Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Treblinka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Treblinka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 grudnia 2022

KSIĘGA PAMIĘCI - Abram Michel Gzibmacher


Urodziłem się w Wisznicach, małym miasteczku niedaleko Włodawy w guberni lubelskiej. Do Jędrzejowa przyjechałem z moimi rodzicami Yehonatanem i Chają Surą z domu Bejer w 1924 roku. Matka moja pochodzi z wielkiej chasydzkiej dynastii, jest wnuczką słynnego cadyka Michela Złoczewera [cadyk Jechiel Michel zwany Magidem ze Złoczowa, uczeń Baal Szem Towa - przyp. MM], po którym noszę imię, oraz Magida z Kozienic.

Mieszkaliśmy wcześniej w Sędziszowie w guberni kieleckiej, gdzie mój ojciec był zarządcą u właściciela ziemskiego Kamińskiego, który kupił dobra sędziszowskie od wielkiego bogacza i przedsiębiorcy Mosze Fefera.

Mój ojciec miał tam 60 mórg pola, które musiał zakupić od Michela Najmana z Wodzisławia i Rajzmanów z Jędrzejowa.

Młody dziedzic Kamiński był wielkim antysemitą. Ojciec mój opuścił dobra sędziszowskie.

W Jędrzejowie był mój ojciec zarządcą u polskich właścicieli ziemskich z całej okolic  i stąd czerpał swoje przychody. Uczyłem się w chederze, ukończyłem także szkołę powszechną, po czym wyuczyłem się zawodu malarza i zacząłem pracować w tym fachu.

W roku 1932 zostałem powołany do polskiej armii. Przydzielono mnie do 24. pułku ułanów imienia hrabiego Radziwiłła, który stacjonował w Nieświeżu niedaleko Baranowicz.

Służyłem tylko przez pół roku ponieważ dzięki ojcu mojego ojca uznano mnie za żywiciela rodziny i zwolniono ze służby wojskowej. Wróciłem wtedy do Jędrzejowa i pracowałem jako malarz.

Na osiem dni przed wybuchem wojny władze polskie zarządziły tajną mobilizację i również ja zostałem wówczas zmobilizowany. Wysłano nas na Białogon koło Kielc gdzie formowała się dywizja ułanów, która miała prowadzić wojnę przeciwko silnie zmotoryzowanej niemieckiej armii.

Stamtąd wysłano nas do Wielunia nad rzeką Wartą.

Po wybuchu wojny walczyliśmy zaledwie przez 24 godziny, do momentu otrzymania rozkazu wycofania się do Warszawy. Naszym punktem zbornym była Oksza koło Kocka [prawdopodobnie miejscowość Okrzeja - przyp. MM] ale na skutek straszliwego bombardowania przez niemieckie samoloty zginęło wielu z naszych, a pozostali zdezerterowali aby ratować życie… Także ja „pożegnałem się” z polskim mundurem, włożyłem cywilne ubrania i udałem się do rabina z Żelechowa, mojego krewnego. Stamtąd dowlokłem się do domu, do Jędrzejowa, który nadal istniał. Tam dowiedziałem się o trzech niewinnych Żydach rozstrzelanych przez Niemców aby, jak się zdaje, rzucić na nas blady strach. Zacząłem pracę i pracowałem do 10 grudnia 1939 roku. Wysłano mnie wtedy do słodowni, która była wtedy pod zarządem Niemców. Pracowałem tam nadal w swoim fachu, a także jako szklarz, którego to zawodu szybko się wyuczyłem. Otrzymałem oficjalny dokument, który pozwalał mi poruszać się bez przeszkód; bardzo pomógł mi także polski majster z Poznania Warbielski. Tak dobrze odnosił się do Żydów i wyświadczał im tyle przysług, że gdy wreszcie Niemcy dowiedzieli się o jego „zwyczajach”, rozstrzelali go.

Później zacząłem pracować wspólnie z Herszlem Wolfowiczem, jednym z przywódców jędrzejowskich rzemieślników. Tak nadszedł 16 września 1942 roku kiedy całą żydowską społeczność wysłano do Treblinki. Naziści obiecali nawet, że rodziny żydowskich robotników zostaną ale nie dotrzymali słowa.

Mój błogosławiony ojciec miał szczęście umrzeć w wieku 71 lat i być pochowanym, ale żadnej macewy nie mogliśmy mu wystawić.

Moja matka, moja siostra Ruchla, mój szwagier Izrael Manela z Zawiercia i ich mała córeczka Szifra, razem ze wszystkimi jędrzejowskimi Żydami zostali wywiezieni do Treblinki.

Byłem wśród „szczęśliwych” 239 Żydów, których pozostawiono w małym getcie.

Również moi przyjaciele Mosze Malarz i Wolf Brener ze swoimi szwagrami kwaterowali i żyli wspólnie w małym polskim domku w pobliżu dużego domu Skrzypczyka.

Starałem się dalej pracować w moim zawodzie bo w żadnym wypadku nie chciałem się znaleźć pośród tych, którzy likwidowali majątek po Żydach wysłanych do Treblinki.

O losie naszych braci w Treblince słychać było różne głosy. Nagle pojawił się jednak chłopak z Sędziszowa, Ezriel Fridman, a także Leon Wajntraub, którzy zbiegli z Treblinki i opowiedzieli nam o przerażającym końcu naszych najbliższych. Nie uwierzyliśmy im, nie mogliśmy także przyjąć ich w małym getcie ponieważ byli „obcy” i nie byli u nas zarejestrowani.

17 lutego 1943 roku naziści zlikwidowali także i małe getto jędrzejowskie, rozstrzelawszy wcześniej około 20 tak zwanych chorych na tyfus ze szpitalika. Między zabitymi był Pinio Brajtbort i Jekl Lederman. Szczęśliwym i niepojętym sposobem uciekł stamtąd chory Szmul Wargoń. Niemieccy mordercy otworzyli do niego huraganowy ogień ale ich strzały nie dosięgły go i po wojnie dotarł szczęśliwie do Australii gdzie mieszka do dziś.

W Skarżysku, gdzie nas wysłano, przez około trzy miesiące pracowałem w bardzo trudnych warunkach przy wyrobie pocisków dla ciężkiej artylerii. Ponownie wykorzystałem szczęśliwy przypadek i uciekłem stamtąd do lasu, skąd powędrowałem w kierunku Kielc. Było tam wciąż małe getto dla około tysiąca Żydów. Namówili mnie bym zmienił nazwisko na Fefer. Nosił je zbiegły stamtąd Żyd, który swoją ucieczką ściągnął na wszystkich niebezpieczeństwo. Zgodziłem się i zapłacili mi 25 tysięcy złotych. Pozostałem tam jedynie przez dwa tygodnie ponieważ to getto również zostało zlikwidowane, a wszystkich wysłano do Pionek, w pobliżu stacji kolejowej Garbatka (gubernia radomska). Pracowałem tam bardzo ciężko, ale również trochę handlowałem. Pozostałem tam aż do święta Rosz Haszana w 1944 roku. Przetransportowano nas stamtąd do dużego obozu Oranienburg, w którym internowanych było około 180 tysięcy mężczyzn i kobiet różnych narodowości. Żydów było bardzo mało i trzymano nas w izolacji. Było nas tam zaledwie 280. Przez sześć tygodni nie zatrudniano nas do żadnej pracy. Następnie wysłano nas do Gliwina [niejasne o jaką miejscowość chodzi - w oryginale: ן‎גליווי - przyp. MM] gdzie od nowa budowaliśmy pionecką fabrykę.

Pozostawaliśmy tam przez dwa miesiące pracując bardzo ciężko. Dalej wysłano nas do Rathenau gdzie znajdowała się fabryka samolotów. Alianccy piloci starali się bardzo, nieustannie bombardując obiekty i obracając je w ruinę. Czuliśmy, że ocalenie jest blisko. 27 kwietnia 1945 roku armia sowiecka wyzwoliła nas z naszego nieszczęścia. Berlin upadł 9 maja 1945 roku. Świat został wyzwolony od planów i rojeń Hitlera.

