełne walizy pieniędzy. Pieniądze te podzielił on wśród ludności i w ten sposób Szabse Rapaport został wybrany na stanowisko rabina w Pińczowie. Było to w roku 1927 lub też w 1928 roku.
Gdy wybuchła wojna w roku 1939, Maks Rapaport uciekła wraz z całą rodziną swoją z Wiednia poza granice Niemiec. Tam zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie grozi bratu jego w Polsce, zaczął się starać dla niego o papiery zagraniczne. Wkrótce potem udało mu się takie papiery zdobyć. Było tam obywatelstwo paragwajskie, a papiery opiewały na nazwisko Szabse Rapaporta, jego żony i pięciorga dzieci. Papiery te wysłał Maks Rapaport pocztą i przybyły one do Polski, do powiatu pińczowskiego, na parę dni przed wysiedleniem Żydów z Pińczowa.
Był to wrzesień, rok 1942. Niemieckie Kreiskommando powiatu pińczowskiego nie wiedziało co począć z ludźmi, na których nazwisko papiery te opiewały. Ponieważ w międzyczasie nastąpiło wysiedlenie ludności żydowskiej całego powiatu, w tem także miasta Pińczowa, dołączyło Kreiskommando rabina i jego rodzinę do ludzi, którzy szli na to wysiedlenie. Wysiedlenie obejmowało cały powiat, całą ludność żydowską miasteczek Buska i Pińczowa. Razem ze wszystkimi szedł Szabse Rapaport, wraz ze swoją rodziną pieszo 40 km do Jędrzejowa. Tutaj zgromadzono wszystkich na wielkim targowisku, które przeznaczone było dla bydła. W strasznych warunkach, wyczerpani do ostatnich granic, spędzili ludzie noc całą na owym placu. Poinformowano starostę jędrzejowskiego o papierach zagranicznych, jakie nadeszły tu dla rodziny Rapaportów. Dzięki jego interwencji i po telefonicznym porozumieniu się z odpowiednim urzędem na Gestapo w Krakowie, wyciągnęła żandarmeria rabina z owego targowiska i wraz z jego rodziną odprowadzili go do naszego getta. W międzyczasie Niemcy porozumiewali się w dalszym ciągu z Krakowem i jak twierdzili ludzie z naszego Judenratu, także z kancelarią generalnego gubernatora Franka, ażeby uzyskać stamtąd wskazówki, co począć z ową żydowską rodziną, która uzyskała obywatelstwo Paragwaju.
Była godzina 11 w nocy, gdy żandarmi przyprowadzili rabina Rapaporta oraz jego żonę i pięcioro dzieci do getta. Weszli oni do domku, w którym mieszkałem. Rabin Rapaport był moim kuzynem, więc jako do rodziny przyszedł przede wszystkim do mnie. Gdy przyjeżdżał on przed wojną do Jędrzejowa, był także zawsze moim gościem. Modlił się u mnie, jadł a potem dopiero wybierał się w dalszą drogę. Pińczów nie miał stacji kolejowej; by móc wybrać się w podróż trzeba było przede wszystkim przybyć do Jędrzejowa. Toteż rabin był moim częstym gościem.
Obecnie w nocy, przyprowadzeni przez żandarmów niemieckich, przedstawiali oni straszny widok. Byli wymarznięci, głodni, od dwóch dni nic nie jedli, słaniali się wszyscy na nogach. Razem z małymi dziećmi przeszli 40 km pieszo. Przygotowaliśmy dla nich kolację, spędzili w domku moim całą noc, do rana.
Rano żandarmeria niemiecka przyszła po nich. Zabrano całą rodzinę i wysłano ją do Niemiec. W Niemczech znajdować się miał podobno obóz, w którym koncentrowano wszystkich obcokrajowców. Więcej o nich podczas wojny nie słyszałem.
W pewnym okresie po wojnie, przebywałem na terenie Niemiec, w mieście Ulm. Tam spotkałem przypadkowo kuzynkę moją, nazwiskiem Manela, pochodzącą z Będzina. Opowiedziała mi ona, że rabin został wraz z całą rodziną swoją zastrzelony. Kuzynka moja znajduje się obecnie w Kraju, nazywa się po mężu Keszew i mieszka w Natanji.
Spotkałem wówczas na terenie Niemiec jeszcze innych ludzi, pochodzących z Będzina. Niektórzy z nich przebywali z rabinem Rapaportem w różnych lagrach, na terenie Niemiec. Spotkałem mianowicie Bajtnera z córką, Gresbarda, syna rabina będzińskiego, Lichtensteina i Golda. Wszyscy oni przebywali razem z rabinem Rapaportem w obozach niemieckich. Opowiedzieli mi, że w jednym z obozów, a było to jakie 3 miesiące przed zakończeniem wojny, przeprowadzili kontrolę ludzi posiadających papiery obcokrajowców. Po tej kontroli okazało się, że papiery rodziny Rapaport są niewystarczające. Wówczas zastrzelono rabina Rapaporta wraz z całą rodziną i jeszcze wiele innych osób posiadających podobne jak on papiery.

