Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Judenrat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Judenrat. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 października 2022

KSIĘGA PAMIĘCI - Wolf Brenner, 2/2

cz. 2

Środki do życia zapewniały nam lokale Linas Hacedek i Bikur Cholim, które znajdowały się w naszym domu, przy ulicy Pińczowskiej 12, a które zostały oddane policji żydowskiej. Dzięki temu udało mi się załapać tam do pracy jako goniec. Moim zadaniem było dostarczanie jedzenia Żydom przebywającym w areszcie przy ulicy 11 Listopada.

Należy wspomnieć, że wśród aresztowanych znajdowała się również kobieta o nazwisku Fejga Gluzman, której „grzechem” było, że złapano ją z drobiem. Była podejrzana o to, że niesie mięso do żydowskiego rzeźnika.

Mając kontakt z aresztowanymi mogłem im pomagać kontaktować się z ich rodzinami.

Żydowski policjant Zelig Trajman, który zwykł eskortować żydowskich robotników w drodze do pracy w Sędziszowie, został zastrzelony bez żadnej przyczyny. Została po nim tylko policyjna czapka, którą natychmiast zabrałem - od tej pory ułatwiała mi wchodzenie do getta i wychodzenie z niego, jak i odwiedzanie innych miejsc w Jędrzejowie.

W takich warunkach przeżyłem aż do pierwszej deportacji do Treblinki, która miała miejsce trzy dni przed Jom Kippur 1940 roku. I znów przydarzył mi się niebywały cud.

Znajdując się wśród tysięcy Żydów przeznaczonych do deportacji do Treblinki, do mnie i do żydowskiego policjanta Motla Solarza zbliżył się SS-man i rozkazał nam: „Wracajcie z  powrotem do getta, zbierzcie dużo drobiu i przynieście go do kantyny”. SS-man wysłał razem z nami żandarma, który miał nam towarzyszyć przy tej „prawdziwej” pracy.

Wkrótce po dotarciu do punktu zbornego, wszystkie jędrzejowskie rodziny żydowskie wysłano na stację kolejową, a stamtąd przetransportowano do Treblinki. Po wysiedleniu pozostawiono około 200 ludzi, którzy mieli zlikwidować żydowski majątek w Jędrzejowie. Ja wraz z Motlem Solarzem, po wykonaniu „dobrego uczynku” jakim było łapanie kur dla kantyny SS, również znaleźliśmy się wśród pozostałych przy życiu Żydów. Wysłano nas wszystkich do budynku Judenratu przy ulicy Pińczowskiej 12, który był już faktycznie „Judenrein”…

Stamtąd zaprowadzono nas wszystkich do domu Skrzypczyka, który został wyznaczony na lokalizację małego getta. Pod nadzorem niemieckich żandarmów i SS zaczęliśmy pakować majątek jędrzejowskich Żydów i i wysyłać wszystko do centralnego magazynu, który znajdował się w domu Izraela Rozenberga przy ulicy Pińczowskiej 16. Wszystkie towary wysyłano do Niemiec, a meble, sprzęty domowe i ubrania sprzedawano na licytacji. Polscy wrogowie za marne grosze kupowali żydowską spuściznę, dziedzictwo przekazywane z pokolenia na pokolenie. Nadzorcą tych „transakcji”, jak również całej naszej pracy, był okryty złą sławą niemiecki żandarm Luesse. Razem ze mną do tej pracy skierowano moich szwagrów - Fajwela Grosmana i Mosze Efraima Lipskiego, jak również mojego kuzyna Mosze Ledermana. W tamtym czasie w głowach niektórych młodych jędrzejowskich Żydów pojawiła się myśl o oporze jeśli Niemcy spróbują zlikwidować małe getto.

Tę myśl podzielali, poza mną, Jekl Obarzanek, Moszke Lenczner, Chaim Rozenbojm i Judenharc, imienia którego nie mogę sobie niestety przypomnieć.

Pewien Polak, Marcinkowski, zakupił dla nas rewolwer i Jekl Obarzanek nauczył nas potajemnie strzelać.