Pojechałem do Polski, do Jędrzejowa, gdzie szukałem bliskich. Niestety nie znalazłem nikogo poza Benjaminem Gutmanem, który również poszukiwał członków rodziny. Powróciliśmy do Niemiec aby szukać dalej… i tam los się do mnie uśmiechnął! W Niemczech znalazłem moją narzeczoną, Rywkę Perlman z Siedlec, w której byłem zakochany jeszcze przed wojną… Nic nie mogło się równać naszej radości. Wzięliśmy ślub i wyjechaliśmy do Izraela - to była pełnia szczęścia. Mieszkamy w Bnei Brak, dzięki Bogu możemy utrzymać czworo naszych dzieci. Pracuję w swoim zawodzie jako malarz. Nasz najstarszy syn idzie teraz by wypełnić obywatelski obowiązek w Siłach Zbrojnych Izraela, a nie w żadnych ułanach w polskiej armii jak ja. Druga nasza córka pracuje jako urzędniczka. Jesteśmy wszyscy bardzo szczęśliwi - jesteśmy wolnymi obywatelami Państwa Izrael!

*

Tłumaczenia wybranych tekstów z Księgi Pamięci Żydów jędrzejowskich
[Sefer-HaZikaron LeYehudi Yendzhyev pod redakcją Shimshona Dov Yerushalmi, Tel Aviv, 1965]

Autor tłumaczenia z języka jidysz: MICHAŁ MAZIARZ 

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego


 



wtorek, 17 maja 2022

Abraham Bomba - relacja

Everyone, who worked in Treblinka, went around with a plan to escape, but carrying the plan out was a very difficult task. Firstly, one had to have a great deal of money and that was one of the most difficult things to obtain, as anyone found with even one złoty or other valuables, would be directly shot. In addition, one had to choose with whom to escape, because one feared to let the vapour from one's mouth out about escaping - even to the best, good friend. [Even if] one already had all this, one of the hardest tasks was how to go about [actually] rescuing oneself from Treblinka.

We were a group made up of Hersz Goldsztajn, Herszel Kaufman, Chaskel Kaufman, Izaak Zajdman, Jechiel Berkowicz, Lajbel Rozental (Schnellzug [Express-train]), Jankiel Ajzner and me. Once it became known that I was a barber, from time to time, I would cut the hair of the kapo Benjamin Rakowski, and also that of the head kapo, Blaj. The kapo Rakowski came from Jędrzejów and he was fond of me because I resembled one of his brothers, whom I had aided to escape from Treblinka with ten other people - all from the city of Jędrzejów. By the way, from this group of eleven people, only one survived - Lajbisz Pleszewski, who, to this day, lives in the State of Israel. This Rakowski directed me to work in his brother’s place, at the barrack, and I took in another ten men to take the place of those who had escaped. There, it was possible for me to gather money and valuables. Thus we, the aforementioned group, stockpiled in a large rucksack until, on a certain day, we decided that tonight we will escape!

We wrapped the rucksack very carefully in a quilt, to convey the impression that we were taking a quilt with us into the barrack, where we slept, in order to cover ourselves. After roll-call, when it was very dark, we crawled out of the barrack on our bellies. The first was Izaak Zajdman, then Hersz Goldsztajn and then me. When we were already some twenty metres from the barrack, we saw two Ukrainians threw themselves upon Izaak Zajdman. When we saw that they were not shooting him, but just speaking with him, we drew back into the barrack. They immediately entered the barrack with Izaak Zajdman and ordered the commander* (this was Engineer Galewski from Warsaw, a Jewish apostate)

* [TN: In the historical sources, he appears as having been the camp’s “Lageraltester” (Camp Senior Prisoner), or Head Kapo, before Rakowski. That said, as in our text he is invariably referred to as “kommandant,” we shall use “commander,” albeit in a loose sense.]

that all the people of the barrack were to go out onto the [assembly] square. When we emerged, we were put in [rows of] four and the two Ukrainians led Zajdman out, so he should say who else had been with him. But Zajdman did not betray anyone. They talked for a while with the commander about something, after which they ordered everyone to go back inside the barrack. It would seem that the sack of money they had taken from Zajdman had enticed them and they did not inform the German SS.

A couple of days later, we again began gathering money and planned to escape. Once more, we had a considerable sack of money. [Then,] Lajbel Rozental approaches me, saying that he wanted half of the rucksack with money. He was escaping with someone from Warsaw and [said] that we were too large of a group. He had found out that the man from Warsaw knew the road by which to escape. I discussed with Hersz Goldsztajn as to what I should do. Hersz told me to give Lajbel half of the rucksack with money and that is what I did. Lajbel took the money and, at roll-call, we already did not see him, nor in the barrack to sleep. That meant that perhaps he had succeeded in escaping - or that he had been shot.

Some four weeks later, [as] we are going to work in the morning, a certain Kuzecki (his father was a cobbler in the Old Market) comes up to me and tells me that Lajbel Rozental had returned. I thought that he had lost his mind. How did he mean, “Lajbele’s back?”. I enter the barrack where we worked, sorting tresses [of hair]. I take a look. It was true, Lajbele Schnellzug was back in Treblinka. I ask him, “What happened? Why have you come back?”. He tells me it was for our sake that he returned, because he wished to show us the escape route. Soon, the entire camp knew that someone had stolen back into the camp.

Commander Galewski, who also dreamed of how one could escape, came up and spoke with him and instructed him to return to work.

At night, in the barrack, we grilled him as to how he had escaped and by which route one could flee. He glances at us and says that only one of us can escape. That is Hersz Goldsztajn, because he looks like a Christian. He also showed us an identity card in the name of a Christian living in Praga, near Warsaw.

It was not long before Commander Galewski summoned Lajbel and spoke with him for hours, late into the night. When Lajbel came back to our group, he told us that the commander had grilled him on how one could escape.

The following morning, when we were going to work, I noticed that Lajbele was consorting with the kapos of the camp and that they gave him something, which he very quickly concealed. When the day passed and we returned to the barrack, Lajbele Schnellzug was no longer there. At once, we understood that Lajbel had again escaped, but that he had not taken anyone with him - not even Hersz Goldsztajn, who looked like a Christian.

Lajbel was in Praga, near Warsaw and, later, in Wola [a suburb of Warsaw]. But a couple of months later, Lajbele was brought back to Treblinka, in a convoy of Jews. By then, people were no longer being selected for work, so that the entire convoy, [together] with Lajbele, was killed in the gas chambers.

My friend Boraks from Radomsko told me this later. When Lajbele was brought back to Treblinka, I was no longer there, as I had already escaped.

On the day following Lajbele’s escape, we saw that the SS men were going about, whispering to each other. I understood that someone had let the SS know what had transpired here - that a Jew had broken in to steal money and had fled back out with a great deal of money, and that the commander had also had a conversation with him.

We soon saw the SS men summon the commander. They shouted at him and let him have it over the head with their boots. He [tried] justifying himself a little and they went directly over to the group in which I was working. And here, the commander pointed at Szlojme Czapnik, Hersz Goldsztajn, the two Fajner brothers from ul. Warszawska, the two from Piotrków and at me.

They led us away from the working group, but kapo Rakowski at once came running and said something to the commander. The commander came over to me and asked me if I was the barber. I said that I was. He said, “Pardon me, I didn’t mean you”, and told me to go back to work. The six other men were led to the lazaret [infirmary], where they were shot. As I understood it, the kapo Rakowski had repaid me for helping his brother to escape.

The day following these events, I noticed that kapos were speaking about something and constantly looking at the group in which I was working. Chaskel Kaufman, Jankiel and Jechiel Berkowicz were working with me. A little further away, Mojsze Rapoport, Szymon Amsterdam and the Wolman brothers (they were called “the comedians of ul. Kozia”) were woring.