Ostateczna likwidacja getta - luty, rok 1943
Było to po upływie dwóch tygodni od rozmowy mojej z dziedzicem Różyckim, któremu zaufałem moje pieniądze, gdy SS-mani wtargnęli nad ranem do getta. Rozpoczęły się nawoływania, krzyki i wrzaski: „Raus”. Wyganiano wszystkich z mieszkań.
Naprzeciwko domku, w którym mieszkaliśmy, ale już poza gettem, mieszkał znajomy mój, Polak nazwiskiem Białkiewicz. Białkiewicz był z zawodu leśniczym. Ażeby dostać się do jego domku, trzeba było przejść parkan otaczający getto, potem przeskoczyć małą rzeczkę dzielącą getto od połaci ziemi, zamieszkałej przez leśniczego. Zorientowaliśmy się natychmiast, że należy uciekać z getta. Mój syn był razem ze mną. Chwyciliśmy stojące w pogotowiu walizki, przeskoczyliśmy parkan, potem rzeczkę, aby jak najszybciej dostać się do Białkiewicza. Tutaj mieliśmy ukryć się w stodole, jak z góry było umówione. Ale w tym momencie zauważył nas pewien Polak, obecnie volksdeutsch, który znał nas dobrze sprzed wojny i krzyknął za nami: „Meniek nazad, inaczej będę strzelał. Zrobiłbym to od razu, ale ponieważ znam was - radzę wróćcie do getta. Będę udawał, że was nie widziałem”. Nie mając innego wyjścia wróciliśmy tą samą drogą do getta. Stamtąd nie zabierając żadnych rzeczy, udaliśmy się razem z innymi na plac, na którym gromadzono wszystkich Żydów.


Likwidacja szpitala
W jednym z domków małego getta mieścił się mały szpital, w którym znajdowało się szesnaście łóżek. Dr Ber był głównym lekarzem tego szpitala. Mieszkał ona wraz z żoną swoją w domku, w którym znajdował się szpital. Podobnie Sternfeld mieszkał również w tym domku. Sternfeld pełnił w szpitalu funkcję stróża nocnego.
Ostateczne wysiedlenie, które miało miejsce 23 lutego 1943 roku pociągnęło za sobą zupełną likwidację getta w Jędrzejowie. Było tego dnia bardzo zimno. Niemcy wtargnęli do małego szpitala. Dr Ber i jego żona uciekli na czas. W momencie, gdy Niemcy weszli, znajdowało się w szpitalu szesnaście osób, sami mężczyźni. SS-mani rozkazali wszystkim opuścić łóżka i zupełnie nagich i bosych wypędzili z budynku. Potem kazali się im ustawić na placu i wszystkich wystrzelali. Przypadkowo scena ta odbyła się naprzeciw miejsca, gdzie stałem z synem i byliśmy świadkami tego wydarzenia.
Jeden z owych mężczyzn, nazwiskiem Wargoń, zorientował się w sytuacji i widząc, że Niemcy szykują się do stracenia tych ludzi zdecydował się w ostatniej chwili na ucieczkę. Przeleciał on na drugą stronę i przez jeden moment ukrył się za mną. Potem zaczął uciekać w kierunku cmentarza. Tuż przed parkanem cmentarnym wpadł w śnieg w ten sposób, że śnieg zakrył go prawie zupełnie. Nie wiem, czy Niemcy nie zauważyli jego ucieczki, czy też szukali go i nie znaleźli. Wargoń leżąc w śniegu przeczekał, aż SS-mani zakończyli akcję wysiedleńczą. Poczem wstał, wsunął się na teren cmentarza i ukrył się między pomnikami. Po pewnym czasie udał się do znajomego Polaka, gdzie przeżył wojnę. Obecnie Wargoń mieszka w Australii.
Na placu tymczasem segregowano wszystkich obecnych tu ludzi na grupy. Nam kazano wejść do samochodów. Jak się okazało majster Battenschlager przyjechał tutaj ze Skarżyska-Kamiennej, gdzie mieściła się fabryka amunicji „Hasag”, ażeby wybrać tu ludzi zdolnych do pracy i zabrać ich ze sobą.
Nasze auta ruszyły w drogę. (…)

 
Yad Vashem, lipiec 1959 r. 