16 lutego 1943 roku SS-mani otoczyli znienacka małe getto i zgromadzili nas wszystkich na podwórzu. Naprzeciwko domu Skrzypczyka, gdzie znajdowało się małe getto, stał dom, tak zwany „szpital epidemiczny”. Wyprowadzono z niego wszystkich chorych po czym zastrzelono na naszych oczach. Był między nimi także mój kuzyn, Jekl Lederman.

Jeden z chorych miał niewyobrażalne szczęście. Szmul Wargoń, syn błogosławionej pamięci Mosze Wargonia - znanego jędrzejowskiego członka partii Mizrachi, szanowanego działacza społecznego, który chorował na tyfus plamisty, zaczął nagle uciekać jak gdyby wstąpiły w niego nadludzkie siły. Mordercy strzelali do niego ale nie trafili i udało mu się uciec. Żyje i mieszka dziś w Australii.

Po bezlitosnej rzezi chorych zapakowano nas na ciężarówki, oddzielając od nas małe dzieci, które mordercy chcieli rozstrzelać na miejscu. Ale tutaj znów wydarzyły się prawdziwe cuda. Znajdowała się między nami Żydówka z Tomaszowa Mazowieckiego, z małym dzieckiem. Dziecko rzuciło się na ziemię, zanosiło się płaczem i krzyczało: „Nie strzelajcie do mnie, jestem jeszcze mały i chcę żyć!”. To wołanie poruszyło kamienne serca morderców, którzy pozwolili nam zabrać wszystkie dzieci, które znajdowały się jeszcze w małym getcie.

Życie w Skarżysku było koszmarem: ciężka praca, głód i niedola. Ludzie chorowali na tyfus plamisty i umierali pozbawieni jakiejkolwiek opieki medycznej. Jedną z tych ofiar był mój brat Mosze, niech B-g pomści jego krew. Także ja sam przeszedłem kilka ciężkich chorób. Byłem bardzo słaby i czułem, że ja również przypłacę to życiem. Zdecydowałem się uciec z tej gehenny i udać się z powrotem do Jędrzejowa. O swoim planie opowiedziałem kilku przyjaciołom z Jędrzejowa. Zgodzili się wykonać ten ryzykowny krok razem ze mną. Byli wśród nich: Icchak Lenczner, Szmulik Goldberg i Szmul Belfer ze swoją żoną Belką. Ostatnich troje wkrótce nas opuściło i razem z Icchakiem Lencznerem ruszyliśmy w stronę Suchedniowa.

[Po drodze natknęliśmy się na] wojskowy patrol, który rozkazał nam zatrzymać się. Biegliśmy dalej, patrol zaczął strzelać - mój przyjaciel, błogosławionej pamięci Icchak Lenczner zginął, a mnie także tym razem udało się uciec od pewnej śmierci. Dowlokłem się do Kielc i dostałem się do getta. Wkrótce zlikwidowano także getto kieleckie, a mnie, wraz z kieleckimi Żydami, wysłano do Pionek niedaleko Radomia. Początkowo pracowałem przy wyładunku węgla. Później powstała tam fabryka pod nazwą „Schmidt Gesellschaft”, w której pracowałem aż do końca 1944 roku.

Ze smutkiem obserwowałem powieszenie Lejba Brandesa, niech B-g pomści jego krew - znaleziono przy nim butelkę wódki, która była własnością fabryki. Wkrótce Brandes, będąc na szubienicy, wykrzyknął: „Żydzi weźcie…!” - słowa „odwet” nie zdążył już wypowiedzieć. Stryczek na szyi zakończył jego życie!

Z Pionek wysłano nas do Sachsenhausen. Tam każdemu z nas pobrano krew dla rannych [niemieckich] żołnierzy.

Wysłano nas następnie do Gliwen [prawdopodobnie chodzi o obóz Schlieben - przyp. MM], do którego wcześnie wysyłaliśmy maszyny z Pionek, abyśmy ponownie zmontowali fabrykę. Pracowaliśmy tam jeszcze przez jakiś czas.