We talked it over and decided that three men should escape - Mojsze Rapaport, Jankiel Ajzner and one of the two brothers who had worked for Neufeld at the skład apteczny [pharmaceutical warehouse (in Częstochowa)]. I do not recall their names. We could not send two brothers together because, if one did not succeed, the second could try his luck - maybe the second would make it.

Prior to roll-call, they concealed themselves in the piles of things that were there. This was on a Thursday. On the morrow, it was quiet at work, from which we understood that the three comrades had successfully escaped. We decided that, on Saturday night, we - me, Jechiel Berkowicz and Chaskel Kaufman - would attempt to escape.

As Chaskel Kaufman was with a brother Herszel, it was decided that he, Chaskel, [and not his brother,] would be in the group.

On Saturday, all day long we made a bunker. We took turns every hour so that, by roll-call, we had completed the bunker.

Before roll-call, as we were hurrying to hide ourselves, we noticed that someone was snooping around too much in the same place where we had the bunker. This was a certain man who had collaborated with the Gestapo in Czestochowa. His name was Kolenbrener. We pulled back, understandably, and decided to go into the bunker a day later, on Sunday.

On Sunday, we calmly worked [through] the day and, in the evening, hid ourselves in the bunker. After roll call, Ukrainians and the SS snooped about, searching if anyone had concealed themselves. From the hiding place, we saw that they were stabbing things through with the lances and checking if anyone was not hiding.

We observed that, after a few minutes of searching, they left the square and we breathed a little more freely. We lay there thus for a couple of hours, until we decided to crawl out. The only place through which it was possible to escape was the infirmary, because there were only a couple of barbed wires there. We scraped out of the hiding place on our stomachs and [began] crawling. The fire in the infirmary burned on the side and we crawled to the barbed fence. The first to crawl over was Jechiel Berkowicz, the next was me and then Chaskel Kaufman. On the other side, there were watchtowers with searchlights. The searchlights were on, but there was no one inside [the towers]. We rolled [slithered?] on our stomachs in this manner for a couple of hundred metres and then we stood up and began to run. We ran for hours into the night, until two in the morning - until we heard, not far from us, talk in Ukrainian. We realised that we were in the camp, at the Ukrainians’ [billets]. This meant that, during five hours, we had run in circles and that we had not progressed more than one kilometre at most.

Immediately, we turned into another direction and began running, until we came to a river. That was the [River] Bug. We were six kilometres from Treblinka. It was about five o'clock in the morning and soon dawn began breaking. From some way off, we noticed a rural cabin. Jechiel Berkowicz went in and soon emerged, telling us what the peasant woman had told him - that the entire area was surrounded by the Gestapo and that we needed to flee immediately in another direction.

We began running until we came to a bridge. This was the Malkina Bridge but, in the distance, we noticed a German guard. We feared crossing this bridge. It was already broad daylight. At nine o'clock in the morning, we decided to hide in a pit in a field until nightfall and to continue running at night.

As we lay in the field inside the pit, we saw a peasant pass by in a wagon. We called him over and told him that we had escaped from Treblinka and would it be possible for him to take us into his barn. He tells us that he must ride to work. We asked him if perhaps we could pay him for the work. We finally convinced him. He pointed out his barn to us from afar and we went inside. But he knows nothing about this. If we are asked, we are to say that we stole in. That is what we did. We were there all day. At night, the sołtys [leader] of the village came and told us that he would lead us out of the village and show us which way to go. He did, in fact, take us to the main road and we walked through the night until daybreak. In the morning, we came to a village. At the front of the house, we saw a woman opening the door. We approached the house and the woman told us to go inside. We were there for a week. The second week, we stayed with one of the peasant’s friends in that same village. I remember that peasant's name - Piotr Supeł.

We left the house of the good peasant Piotr Supeł. This was in the village Zagrodniki, near Ostrówek Węgrowski. The peasant travelled with us to Warsaw. In Warsaw, we gave him money and he bought us tickets to Częstochowa.

As we were saying our goodbyes, Piotr Supeł’s wife wept and she beseeched us to write to her, should any of us survive.

After the War, I wrote her a letter, to which I received the reply that her husband and his friend had perished in Mauthausen. She had married a Jew. I could have sworn that she was a Jewish woman.

Of our entire group, [the only] survivors were Jankiel Ajzner, who lives in Israel, Mojsze Rapaport, Jechiel Berkowicz and I [who live] in the United States.

Źródło / source:

Abraham L. Bomba - My Escape from Treblinka

http://www.czestochowajews.org/

https://www.google.com/url?sa=t&rct=j&q=&esrc=s&source=web&cd=&ved=2ahUKEwiv2Kig3PvtAhUnlYsKHctxCwcQFjAAegQIAhAC&url=https%3A%2F%2Fwww.czestochowajews.org%2Fwp-content%2Fuploads%2FCzestochowa-1958-Book-Treblinka-pp-57-59.pdf&usg=AOvVaw07ym5-9LzxRUaQ-TKXBlxT

wtorek, 10 maja 2022

Beniamin Rakowski według Willenberga

Beniamin Rakowski

(...)

Zawód: właściciel nieruchomości

(...)

Uwagi: Właściciel gospodarstwa rolnego. "Był prawie dwumetrowym olbrzymem. Młody, ładny, lubił jeść, pić i obcować z kobietami. Choć posłał do gazu swoją żonę i dzieci, nie przeszła mu ochota na używanie życia." Był kapo w obozie w Treblince. Został zastrzelony w lazarecie, gdy znaleziono u niego worek z brylantami i złotem (chciał przekupić Ukraińców i uciec z kochanką z Treblinki).

Miejsce śmierci: Treblinka

Źródło / source:

S. Willenberg, "Bunt w Treblince", s. 86; AŻIH 302/153, rel. Tanchem Grinberg

https://pamiectreblinki.pl/people_db/p25655/

sobota, 7 maja 2022

Rakowski

Benjamin Rakowski

From Jedrzejow:

A young intelligent fellow who had owned a farm before the war. He was an impressive figure, tall, well built and strong. Rakowski was appointed Camp Elder to replace Galewski whilst the latter caught typhus, and was invited to join the Organising Committee.

Rakowski had many enemies and he was betrayed by someone, who reported to the Germans,  that Rakowski had a canteen filled with gold.

 

Richard Glazar recalled:

Miete [SS-Scharführer August Miete] was seen leading Rakowski – who towered over him – past us and up to the infirmary. This time he had a small escort of guards with him.

Supposedly they had searched Rakowski bedroll and found large amounts of money and gold."

 

Rakowski was shot at the Lazarett.


Źródło / source:

http://www.holocaustresearchproject.org/ar/treblinka/treblinkarememberme.html

piątek, 6 maja 2022

Zastępca Rakowski

Treblinka II - Więźniowie

Na terenie całego obozu zagłady przebywało jednorazowo około 1 000 więźniów. Ilość ta zmieniała się w zależności od potrzeb niemieckiej obsługi. Rotacja wśród więźniów była duża. Chorych i słabych odsyłano do komór, a na ich miejsce wybierano więźniów z tłumu przybyłych. Więźniowie podzieleni byli na komanda (...)

Więźniowie wstawali około godz. 5, najpierw odbywał się apel poranny, później jedli śniadanie złożone z suchego chleba i kawy lub chlebowej zupy (rozwodniony czerstwy chleb), potem udawali się do pracy, która trwała co najmniej do godz. 18. Obiad spożywano w godzinach 12–13. W czasie, gdy przychodziły do obozu transporty, więźniowie byli w miarę dobrze odżywiani, gdyż spożywano produkty, które przywozili ze sobą deportowani tu ludzie. Gdy transporty nie nadchodziły, sytuacja zmieniała się radykalnie.