 
Źródło: Yad Vashem, Jerozolima.
 

sobota, 13 kwietnia 2019

Fela Schnittlich - relacja

Urodziłam się w małym miasteczku obok Kielc. Do zamążpójścia mieszkałam w Kielcach i tam urodziła się córeczka moja Sabcia. Ja jestem jedną z ofiar hitlerowskiej bestii. Ja z córeczką moją cudem uratowałam się z paszczy hitlerowców. Przeżyłam gehennę, którą trudno opisać i która zostawiła mi ślady na całe życie.
Tak jak zaznaczyłam, podczas wojny mieszkałam w Kielcach. Kiedy w 1939 r., we wrześniu wkroczyli Niemcy, zaraz na początku aresztowali mojego męża z wymówką, że ukrył towary (miałam sklep tekstylny). Widocznie ktoś nas zadenuncjował i zabrali go na posterunek, który znajdował się w Hotelu Polskim. Tam znęcali się nad nim, bili i katowali i na wpół żywego wyrzucili na podwórko żądając wykupu 10.000 złotych, ale ponieważ nie mieliśmy żądanej sumy, wówczas zabrali także mojego teścia i teściową. Teść mój dzielił ten sam los co mój mąż, bili go i wyrwali im brody i posłali do domu. Nazajutrz przyszli znowu i chcieli zabrać także mnie. A ponieważ trzymałam maleństwo mocno w ramionach wyrwali mi dziecko z rąk i zaczęli kopać nogami. Ja strasznie płakałam i walczyłam z nimi, jak lwica. Ale w końcu zabrali mnie z sobą, a niemowlę oddali sąsiadce, gojce. Trzymali mnie tam przez całą noc a z rana mnie wypuścili.

To był tylko początek mojej gehenny. Zaraz potem zrobili „ghetto” w Kielcach i wszyscy musieliśmy się przenieść do getta. W getcie było strasznie ciasno, ale jakoś się żyło. To było 1940 roku, zamieszkaliśmy razem z teściami i jeszcze jedną rodziną z Łodzi, nazywali się Machtinger, z dwojgiem dzieci. Stale były łapanki mężczyzn do pracy. Od czasu do czasu Niemcy wpadali, rabowali, bili.

Aż postanowiliśmy uciec z getta do Sędziszowa. Była to osada i węzłowa stacja, stamtąd pochodził mój mąż. Po długich wałęsaniach dostaliśmy się do Sędziszowa. Tu było stosunkowo cicho, mieszkaliśmy u Polaka, ponieważ ja miałam aryjski wygląd, chodziłam bez opaski, aż do roku 1942. Rok ten zostanie zapisany krwawymi literami w historii ludzkości…

Wszyscy czuliśmy, że zbliża się nasz koniec. Wszyscy chodzili bladzi, jak trupy. Położenie moje było jeszcze gorsze, bo byłam w ciąży i to równało się ze śmiercią. Nie mogłam przewidzieć, że właśnie położenie moje uratuje mi życie. W tamtym czasie każden szukał jakąś pracę dla Niemców, bo sądzili, ze pracując nie wyślą ich do lagrów. Ja byłam już w 9-tym miesiącu i nikt nie chciał mnie przyjąć do pracy i to wówczas zapieczętowało mój los. Przed Jom Kippur Niemcy dali rozkaz, aby wszyscy Żydzi zebrali się na placu.

Nagle dostałam bóle i bez akuszerki, z pomocą męża i brata urodziłam syna. Strzelanina i krzyki zagłuszyły mój płacz i ból. Mój mąż widząc, że znajduję się w niebezpieczeństwa, znalazł znajomego Polaka i wręczył mu dużą sumę pieniędzy. Polak jednak bał się zbliżyć do domu. Wówczas musiałam wstać z łózka, brzuch podwiązałam ręcznikiem i trzymając niemowlę na ręku, a Sabcię za rękę szłam 1,5 km pieszo, zaraz po porodzie aż do furmanki. Tam czekał na mnie Polak z furmanką i zabrał mnie na wieś Trzciniec. W międzyczasie Polak doniósł mi, że wszystkich Żydów wywieźli w niewiadomym kierunku, a także mojego męża i zostawili 50-60 mężczyzn do ładowania węgla.

Mieszkałam u goja tylko dwie noce, gdyż w nocy nie śpiąc słyszałam, jak mówi do żony: „Ona ma przy sobie ukryte pieniądze”. I rzeczywiście miałam w pasie wszyte pieniądze i złoto. „Trzeba ją sprzątnąć” - mówił. Cała drżąca wstałam z łóżka, a ponieważ spaliśmy w ubraniu zabrałam Sabcię i wyślizgnęłam się cicho z mieszkania zostawiając maleństwo na pastwę losu.

Wieś ta otoczona była lasami. Zaczęłam iść nie wiedząc jak się wydostać z lasu. Zmęczona i chora usiadłam na pniu wraz z Sabcią i zaczęłam płakać. Nigdy nie zapomnę tej nocy… Księżyc świecił jeszcze na niebie, a dookoła lasy, lasy, a nie wiedząc co począć tuliłam Sabcię do siebie i w końcu usnęłam. Jak długo spałam? Nie wiem. Wtem zbudził mnie krzyk. Och Boże!! to pani Wasserowa? To był Polak, który był klientem mojego teścia i znał mnie z widzenia. Strach mnie ogarnął, myślałam że to już koniec… Ale on mnie uspokoił i przyrzekł zaprowadzić do resztki Żydów, którzy zostali. I tu w dwóch pokojach, na podłodze, leżeli wszyscy jak śledzie. Strach ogarnął wszystkich, gdy mnie zobaczyli, bo nie było już dzieci i kobiet. A jednak przyjęli mnie. Prezesem był wówczas kolega mojego męża. Nazajutrz Polak u którego zostawiłam niemowlę zjawił się z dzieckiem i uciekł. Leżałam na podłodze z dwojgiem maleństw i płakałam. Prezes zwróci ł się do mnie mówiąc: „Nie możesz zostać tu z dziećmi, bo Niemcy nas wszystkich powystrzelają. Mam znajomego goja, który cię zaprowadzi na stację i pojedziesz do Jędrzejowa”. Jędrzejów znajdował się jakie 10 km od Sędziszowa.

Nazajutrz zjawił się Polak, zabrałam Sabcię i małą walizkę i bez opaski poszłam na stację, a niemowlę zostawiłam u prezesa. Gdy przybył pociąg nie zwróciłam uwagi, że na jednym z wagonów był napis „Tylko dla Niemców”. Otworzyłam drzwi i ujrzawszy Niemców cofnęłam się. Ale jeden z nich grzecznie mówił „komm, komm”. Weszłam do wagonu, cała drżąca. On chciał wziąć Sabcię na kolana, ale się nie dała. Zaczął mówić do mnie po niemiecku, udawałam, że nie rozumiem. Podróż cała trwała 10 minut, jak zeszłam z wagonu podał mi jeszcze walizkę. Aryjski wygląd mój i Sabci uratował nam wówczas życie.

I tak przybyłam do Jędrzejowa. Było tu już „małe getto”. bo wszystkich Żydów wysiedlono do Treblinki. Ze stacji było 3 km i furmanką wieczorem zakradłam się do getta. Tam miałam jeszcze brata. Getto znajdowało się w jednym z budynków szkolnych. Zostało jeszcze 70 osób. Nazajutrz o godz. 5 nad ranem obudził na straszny alarm, strzelanina i krzyki: „Raus! Raus!” Złapałam Sabcię i przez rzeczkę, która dzieliła getto od aryjskiej strony zakradłam się do domu mojego dziadka. Mieszkanie było puste, oplądrowane. Odzież, naczynia i fotografie wałęsały się na podłodze. Chleb pokrojony leżał na stole, jakby czekał na przybycie mieszkańców. schowałam się w piwnicy i wieczorem, gdy słyszałam, że jest bezwzględna cisza w getcie, wróciłam do getta. Nagle, jak spod ziemi wyrósł przede mną zastępca prezesa Judenratu. On nas pociągnął do jednego pokoju, tam znajdowali się nielegalni Żydzi z dziećmi, którzy przybyli z lasów.

Na drugi dzień miała być likwidacja i wysiedlenie Żydów z Pińczowa i my zresztą mieliśmy dzielić ich los… Jak bydło gnali nas na targowisko, przez cała drogę bili nas nahajkami i strzelali. Dużo zginęło na miejscu. Na targowisku siedzieliśmy cały dzień na ziemi. Ukraińcy i Polacy pilnowali nas ze wszystkich stron. Deszcz lał, jak z cebra. Wtem przeszedł obok na SS-man, spojrzał na mnie i dziecko, które wówczas miało 3,5 roku i ulotnił się. Wieczorem spędzili nas na stację, na rampę. Wagony niezapełnione stały już i czekały na nas. Nagle zjawił się ten sam SS-man i krzyknął: „Raus! przeklęta, ale prędko”. Nie rozumiałam, co się dzieje, sądziłam że prowadzi nas pod mur, aby nas zastrzelić. Ale on przeprowadził nas na stację osobową pod murem, spojrzał na Sabcię i powiedział: „Ty jesteś tak podobna…” i zostawił nas.