Na czele więźniów obozu nr 1, liczącego około 700 osób, stał, pochodzący z Łodzi, inżynier Galewski, a w czasie jego choroby – Rakowski. Galewski robił, co mógł, by poprawić warunki życia więźniom. Stanął też na czele komitetu organizacyjnego przygotowującego powstanie.

Więźniowie w obozie nr 2 zajmowali się wyciąganiem zwłok z komór gazowych i ich paleniem. Było ich około 300 (...).

 

Źródło:

https://muzeumtreblinka.eu/informacje/wiezniowie/

czwartek, 28 kwietnia 2022

Kapo Rakowski

RAKOWSKI, Benjamin. A farm owner from Jędrzejów, between Kraków and Kielce in Świętokrzyskie Province. He was tall, well-built and strong, which explained his selection in Treblinka as a Kapo. For a short time deputized for the Camp Elder (Lagerälteste) Galewski, when he contracted typhus. According to Abraham Bomba, Rakowski’s brother escaped from the death camp, and he was questioned about it by SS-Untersturmführer Kurt Franz. Rakowski was brought into the prisoners Organizing Committee preparing for the revolt, but following a postponement of an actual date, Kapo Rakowski decided to organize an escape form the camp for about 15 prisoners, including his girlfriend Tchechia Mendel in late April or early May 1943. Richard Glazar wrote in his book Trap with a Green Fence that Rakowski „is the biggest speculator in the entire camp, a glutton, a boozer, a belly-acher and he is not looking out for anyone but himself; everything he does is for his own benefit”. This is in sharp contrast with Samuel Willenberg’s opinion of Rakowski. Willenberg saw in him a man preparing others for a revolt, who planned the escape with the help of two Ukrainian guards, whom he bribed with large sums of money. The escape was planned through the tailors’ workshop, but before it could take place, the SS-Scharführer August Miete found money, gold and valuables hidden in the walls. He had Rakowski arrested. Despite claiming his innocence and that the money and valuables belonged to dr. Chorążycki, with whom he lived in the same room before his death, Rakowski was taken to the „Lazarett” and shot. 

Źródło / source:

The Treblinka Death Camp: History, Biographies, Remembrance - Chris Webb, Michal Chocholaty, 2014


niedziela, 24 stycznia 2021

Rodzina Mauer

Lista Imion przeczytanych 28 lipca 2013 r. w Treblince
(większość Imion została przeczytana jednocześnie chórem)
(...)
Mosze Mauer, lat 56, kupiec z Jędrzejowa, jego żona Jenta lat 50, z domu Wodzisławska, i dzieci: Menasze lat 32, kupiec, Zelig lat 20, Sara lat 12

Źródło:

czwartek, 7 stycznia 2021

Nina Bassat - rodzina Wargoń


Hadassa Katz (Wargoń), Janina (Nina) Katz and Moshe Wargoń, Lwów 1941

In the last edition of Centre News, we began a series of articles highlighting the stories of some of our donors, in recognition for the outstanding support we have received as the Jewish Holocaust Centre (JHC) embarks on its major redevelopment. We continue in this edition with the stories of Nina Bassat and Rosie Lew and their families, focusing on their backgrounds and their reasons for choosing to support the Centre.
Born in Lwów, Poland in 1939, the daughter of Hadassa Wargoń and Izydor Katz, Nina is one of the few child survivors of the Lwów ghetto and counts every day of her life as a gift. Hadassa’s family were importers and exporters of grain; her father Moshe Wargoń was a city councillor in Jędrzejów, a member of Mizrachi and a staunch Zionist. Izydor studied in Lwów, where his family operated a glazing and picture framing business. Of the extended Katz family, there were no survivors other than Hadassa and Nina; of the Wargoń family, only a handful survived. Izydor Katz was killed on Petlura Day, 26 July 1941, his thirtieth birthday; the rest of the family were lost at Treblinka, at Auschwitz, at Belzec. The remnants of the family, Hadassa, her brother Sam Wargoń, her sister Sara Przysuska and her niece Masza Przysuska were reunited in a DP camp in Bad Wörishofen, Germany. Sara and Masza survived the Łódź Ghetto and Auschwitz-Birkenau and were liberated at Bergen-Belsen, but Sara tragically died in 1948.
(…)
„Do not forget” and „Tell them what happened” is also part of the ethos of the Bassa-Gillis family, who would not be here if it were not for the survival of Hadassa Katz (later Teicher) and Nina Bassat.
The remaining four members of the family came to Australia in 1949, after several applications to go to Palestine were rejected.


 

The two photographs which encompass five generations of our family have one common link. In the first, Nina is the chold clutching her grandfather’s beard; in the second, she is the grandmother surrounded by her children and grandchildren. These two photographs encapsulate the miracle of survival and of regeneration, and they also mandate the responsibility and the priviledge of commemoration and of remembrance.
Nina Bassat AM is a lawyer who has served as President of the Jewish Community Council of Victoria and the Executive Council of Australian Jewry. She has contributed her time and expertise to many other organisations, both local and overseas, and has ben a Trustee of the Jewish Holocaust Centre Foundation since its establishment in 2008.

Źródło / source:

https://issuu.com/jhc_comms/docs/jhc7-virtual_book/s/11102423

środa, 16 grudnia 2020

Józef Jaskulski - relacja

Urodziłem się w Oksie pow. jędrzejowskim w roku 1896. Rodzice moi zajmowali się rolnictwem posiadając 20 morgów ziemi. Ja początkowo pomagałem im w rolnictwie dorywczo, o ile mnie czas studjów moich w szkole średniej pozwalał. Po ukończeniu szkoły średniej w Jędrzejowie udałem się na studja wyższe do Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie (SGGW), którą ukończyłem w 1933 r. i otrzymałem tytuł inż. rolnego. Specjalizacją moją była polityka ekonomiczna.
Kiedy otrzymałem dyplom wróciłem w swoje ojczyste strony do Jędrzejowa i tam pracowałem do 1938 r., czyli przez cztery lata w charakterze instruktora rolnego w powiecie. Wtedy właśnie w tym okresie miałem kontakty z inteligencją tak polską jak i żydowską. Wśród nich zaprzyjaźniłem się z rodziną nieżyjącego już p. Brajborta*. Wówczas p. Brajbort prowadził handel nawozami sztucznymi. Tenże p. Brajbort często mnie gościł. Ja otrzymywałem od niego takie w każdym bądź razie miłe podejście i towarzyskie i wszechstronne, ze mnie to zobowiązywało wszechstronnie w stosunku do niego. Nawiązała się między nami serdeczna przyjaźń. Dlatego też w późniejszym okresie, kiedy przeprowadziłem się do Warszawy, to zawsze nie omieszkałem ich odwiedzić kiedykolwiek przyjeżdżałem do Jędrzejowa i byłem ich gościem.
W 1939 r. wybuch wojny zastał mnie w Warszawie, gdzie byłem zatrudniony w mleczarstwie tzw. mleczarni miejskiej „Agril”. W tej mleczarni pracowałem przez okres niemal całej wojny. Ponieważ moja praca w tej mleczarni była dość łatwa i nie absorbowała dużo mojego czasu mogłem często wyjeżdżać, czyli pracę opuszczać.
Moi szefowie byli na tyle względni, że pozwalali mi na częste wyjazdy do Jędrzejowa i do Kielc, gdzie również miałem sporo znajomych, więc informowałem ludzi, bo już wtedy tworzyły się getta. Więc na przykład w Jędrzejowie informowałem o tym jak przebiega akcja w Warszawie, bo oni nie mieli możliwości, więc wszyscy byli żądni i ciekawi. W Jędrzejowie więc poza p. Brajbortem całą inteligencję żydowską odwiedzałem, tam miałem kolegę, Strumpf się nazywał, który teraz jest w Ameryce. Poza tem był tam niejaki p. Wargoń, tam też u nich bywałem, on handlował zbożem, ich także informowałem o tem jak sytuacja wygląda. Przede wszystkiem moja bazą był p. Brajbort. Już w r. 1942 było w Jędrzejowie getto stworzone.
Pewnego razu przyjeżdżam do Jędrzejowa, p. Brajbort kiedy mu sytuację przedstawiłem, że jest nadzwyczajna, słuchy mnie dochodzą, że jest Treblinka, że tam transporty do Treblinki dochodzą na zniszczenie, powiedziałem o tem, że z Kielc informują o tem wszystkim, na co p. Brajbort odpowiedział: Wiem o tem i jestem zorjentowany, to ciężki los Żydów z Jędrzejowa czeka, wobec tego jako przyjaciel, jeżeli by pan mógł coś mi zrobić, to byłbym panu wdzięczny. Służę do pańskiej dyspozycji – odpowiedziałem.
Pytanie: Czy to były rozmowy, które Pan prowadził z p. Brajbortem w okresie kiedy jego rodzina znajdowała się już getcie i można się było do nich dostać?
Tak, to było w tym okresie i można było ich w getcie odwiedzać. Co prawda gettem obejmowane było ich mieszkanie, gdzie oni przedtem mieszkali, tak że nie mieli trudności i nie musieli się przenosić. Dopuszczalne były jednak odwiedziny, getto nie było zamknięte gdyż to było przed akcjami.
P. Brajbort więc zwrócił się do mnie mówiąc: Ja nie zamierzam absolutnie się ukrywać, bo mnie na to nie będzie stać, ale jeśli odnośnie mojej córki i zięcia i jej dziecka, jeżeli Pan mógłby coś przedsięwziąć to bardzo bym był wdzięczny. Ja mówię - służę chętnie.
No i ustaliliśmy z nim, że ja właśnie tą córkę, obecnie Mauerową – Lolę Brajbort z córeczką maleńkiem wówczas dzieckiem zabiorę i chwilowo umieszczę u swej siostry w Oksie. Tak właśnie zrobiłem. Wziąłem wóz tam z Jędrzejowa, ją na wóz i akuratnie żeśmy tak utrafili, że przed wysiedleniem ja ją łącznie z dzieckiem zabrałem. To było w 1942 roku na dwa miesiące przed wysiedleniem. Natomiast odnośnie p. Mauera męża Loli, to on jeszcze pozostał w mieszkaniu w getcie przy teściu, z tem właśnie, że ustaliliśmy, że jeśli będzie mu coś zagrażać dalsza akcja z mojej strony będzie podjęta, mimo że byłem w Warszawie, ale zawsze miałem możność poruszania się i ewentualnego przyjazdu. Tą córkę z dzieckiem odwiozłem do mojej siostry i tam pozostali.
No i dowiaduję się, ze jest wysiedlenie – przyjechałem i rzeczywiście widziałem, jak wysiedlali. P. Mauer jednak do tego wysiedlenia nie poszedł, został przez nich samych tj. Niemców wyznaczony do porządkowania rzeczy, które pozostały u Niemców i do ich segregacji. To były rzeczy, które pozostały po Żydach, po ich wysiedleniu.
Tak więc z p. Mauerem byłem w kontakcie. Wtedy Niemcy ogłosili, że pozostali Żydzi mogą sobie być w getcie zamkniętym i nic im nie grozi. Chwilowo żona p. Mauera Lola uwierzyła temu no i myśmy uwierzyli, że tak będzie. Więc wróciła do Jędrzejowa aby z mężem zamieszkać, ale nie długo z nim była. Naraz bowiem jest akcja, prowadzono pińczowskich Żydów i tych jędrzejowskich do nich dołączają.
Mnie akurat w Jędrzejowie nie było byłem w Warszawie, dano mi znać i ja przyjeżdżam. Oni natomiast, ta p. Lola i jej córka szczęśliwie zostały wyprowadzone i ulokowane u drugiej mojej siostry w Jędrzejowie. To wszystko odbyło się podczas tej akcji. Niestety nie było już innej rady, jednak sytuacja była już taka niebezpieczna, że trzeba było się zabrać do warszawy. I wtedy p. Lolę z córeczką zabrałem do Warszawy, do siebie do mieszkania, a p. Mauer pozostał tymczasem nadal w Jędrzejowie. Jego brat znowuż u jednego gospodarza w innym miejscu się przechowywał. Pozostało tam kilku Żydów, którzy się razem przechowali jak naprzykład jeden który obecnie jest w Ameryce, p. Rubinek Ryszard, następnie dwaj bracia Kluska, wszyscy oni przechowali się w Jędrzejowie u niejakiego p. Gałka. W tym okresie też getta już nie było po wysiedleniu Żydów zostało zlikwidowane. Oni więc byli w tym ukryciu i myśmy donosili im tylko żywność i pieniądze. Było ich razem 5-ciu. Dwaj bracia Rubinek, dwaj bracia Kluska i p. Mauer.
Jeden z tych Rubinków nie wytrzymał tam i zmarł naturalną śmiercią, a wszyscy inni się przechowali. Ukrywali się w bunkrze, jak już wspomniałem poprzednio u p. Gałki
Pytanie: Jak długo oni się tam przechowywali?
Przez kilka miesięcy tam się znajdowali aż sytuacja stała się ponownie niebezpieczna, a że to był lipiec sam p. Mauer zgłosił się i poszedł do Skarżyska, a później ze Skarżyska do Częstochowy. Tak przetrwał aż zgłosił się do Arbeitsamtu, a potem go wysłali. Ja natomiast zająłem się wyłącznie p. Lolą i jej dzieckiem.
Pytanie: Jaki był los p. Brajborta?
Naturalnie podzielił los wszystkich wysiedlonych, pojechał do Treblinki z żoną, drugą córka i zięciem. Oni już zostali w Treblince zagazowani. do pierwszej akcji jeszcze ich widywałem, a potem jak zostali wysiedleni, więcej już nie wrócili.
Pytanie: Jak był los p. Loli Brajbort (Mauer) i jej dziecka?
Otóż, jak poprzednio opowiedziałem, przyjechała do mnie do Warszawy i zamieszkała na ul. Wilczej 24a. Tam jakiś czas zatrzymaliśmy się i zaczęliśmy rozmyślać co dalej robić. Ponieważ i w Warszawie akcja była i niepewnie było, zawiozłem jej córeczkę do jeszcze trzeciej siostry mojej, która obecnie mieszka koło Warszawy, a wtedy mieszkała w Sokołowie Podlaskim. Moja siostra miała też córeczkę niedużą i obydwie zaprzyjaźniły się bardzo, a p. Mauerowa chwilowo zamieszkała u mnie.
Obecnie córeczka p. Mauerowej wyszła tu już za mąż i z męża się nazywa Feller, na imię nieczytelne wtedy wołaliśmy na nią Lala, była na aryjskich papierach. Także p. Lola była na aryjskich papierach i nazywała się Więckowska. Tak więc p. Mauerowa była u mnie, a jej córeczka u mojej siostry.
Był czas, że rzeczywiście ludzie „kapo” chodzili po Warszawie, wywęszyli to wszystko i pani Lola miała nawet przykrość, bo trzeba było dać okupu 100 dolarów. Powodem też było, że p. Lola zaprzyjaźniła się z drugą Żydówką, która utrzymywała kontakt z pewnym aryjczykiem, już żonatym. Więc sytuacja bardzo niewyraźna, bo żona tamtego prześladowała tą Maryjkę Żydówkę zaprzyjaźnioną z p. Lolą, i tak doszli do p. Loli i ona musiała dać odczepnego 100 dolarów i odczepili się.
Chwilowo więc musiałem p. Lolę umieścić na Żoliborzu. Ale jak to wszystko już przeszło minęło, uspokoiło się, pojechałem po p. Lolę zabrałem do siebie i dzieciaka też przywiozłem i zamieszkali u mnie na ul. Wilczej 24.
Pytanie: Czy na Żoliborzu miał Pan przyjaciela, u którego ona czasowo przebywała?
Na Żoliborzu dostaliśmy z organizacji mieszkanie niejakiego Jagiełło. Z organizacji AK otrzymaliśmy ten adres i tam, przez okres kilkumiesięczny przebywała do chwili, jak już zaznaczyłem, aż ucichło, wtedy ją zabrałem spowrotem, sprowadziłem też jej córeczkę i nieczytelne zamieszkaliśmy.
Przed rozpoczęciem powstania przewidywaliśmy znowu, że sytuacja stanie się ciężka, że razem możemy tu zginąć, wobec czego poszła z dzieckiem znowu na Żoliborz. Tam ją powstanie zastało.
Przy likwidacji powstania ona innym etapem wyszła a ja innym. Dopiero listownie na adres Jędrzejowa ona zawiadomiła, że jest w Samsonowie koło Kielc i prosiła o dosłanie jej rzeczy, bo wyszła bez niczego.
Pytanie: Jakie były jej środki materjalne i aprowizacyjne przez cały czas?
Ja z własnych funduszów względnie też jej, bośmy mieli wszystko to razem. Część prawda wzięliśmy nawet z Jędrzejowa, bo przecież to byli ludzie zamożni, ale wiele ona o to nie dbała, gdyż świetnie opanowała technikę szydełkowania i w tym okresie zarobkowała. Miała bardzo dużo pracy i po zakończeniu powstania pozostało jej jeszcze wiele z tej pracy, tak dużo jej naniesiono. Zarabiała dobrze, tak że materjalnie dość możliwie było.
Po tym wysiedleniu, gdyśmy się skontaktowali także jej mąż został już oswobodzony i poprzez moją siostrę z Jędrzejowa dowiedział się o mnie, więc dałem mu adres żony jego. Pojechał do Samsonowa no i przywiózł ją do Jędrzejowa i wszyscyśmy się tam spotkali.
Tak wyglądała cała epopea.
Pytanie: A pan inżynier podczas okupacji kontynuował swoje zatrudnienie?
W czasie okupacji właśnie pracowałem w "Agrilu", ale później Niemcy w czasie powstania to zniszczyli. W Jędrzejowie oni mieszkali w swoim mieszkaniu, które spowrotem odzyskali, do lipca mniejwięcej, a potem wyjechali do Wrocławia. A ja w październiku w ślad za nimi pojechałem.
Pytanie: Co się stało z tą grupka ludzi ukrywających się w tym bunkrze u Gałki?
Oni się uratowali. Ci dwaj bracia Kluskowie są i wyjechali do Australji. Także Rubinek Ryszard jest w Australji. Kontaktujemy się ze sobą i serdeczny bardzo łączy nas stosunek. Ten drugi Rubinek zmarł, był chory na gruźlicę i dlatego nie wytrzymał warunków ściśnienia w bunkrze.
Zamieszkaliśmy we Wrocławiu. P. Mauer prowadził tam wytwórnię wody sodowej, ja natomiast, jako naczelnik aprowizacji miasta Wrocławia pracowałem, tak więc kontakt nasz nadal trwał. Także Wargonia odwiedzałem, może nie wszystko ci się dotyczy niego wiedziałem, gdyż Wargoń podczas wysiedlenia jednak nie był jak inni posłuszni, tylko uciekł. Nie podporządkował się, uciekł i schował się. Również siostra Wargonia się uratowała. Mieli trochę pieniędzy u właścicieli ziemskich w Jędrzejowie, które po wyzwoleniu otrzymali spowrotem i tak im się też udało.
Tam we Wrocławiu zgrupowała się więc cała kolonja uratowanych ludzi z Jędrzejowa.
Mauerowie opuścili Polskę w 1946 roku. Wyjechali z Wrocławia do Bergen Balzen [Belsen] do Niemiec. Tam nie wiem jak długo byli, ale potem wyjechali stamtąd do Izraela. Cały czas w Bergen Balzen w Izraelu mieliśmy kontakt listowny. Ja przez cały czas mieszkałem we Wrocławiu i pracowałem w Zarządzie miejskim jako naczelnik aprowizacji. Później po paru latach przeniosłem się znowu do mleczarstwa, do mojej dziedziny.
W roku 1959 pp. Mauerowie przysłali mi zaproszenie, żeby koniecznie ich odwiedzić w Izraelu. Przyjechałem do Izraela w maju i byłem aż do połowy czerwca 59 roku przez 6 tygodni. Poznałem wielu Jędrzejowian, których nawet przedtem nie znałem i z tą kolonją jędrzejowską bardzo mile spędziłem ten czas.
No i nadal utrzymywaliśmy ten kontakt. Kiedy ich córka wychodziła zamąż w [19]63 r. w sierpniu p. Mauerowa przysłała zaproszenie i nawet pieniądze na podróż, ażeby pojechać na ślub. Ponieważ tak bardzo serdecznie byłem przyjmowany chciałem przyjechać, ale zbyt długo wydawano mi paszport i dlatego nie zdążyłem na ślub. Zamiast więc w sierpniu pojechałem 17-go grudnia [19]63 r. Teraz jestem tutaj i mam zamiar pobyć przez 3 miesiące.
Obecnie zwiedzam kraj. Zwiedziłem Ejlat, całą pustynię Negew, ze znajomymi, którzy wzięli mnie w swój samochód i jeździłem z nimi. W ten sposób poznałem południe kraju. Ponadto byłem 4 dni w Jerozolimie, w mieszkaniu mej wychowanicy Lali, tam z jednym znajomym zwiedziłem Jerozolimę. Jak Papież był, byliśmy na górze Cyjon, tak dokładnie wszystko poznałem. W ogóle dobrze mi się złożyło.
Poprzednio w r. 1959 zwiedziłem Galileę i jej miejscowości. Obecnie chciałbym jeszcze pojechać nad Morze Martwe, Sodomę i Engedi [Ein Gedi] zwiedzić. Poza tem chcę, bo jak wspomniałem jestem z zawodu rolnikiem, poznać zagadnienia rolne od strony praktycznej i ekonomicznej, możliwie wszechstronnie. Przyjrzeć się życiu społecznemu w kibucach, które bardzo mnie interesuje, jak oni podchodzą do tych zagadnień.
 