Ukryłam się w krzakach i czekałam, aż się ściemni, a potem szynami wróciłam do getta. Tam było jeszcze kilkunastu Żydów, którzy pracowali dla Niemców, a między nimi był mój brat Zysman. W międzyczasie kobieta Polka przywiozła mi niemowlę, a ponieważ nie było już dzieci w getcie, ukrywałam się na strychu u Polaka, oczywiście bez jego wiedzy. Dziecko płakało bez przerwy, zatykałam mu usteczka, aby goj nie słyszał. I tak w ukryciu byłam 2 tygodnie. Brat mój w nocy przynosił mi jedzenie i picie.

Aż przyszedł do mnie brat i mówi: „Dziś jest cicho, zejdź i ogrzej się trochę” bo było już zimno. Zeszłam z dziećmi i położyłam się w ubraniu. Nagle usłyszeliśmy krzyki strzelaninę: Raus! Raus! Wówczas była akcja, bo Niemcy dowiedzieli się, że są kobiety dziećmi, zebrano nas na placu. Od razu wpadło mi na myśl ratować się za wszelką cenę. Maleństwo przykryłam pierzyną, Sabcię wzięłam za rękę i wyszłam na plac. Wsadzili nas z dziećmi na furmankę i mieli wywieźć nas do Szydłowca. Niemcy dali ogłoszenie, że Szydłowiec będzie Judenstatt i tam Żydzi będą mogli żyć spokojnie.

Targowisko było obstawione SS-manami i Ukraińcami, z daleka przyglądali się Polacy krwawemu widowisku. Jedna myśl mnie prześladowała - ratować się. Nie zwracałam uwagi na nic, zeskoczyłam z furmanki wraz z Sabcią, zaczęłam biec w stronę cmentarza chrześcijańskiego i ukryłam się w jednym familijnym grobowcu. Nie zdążyłam odetchnąć, gdy usłyszałam straszne krzyki: Uciekajcie, bo Niemcy was gonią!! Zeskoczyłam z pagórka z Sabcią i zaczęłam uciekać w stronę ulicy Kieleckiej. Kule świstały mi nad głową i wtenczas stanęłam i dwóch Niemców stanęło przede mną…
Ja stałam, jak wryta i trzymałam Sabcię w objęciach. Naraz machnął ręką i zaprowadził mnie z Sabcią z powrotem do furmanek, które czekały na nas. Niemcy zaczęli wrzeszczeć, dlaczego nas nie zastrzelili. Wsadzili nas z powrotem na furmankę, ktoś przyniósł mi też niemowlę i wywieźli nas przez Suchedniów - Kielce, do Szydłowca.

Szydłowiec! O zgrozo, jeden z 3 Judenstatt’ów, do którego zwerbowali resztki nieszczęsnych, ukrytych po lasach i bunkrach Żydów. Szydłowiec! Były to ruiny zlikwidowanych żydowskich domów, z których wysiedlono wszystkich Żydów, splądrowanych i zburzonych w poszukiwaniu kosztowności i złota. Leżałam pod gołym niebem a było już zimno. Niemowlę płakało chore bez przerwy. Nie miałam wody więc nie miałam czem je nakarmić. I znowu stał się cud. Jeden żydowski milicjant wpuścił mnie do ruin domu, gdzie był dach nad głową. Leżąc tam z dziećmi zapytałam się milicjanta, czy można stąd się jeszcze wydostać. A on mi odpowiedział, że za 5.000 złotych można się wydostać. Złożyliśmy się razem z jeszcze jedną rodziną Kajzerową, z mężem i z dzieckiem i o 3 w nocy wydostaliśmy się z getta.

Nigdy nie zapomnę tej strasznej nocy. Kule świstały nad głowami i obok mnie padł Kajzer. A ja z noworodkiem i Sabcią za rękę uciekałam co tchu i szczęśliwie wydostałam się na aryjską stronę. Tam w ciemności zapłaciliśmy żądaną sumę nie będąc pewni czy nas nie nabierają, wsiedliśmy do taksówki, która nas z powrotem przywiozła do Jędrzejowa, do getta. Tu brat mój złapał niemowlę, które było wpół żywe i zaprowadził nas do pokoju. Ale ponieważ w getcie nie było już kobiet z dziećmi ukrywałam się znowu na strychu u goja.

Aż postanowiliśmy oddać dziecko (chłopczyka) do Polki, nazywała się Katarzyna Kot, mieszkała ona na ulicy 3 Maja, Jędrzejów (Kieleckie). Nagle ciężko zachorowałam na tyfus plamisty, który przywiozłam z Szydłowca. Musieli mnie ukrywać, bo to równało się śmierci. Leżałam u dr Beera. Walczyłam ze śmiercią 2 tygodnie. I cudem zostałam przy życiu. Pielęgnował mnie drogi mój brat Zysman i nigdy nie zapomnę, jak odzyskiwałam na chwilę przytomność. Brat mój siedział i mówił „Thilim” i płakał. Nie zdążyłam przyjść do siebie po tyfusie. Byłam głodna i ślepa od wysokiej gorączki, gdy obstawili getto i zebrali wszystkich na placu. Wyjęli wszystkich chorych z prowizorycznego szpitala i na naszych oczach powystrzelali. Następnie wpakowali nas do aut towarowych i wywieźli nas do Skarżyska... (…)
(…) Mała Sabcia jest matką czwórki dzieci. Ale serce moje krwawi wiedząc, że zostawiłam niemowlę i mimo, że szukałam go do dnia dzisiejszego nie wiem, co się z nim stało. Ja jeszcze dziś nie straciłam nadziei, że On jeszcze wróci do mnie...

Yad Vashem, lipiec 1947 r.

Źródło: Yad Vashem, Jerozolima.

Transkrypcja: Andreovia.pl

środa, 3 kwietnia 2019

Rodzina Janoff

(...) opowieść Anny Radeckiej o pomocy udzielonej Żydom przez jej rodzinę – ojca Sergiusza i jego rodziców Przemysława i Anielę Janoffów (Janowów) w Motkowicach nieopodal Jędrzejowa w latach 1942-1943.

Rodzina Janoff - druga od lewej Aniela, Sergiusz i Przemysław. Motkowice, 1936  
 
W Motkowicach, niewielkiej miejscowości położonej 14 km na wschód od Jędrzejowa (woj. świętokrzyskie), moja rodzina o nazwisku Janoff (Janow), mieszkała od 1936 roku. Mój dziadek Przemysław Janoff, z zawodu leśnik, był administratorem lasów w majątku rodziny Górskich. Wraz z żoną Anielą i synem Sergiuszem mieszkał w leśniczówce nazywanej Karolówka, położonej na wschodnim skraju motkowickiego lasu. Jako ich plenipotent prowadził rozliczne interesy, także z Żydami. Utrzymywał z nimi dobre, przyjacielskie stosunki i był ceniony jako rzetelny partner.

W czasie wojny Przemysław Janoff ps. „Stary” i syn Sergiusz ps. „Set” byli zaprzysiężonymi żołnierzami Armii Krajowej. Działali w pionie wywiadu, dywersji, odbioru zrzutów, organizowali przerzuty i przechowywanie broni. W leśniczówce Janoffów odbywały się tajne komplety, a także chronili się ludzie poszukiwani przez gestapo oraz Żydzi – uciekinierzy z getta.

Getto w Jędrzejowie zostało utworzone przez Niemców w 1940 roku. Przed wywiezieniem Żydów do ośrodka zagłady w Treblince, zgromadzono w nim ok. 6 tysięcy osób z różnych miejscowości powiatu jędrzejowskiego i buskiego. Likwidację getta Niemcy przeprowadzili 16 września 1942 roku. Kilkuset Żydów zbiegło. Dla pozostawionych przy życiu niespełna 250 osób utworzono obóz pracy nazywany „małym gettem”, który zlikwidowano 22-23 lutego 1943 roku. Niektórzy uciekinierzy znaleźli schronienie u Janoffów. Przemysław przygotował dla nich specjalną skrytkę pod podłogą swego gabinetu. Wejście do niej przykryto dywanem, a na nim postawiono biurko. Janoff przywoził do siebie Żydów bezpośrednio z Jędrzejowa i po krótkim pobycie rozwoził po okolicy, w bezpieczne miejsca. Według moich najnowszych ustaleń akcja pomocowa rodziny Janoffów mogła zacząć się na długo przed likwidacją getta.

Nie wiadomo ile osób chroniło się w leśniczówce i czy ktoś z nich ocalał. Ostatni żyjący świadek tych wydarzeń – siostrzenica leśniczego Krystyna Strachocka-Zgud – pamięta, że gdy Przemysław rozwoził Żydów, ona i Sergiusz, jego syn, stali na drodze, na czatach. Jedna z akcji została opisana w publikacjach naukowych Andrzeja Ropelewskiego i dotyczyła lekarza Hirscha Beera, który prawdopodobnie przez dłuższy czas ukrywał się w lesie, w specjalnie przygotowanej dla niego kryjówce. W 1943 r. dr Beer, schowany w skrzyni pokrytej sianem i kilimem, został przewieziony do Kielc, na adres, który wskazał. Na skrzyni usiadła Aniela Janoff i rozłożyła na niej różne towary, wcielając się w rolę wiejskiej gospodyni jadącej na targ. Końmi powoził jej syn Sergiusz. Dr Beer dotarł do Kielc, ale jego dalsze losy są nieznane.