Yad Vashem, marzec 1964 r.

Źródło: Yad Vashem, Jerozolima.

Transkrypcja: Andreovia.pl
 
* inna spotykana pisownia nazwiska: Brajtbort, Breitbard [przyp. MM]

 
https://new.getto.pl/pl/Osoby/J/Jaskolski-Jozef

niedziela, 7 lipca 2019

Menachem Horowicz - relacja, cz. 2

Utworzenie getta
Był 10 grudnia, rok 1939. W dniu tym przypadała według kalendarza żydowskiego sobota chanukowa = „szabat Chanuka”. Z tej też intencji przybyła do nas w sobotę moja córka Preisowa, wraz z mężem swoim, oraz maleńkim dzieckiem. Mieszkała ona, jak już wspomniałem także w Jędrzejowie, ale daleko od nas i to zupełnie innej dzielnicy. Ja wraz z rodziną mieszkałem na ulicy 11 Listopada, która to ulica biegła od stacji kolejowej aż do rynku miejskiego. Moje mieszkanie i mój skład znajdowały się tuż obok stacji kolejowej. W piątek wieczór, o godzinie 1 w nocy, gdy wszyscy spaliśmy już, wtargnęli do naszego mieszkania SS-mani. Kazali wszystkim mieszkanie to opuścić i nie pozwalali nic zabrać ze sobą. Udaliśmy się w nocy do mieszkania mojej córki.
Okazało się nazajutrz, że dnia tego wysiedlano Polaków z Poznania. Żydzi musieli się skupić w jednej tylko dzielnicy, by swoje mieszkania oddać do dyspozycji wysiedlonych Polaków. W mieszkaniu moim zamieszkał Poznańczyk nazwiskiem Grabowski.
Taki stan trwał do pierwszych dni lutego roku 1940. Mieszkaliśmy wszyscy razem u mojej córki. Wyrzucono z mieszkań także innych Żydów i wszystkie te mieszkania oddano Polakom wysiedlonym wówczas z Poznańskiego. W lutym tego roku zamknięto dwie ulice, mianowicie ulicę Łysakowską i ulicę Pińczowską. Wtedy ukazało się rozporządzenie, na podstawie którego wszyscy Żydzi, zamieszkali w Jędrzejowie mają natychmiast opuścić swoje mieszkania i zamieszkać na jednej z wyżej wymienionych ulic. W ten sposób w lutym roku 1940 powstało getto w Jędrzejowie.
Ludzie wstawali o godzinie 4 nad ranem i ustawiali się w kolejkach po chleb. Z getta zabierano Żydów o każdej porze dnia lub nocy do najrozmaitszych prac fizycznych.

Pod znakiem szantażu
Chciałbym też opowiedzieć ile nacierpiałem się zaraz po wybuchu wojny, z powodu szantaży, jaki stosował wobec mnie Polak, pijak i złodziej, imieniem Gre(…). Zdarzało się wpadał on do moich magazynów, położonych tuż obok stacji kolejowej, gdzie na składzie miałem zawsze opał, cement, koks i inne materiały.
Pewnego razu, a było to kilka miesięcy przed wybuchem wojny, weszedł do składu mojego Gre(…). Zażądał wydania jakiegoś materiału za bezcen, a gdy mu odmówiłem powiedział do mnie: „Poczekaj, jak przyjdzie Hitler, to ci pokaże…” Odpowiedziałem wtedy: Niech pana diabli wezmą razem z Hitlerem...
Wybuchłą wojna. Niemcy zajęli Jędrzejów. Mój skład, podobnie jak wiele innych składów żydowskich, pozostał zamknięty. Obok mieścił się sklep mojego sąsiada - Dawida Osjasza, gdzie między innymi można było kupić także papierosy. Sklep ten od frontu był zamknięty. Pewnego razu udałem się do mego sąsiada Osjasza, by tylnymi drzwiami kupić pudełko papierosów. W sklepie zastałem Gre(…). Był on pijany. Ludzie opowiadali o nim, że pije on nadal strasznie dużo, a ponieważ nie może kupić dobrej wódki pije wszystko, co się nadarza, a więc także denaturat oraz jakiś spirytus, używany do czyszczenia maszyn. Na mój widok Gre(…) podeszedł do mnie i powiedział: „Gdybym chciał, to bym zaraz Horowicza…” i w tym miejscu zrobił on ruch ręką ilustrujący powieszenie człowieka. Nie odpowiedziałem i wyszedłem ze sklepu.
Po upływie dwóch tygodni od tego spotkania zajechał Gre(…) swoją furą pod mój skład. Kiedy mnie spostrzegł powiedział: „Horowicz, ja nie mam czem palić, a u was w składzie jest drzewo…” Otworzyłem mu bramę i Gre(…) wjechał na podworzec. Weszliśmy do składu tylnymi drzwiami i tamtędy wydałem Gre(…) 100kg drzewa opałowego.
Po upływie kilku dni Gre(…) znowu przyszedł do mnie. Tym razem zażądał ostro wydania mu drzewa na opał. Dałem mu znów jakąś ilość drzewa i jednocześnie żaliłem się przed nim, że zawartość składu mojego musi starczyć na utrzymanie moje oraz córki mojej Preisowej. Gdy przyszedł znów następnym razem oświadczył mi już jasno, że muszę podzielić się z nim wszystkim, co posiadam w majątku. Byłem bardzo zmartwiony i niespokojny. Żonie mojej nie wspomniałem o tym ani słowa. Żyłem ciągłym strachu i w obawie ciągłego szantażu ze strony Gre(…). Nie mogłem sobie poradzić i pojechałem pewnego dnia do Wodzisławia, żeby zasięgnąć rady mojego starszego brata, Berka. Gre(…) zaczął do mnie przychodzić codziennie i odtąd nie miałem już ani chwili spokoju.
Pewnego dnia, gdy wyszedłem z domu, natknąłem się na moją sąsiadkę Polkę. Widząc mnie zatrzymała się i opowiedziała, że Gre(…) napił się poprzedniego wieczoru jakiejś zepsutej wódki, na skutek czego umarł. „Napił się i zdechł” - powiedziała dosłownie.

Wysiedlenie 16 września 1942, utworzenie małego getta
Pewnego dnia otoczyli SS-mani nasze getto i przy pomocy policji polskiej kazali całej ludności opuścić swoje mieszkania i natychmiast udać się na plac w Rynku. Był 16 wrzesień. Staliśmy na placu przez kilka godzin otoczeni SS-manami i policjantami polskimi. Po upływie kilku godzin zaczęła się segregacja. Przyglądano nam się dokładnie. Staliśmy wszyscy razem. Moja żona, moje córki, mój syn i moja wnuczka. W pewnym momencie Mina - moja czteroletnia wnuczka, zwróciła się do mojego syna a jej wujka i z płaczem zaczęła go prosić: „Wujciu, ratuj nas - przecież babcia tu stoi, ratuj ją…” Wysegregowano wszystkich z mojej rodziny do transportu, pozostawiono tylko mnie i mojego syna. Tych wysegregowanych odprowadzono pod eskortą na stację kolejową. W ostatniej chwili dałem mojej żonie 7 tysięcy złotych, cały majątek, który posiadałem. Z całej ludności przebywającej poprzednio w getcie pozostawiono 230 osób. Tych ludzi, przeznaczonych do pracy, skupiono na małym obszarze poprzedniego getta i umieszczono ich w małych domkach. Poczem domki te ogrodzono drutem kolczastym. W ten sposób utworzone zostało małe getto. Ludzie odprowadzeni na stację, załadowani zostali do pociąg ów i wysłani do Treblinki.
Stałem w oknie jednego z domków, w którym nas umieszczono i zauważyłem dziwnie posuwającą się po drodze grupę ludzi. Na przodzie szedł mieszkaniec Jędrzejowa, Polak imieniem Ja(…). Za nim szła grupa Żydów, mężczyzn, kobiet i dzieci. Razem zdaje się 13 osób. Okazało się, że Jakow Icchak Szochet rzeźnik, oraz zięć jego Pardes, przemysłowiec tekstylny z zawodu, umówili się z Ja(…), że na wypadek niebezpieczeństwa skryją się u niego, razem ze swoimi rodzinami. W zamian za to, złożył Pardes u niego dużo materiałów tekstylnych i razem z Jakowem Szochetem oddali Ja(…) wszystkie posiadane pieniądze. Na kilka dni przed wysiedleniem wyszli oni ze swych mieszkań w getcie i ukryli się u Ja(…). Kiedy Ja(…) zorientował się, że Niemcy wysyłają prawie wszystkich Żydów, kazał ukrytym u siebie ludziom zebrać się i wyjść z jego domu. Poczem poprowadził ich sam, do transportu, na wysiedlenie. Słyszałem wyraźnie, jak do nich mówił: „Spieszcie się, prędzej Żydy, bo spóźnicie się na pociąg…”
Prawie wszyscy z owych 230 osób pozostawionych przez Niemców w małym getcie, wychodzili codziennie do pracy. Obok leżało miasteczko Sędziszów. W Sędziszowie były wielkie zakłady, gdzie budowano remizy dla różnego rodzaju wozów i parowozów. Mój syn - Moniek - także pracował na tej placówce. Ja nie wychodziłem z getta do pracy. Pozostawałem przez dzień cały na terenie getta i razem z kilkoma współtowarzyszami zajmowałem się prowadzeniem kuchni. Zadaniem naszym było przygotowanie jedzenia dla robotników pracujących poza gettem.