W 1945 r. władze Polski Ludowej aresztowały Sergiusza Janoffa i skazały, jako więźnia politycznego, na śmierć. Wyrok zamieniono na 10 lat pozbawienia wolności, a ostatecznie w więzieniach w Krakowie, Sieradzu i Rawiczu Sergiusz spędził pięć lat. W Rawiczu zetknął się z więziennym naczelnikiem Kazimierzem Szymonowiczem, zwanym z racji okrutnego traktowania więźniów politycznych „Krwawym Kaziem”.

Przemysław, chcąc ratować syna przed szykanami, poprosił o interwencję znajomą dra Beera z Kielc, która zaświadczyła o zaangażowaniu Janoffów w niesienie pomocy Żydom. Szymonowicz, który sam ocalał z Zagłady, zaprzestał szykanować Sergiusza za sprawą otrzymanego listu. Jedynym świadectwem tych wydarzeń jest niedawno odnaleziona w aktach sprawy Sergiusza Janoffa (sygn. IPNBU 915/497) prośba jego ojca z 1951 r. o wydanie zaświadczenia Jadwigi Papińskiej z 1946 r., które potwierdzało pomoc dla dra Beera ze strony Przemysława. Samego dokumentu nie udało się odnaleźć.

Po wojnie Janoffowie opuścili Motkowice. Zamieszkali w Marculach (powiat iłżecki), a następnie w Libertowie pod Krakowem, gdzie spędzili resztę życia.


Źródło:
https://sprawiedliwi.org.pl/pl/historie-pomocy/wasze-opowiesci/historia-rodziny-janoffow-janowow

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Jędrzejów Jewish ghetto

Jedrzejow is located 22 miles southwest of Kielce, and in 1939 some 4,000 Jews lived in Jedrzejow.

The first Kreishauptmann was Dr. Karl Glehn, who served in this post until October 1940, when he was succeeded by Dr Fritz von Ballusek from November 1940 until April 1942. The last Kreishauptmann was Bernard Hofer, who served in this post from April 1942 until January 1945.

An open ghetto in Jedrzejow was established as one of the first in the Generalgouvernement in the spring of 1940, possibly as early as February and it was located in the eastern part of the town, on Kilińskiego, Pińczowska, 3 Maja, Duch-Imbora and Łysakowska streets. Most Jews living outside the designated ghetto area had to relocate, although more than 20 families were allowed to live outside the ghetto for some time. Guards watched the ghetto exits, but initially the Jews could come and go as they pleased. By this time Jedrzejow already had received 500 refugees and more were planned, the newcomers hailed from Zaglebie Dabrowskie in Silesia, and from the towns of Zgierz, Lodz, Pinczow and Szczekociny.

Dr Hirsz Beer of Glogow organised the Jewish Social Self Help (JSS) committee and opened a soup kitchen. On 16 August 1940, he was appointed a member of the Jewish Relief Committee (ZKOP) for Kreis Jedrzejow, which the Kreishauptmann established to take over the provision of welfare from the Judenrat. A number of Judenrat members, especially Pinkus Teitelbaum, tried to undermine Beer’s activities. Thus began a power-struggle that continued throughout most of the ghetto’s existence. The 14-member Judenrat and their families lived in the largest house in Jedrzejow, while the remainder of nearly 4,200 were squeezed into rooms that three or four families shared. Many of the residents accused the Judenrat of corruption. A Jewish Police of fewer than 10 men was set up to keep order in the ghetto and to assist the sanitation committee which was responsible for keeping the ghetto clean. Their commander was one of the members of the Judenrat, Jakob Mermelsztajn.

On 15 – 16 January 1941, the Germans deported 600 Jews from Jedrzejow to several other locations with the Kreis. The poor housing conditions caused many to return secretly to Jedrzejow over the following weeks. This ‘Aktion’ decreased the number of Jews in the ghetto to 3,600. Within the same month between 400 -600 of the ghetto’s inhabitants, including women, cleared snow daily. By February 1941, 100 were tasked with clearing snow, whilst many also worked at loading wood. Later on, 220 young men were sent for forced labour in the vicinity of Lvov (Lemberg). A few of these men survived by escaping from the labour camp, and they returned to the Jedrzejow ghetto.

During June 1941, the Judenrat opened a hospital with 25 beds to serve the Kreis, with the exception of Wloszczowa, which was under Dr. Beer’s supervision. The hospital later treated Poles as well as Jews, although the later bore most of the costs of its organisation. The Judenrat also organised its own postal services at this time, as the local post office was forbidden to handle Jewish mail. On the orders of the Kreishauptmann, the number of Jewish Police increased to 18 in June 1941. The following duties were added such as guarding the ghetto with the Wehrmacht; enforcing the curfew; combating smuggling and begging. In the summer of 1941, the Jewish Police conducted a series of round-ups of the ghetto’s beggars, who were ordered to leave Jedrzejow.