Wydanie grupy ludzi na wysiedlenie
Władzę w getcie sprawowała policja żydowska, komendantem jej był Szlamek Garfunkel. Prezesem Judenratu był wówczas Szolowicz, liczący około 40 lat. Był on łącznikiem pomiędzy Żydami, a władzami niemieckimi w całym szeregu spraw. Do tych spraw należały głównie sprawy związane z naszą żywnością.
Podczas wysiedlenia wrześniowego w roku 1942 wysłano jakie 6000 osób z Jędrzejowa. Pozostała garstka 230 osób zamknięta w małym getcie. Dla tej ilości ludzi załatwiał Szolowicz przydziały żywnościowe. Po uspokojeniu się akcji wysiedleńczej okazało się, że jeszcze pewna ilość osób była ukryta i obecnie ludzie ci przyszli do getta. Było ich 38 osób i byli schowani u policjantów polskich. Za każdą spędzoną noc w ukryciu płacono olbrzymie sumy. Obecnie ludzie ci przyszli do getta. Był między nimi sędziwy ojciec z córkami, byli ludzie młodzi i starzy. Nasza władza, to jest Judenrat, a właściwie Szolowicz, oświadczył nam, że musi tych ludzi podać Niemcom, albowiem znajdują się oni w getcie nielegalnie i nie ma dla nich przydziałów żywnościowych. Rozumieliśmy co oznacza wydanie nazwisk tych ludzi Niemcom. Dlatego udaliśmy się do Szolowicza i prosiliśmy go, aby tego nie czynił. Było nas pięcioro osób, ja i jeszcze czterech ludzi starszych z getta. Przekonywaliśmy Szolowicza, że Niemcy nie liczyli nas jeszcze, można więc łatwo zatuszować przybycie owych 38 ludzi. Poszliśmy do żony Szolowicza, ażeby wpłynęła na męża, by nie podawał władzom niemieckim owych 38 ludzi, gdyż w ten sposób zabije ich i także nas. Szolowiczowa zgodziła się wpłynąć na męża i przyrzekła nam, że wspomniane nazwiska nie będą podane Niemcom.

Dalsze wysiedlenia z Jędrzejowa
W dwa tygodnie po wrześniowym wysiedleniu z Jędrzejowa odeszedł stąd znów transport ludzi na stracenie. Tym razem byli to ludzie wzięci z małych miasteczek i osiedli położonych w okolicach Jędrzejowa. Miasteczka jak Busko, Pińczów i jeszcze inne, mniejsze od nich, nie posiadały własnej stacji kolejowej. Ażeby jechać stamtąd koleją trzeba było przybyć do Jędrzejowa lub do Kielc. Tym razem sprowadzono tych ludzi do Jędrzejowa. Miało to miejsce jeden dzień po Symchat Tora. Było tego dnia bardzo zimno i padał bezustannie deszcz. Było to pod wieczór, gdy usłyszałem nagle straszny hałas i wrzawę. Sprowadzono tu wszystkich Żydów zamieszkałych w okolicy Jędrzejowa. Zgromadzono ich wszystkich na wielkim placu. Plac ten było to właściwie targowisko, gdzie co środa sprowadzano świnie i inne bydło z okolicy na targ. Tego wieczora zgromadzono tu kilka tysięcy ludzi. Ludzie ci stali całą noc w deszczu i zimnie. Nazajutrz okazało się, że wielu z nich pomarło.
Dnia następnego po sprowadzeniu ludzi z okolic do Jędrzejowa, było to nad ranem, przyszli do naszego getta żandarmi niemieccy i oświadczyli nam, że tego dnia getto pozostanie zamknięte i nikt nie wyjdzie do pracy. Zrozumiałem, że sytuacja jest niebezpieczna.
Naprzeciw getta, w pewnym miejscu na górce, mieszkał znajomy Polak nazwiskiem Grabowski. Umówiłem się z nim w swoim czasie, że na wypadek grożącego mi niebezpieczeństwa skryję się u niego. W międzyczasie wrócił do getta, kilka dni wcześniej, zięć mój - Mosze Preis. Został on wywieziony we wrześniu roku 1942, wraz z całą moją rodziną do Treblinki. W momencie kiedy pociąg znajdował się w okolicy zalesionej, tuż za Dęblinem, zięć mój wyskoczył z pociągu, a z nim wyskoczyło jeszcze jedenaście osób. SS-mani zatrzymali pociąg i zaczęli strzelać. Trafili jednego i położyli go trupem. Reszta uciekła w las. Przybyli oni później do Jędrzejowa i dostali się małego getta.
Po oświadczeniu, jakie tego ranka złożyli żandarmi niemieccy zamykając jednocześnie getto, skryłem się z zięciem moim i synem w mieszkaniu Polaka Grabowskiego.
Na targowisku tymczasem odbywała się akcja wysiedleńcza. Tuż przed wyprowadzeniem ludzi na stację kolejową, jeden z SS-manów zaczął odczytywać cały szereg nazwisk, które miał na liście. Były to nazwiska tych wszystkich, którzy uratowali się z poprzedniego wysiedlenia i których Szolowiczowa przyrzekła w imieniu męża nie wydać władzom niemieckim.
W polskim powiatowym szpitalu ukryto podczas wrześniowej akcji cztery osoby i dzięki temu uniknęło one śmierci. Głównym sekretarzem tego szpitala był dr Mazur. Natomiast dyrektorem szpitala był Polak, dr Przypkowski. Podczas akcji ukryto owe cztery osoby w porozumieniu z drem Przypkowskim i dzięki niemu nie zostały one wydane władzom niemieckim. Obecnie jednak, dwa tygodnie później, wydano wspomnianych ludzi i dr Przypkowski nie miał więcej możliwości ukrycia ich na terenie szpitala.
Salka Grün była jedną z owych czterech osób, które wydane zostały władzom niemieckim. Wujek jej był doskonałym krawcem, który w swoim czasie przybył tu z Łodzi. Był on wyspecjalizowany szczególnie w szyciu płaszczy futrzanych oraz palt zimowych. W momencie wspomnianego wysiedlenia, szył on właśnie piękny płaszcz dla żony Kreishauptmann’a jędrzejowskiego. W związku z tem miał on specjalne zezwolenie wychodzenia poza getto, gdyż tam miał swoich klientów Niemców, dla których stale szył. Zdarzało się, że Niemcy przychodzili także do niego, do getta. Salka Grün pozostała sama i nie miała nikogo więcej z rodziny. Wszyscy jej bliscy poszli pierwszym wysiedleniem, we wrześniu roku 1942. Ów krawiec był jej jedynym krewnym. Kiedy się dowiedział, że prowadzą ludzi ze szpitala powiatowego na wysiedlenie, a w tem także jego siostrzenicę, pobiegł szybko do żony starosty i powiedział jej, że nie skończy on nigdy rozpoczętego płaszcza, gdyż jedyna jego krewna, licząca lat piętnaście, idzie na wysiedlenie. Żona starosty pobiegła szybko do swojego męża. Po upływie pół godziny pojawił się na stacji kolejowej jakiś policjant, Ukrainiec, wywołał wspomnianą dziewczynę po imieniu, wyciągnął ją z transportu i przywiózł rowerem do getta. Salka Grün przeżyła wojnę. Nazywa się ona po mężu Manner i mieszka obecnie w Tel-Awiwie.
Wspomniany transport poszedł do Treblinki. Wysiedleni nim zostali głównie ludzie z Buska i Pińczowa, a pozatem owe 38 osób, wydanych przez ówczesnego prezesa Judenratu - Szolowicza, oraz trzy osoby wydane przez zarząd szpitala powiatowego. Ci ostatni, to jest owych 41 osób, pochodziło z Jędrzejowa.

Yad Vashem, lipiec 1959 r. 


Źródło: Yad Vashem, Jerozolima.