During October 1941, the so-called ‘Six’ which comprised the ‘most energetic’ officials of the Jewish Police were assigned solely to rounding up and escorting Jewish labourers, as well as checking the state of the ghetto’s sanitation. In December 1941, the Jewish Police post was moved to 12 Pińczowska street and its members received instructions to tighten their guard at the ghetto exits, as from a month earlier Jews could now be shot for leaving the ghetto without a permit.

By April 1942, the ghetto leadership had been informed unofficially of the approaching deportation ‘Aktion’ of the Jews within the Kreis, but it was believed that the deportations might be limited to the resettlement of the larger towns, rather than Jews living in villages.

According to Pinkas ha-kehilot, the ghetto was enclosed in March 1942, when it was surrounded by a barbed-wire fence. Contact between Jews and non-Jews was from then on prohibited. In May 1942, twenty-one Jewish families previously holding official permission from the Germans to live outside the ghetto were forced to move inside it. As of June 1942, Georg Wall had become the commander of the Jewish Police in Jedrzejow, which was now 20 –strong, policing 3,807 ghetto residents. Between 17 -24 August 1942, the labour office within the ghetto conducted the registration of Jewish women aged between 15 and 50. A couple of months earlier in June 1942, the JSS with its headquarters in Krakow, encouraged the Jedrzejow ghetto inhabitants to organise workshops; however, only the shoemakers responded to this call, as other craftsmen believed they could earn more working independently. At the time there were 150 craftsmen and the same number of apprentices in the ghetto.

On 28 August 1942, Jews from a number of nearby localities were evacuated to Jedrzejow, including 800 people from Sobkow, 830 persons from Malogoszcz, 152 people from Naglowice, 193 people from  Nawarzyce, and smaller numbers of people from Brzegi, Oksa, Wegleszyn, Prząsław, Mierzwin and Raków. By 4 September 1942, the total number of people living in the ghetto had increased to some 6,000.

The Germans liquidated the ghetto on 16 September 1942. On that morning all of the Jews of Jedrzejow were gathered in the market square. A selection was carried out following the arrival of Gestapo officer Ernst Thomas. Approximately 240 Jews were sent back to the ghetto, this number included members of the Judenrat, Jewish Police and their families. Fewer than 200 able-bodied Jews were selected for work at the Hugo Schneider AG (HASAG) ammunition labour camp in Skarzysko- Kamienna. Also a number of men were selected for the labour camp at the Sedziszow railway depot. The remainder of the Jews were herded to the train station, loaded into cattle cars and these went to the Treblinka death camp, where they were murdered in the gas chambers.

By the beginning of October 1942, the ghetto in Jedrzejow was reduced to just three buildings. All the Jews – including women – were engaged in clearing out the former ghetto and the train depot all the possessions of the deported Jews, whilst for the time being they were allowed to keep their possessions, out of the clutches of the Germans. There were rumours that by the end of the year, all Jews would be removed from Jedrzejow. Although the soup kitchen was relocated there, there was nothing to cook, because the Germans assigned only a meagre amount of rations to the ghetto inmates. Dr Hirsz Beer doubted that the ZKOP could continue its existence with less than 1,000 Jews remaining in the Kreis and no help available. Dr Beer and Abram Solowicz were the only remaining staff. Beer however, transferred some of the hospital furnishings into the ghetto and set-up a seven-bed hospital, which he ran with his wife Regina and one other helper.

On 4 November 1942, Dr Beer reported the following remnant ghettos existing in the Kreis: Jedrzejow with 240 people, Wodzislaw with 90 people, Szczekociny with 40 people, Wloszczowa with 250 people, several dozen Jews in Sedziszow, and another 500 or so Jews incarcerated in labour camps.

The final liquidation of the Jedrzejow ghetto took place between 22 -24 February 1943, when approximately 200 Jews were evacuated to the HASAG camp in Skarżysko- Kamienna, whilst thirty-five who were unable to travel were shot on the spot.

Źródło:
The Encyclopaedia of Camps and Ghettos 1933-1945, USHMM, Indiana University Press Bloomington and Indianapolis 2012  Y. Arad, Belzec, Sobibor, Treblinka – The Aktion Reinhard Death Camps, Indiana University Press, Bloomington and Indianapolis 1987

https://www.holocausthistoricalsociety.org.uk/contents/ghettosj-r/jedrzejow.html

© Holocaust Historical Society 2015