Trochę później ponownie wysłano nas do Sachsenhausen - w grupach po 25 osób, a w maju 1945 przewieziono nas do Bergen-Belsen. To był ostatni etap naszego odkupienia! Tam mieliśmy szczęście usłyszeć o klęsce Hitlera, niech jego imię będzie wymazane, i tam też zostaliśmy wyzwoleni i (…).

Tam też wziąłem ślub z moją żoną Sarą Goldberg, również wyzwoloną z obozu pracy.

W 1946 roku przybyliśmy do Izraela nielegalnie, statkiem Tel Hai. Zatrzymali nas Anglicy i odesłali do Atlit [miejscowość w pobliżu Hajfy – przyp. MM]. Tymczasem powstało Państwo Izrael i zostaliśmy uwolnieni. Byliśmy, błogosławione niech będzie imię boże, wolnymi obywatelami Państwa Izrael, naszego własnego państwa. Zamieszkaliśmy w Jaffie, przy Sderot Jeruszalaim 85. Jesteśmy dumni z naszych czworga dzieci i opowiadamy im o tym, czego doświadczyliśmy od nazistów, niech imię ich będzie wymazane!

*

Tłumaczenia wybranych tekstów z Księgi Pamięci Żydów jędrzejowskich
[Sefer-HaZikaron LeYehudi Yendzhyev pod redakcją Shimshona Dov Yerushalmi, Tel Aviv, 1965]

Autor tłumaczenia z języka jidysz: MICHAŁ MAZIARZ 

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego


 



 

niedziela, 7 lipca 2019

Menachem Horowicz - relacja, cz. 2

Utworzenie getta
Był 10 grudnia, rok 1939. W dniu tym przypadała według kalendarza żydowskiego sobota chanukowa = „szabat Chanuka”. Z tej też intencji przybyła do nas w sobotę moja córka Preisowa, wraz z mężem swoim, oraz maleńkim dzieckiem. Mieszkała ona, jak już wspomniałem także w Jędrzejowie, ale daleko od nas i to zupełnie innej dzielnicy. Ja wraz z rodziną mieszkałem na ulicy 11 Listopada, która to ulica biegła od stacji kolejowej aż do rynku miejskiego. Moje mieszkanie i mój skład znajdowały się tuż obok stacji kolejowej. W piątek wieczór, o godzinie 1 w nocy, gdy wszyscy spaliśmy już, wtargnęli do naszego mieszkania SS-mani. Kazali wszystkim mieszkanie to opuścić i nie pozwalali nic zabrać ze sobą. Udaliśmy się w nocy do mieszkania mojej córki.
Okazało się nazajutrz, że dnia tego wysiedlano Polaków z Poznania. Żydzi musieli się skupić w jednej tylko dzielnicy, by swoje mieszkania oddać do dyspozycji wysiedlonych Polaków. W mieszkaniu moim zamieszkał Poznańczyk nazwiskiem Grabowski.
Taki stan trwał do pierwszych dni lutego roku 1940. Mieszkaliśmy wszyscy razem u mojej córki. Wyrzucono z mieszkań także innych Żydów i wszystkie te mieszkania oddano Polakom wysiedlonym wówczas z Poznańskiego. W lutym tego roku zamknięto dwie ulice, mianowicie ulicę Łysakowską i ulicę Pińczowską. Wtedy ukazało się rozporządzenie, na podstawie którego wszyscy Żydzi, zamieszkali w Jędrzejowie mają natychmiast opuścić swoje mieszkania i zamieszkać na jednej z wyżej wymienionych ulic. W ten sposób w lutym roku 1940 powstało getto w Jędrzejowie.
Ludzie wstawali o godzinie 4 nad ranem i ustawiali się w kolejkach po chleb. Z getta zabierano Żydów o każdej porze dnia lub nocy do najrozmaitszych prac fizycznych.

Pod znakiem szantażu
Chciałbym też opowiedzieć ile nacierpiałem się zaraz po wybuchu wojny, z powodu szantaży, jaki stosował wobec mnie Polak, pijak i złodziej, imieniem Gre(…). Zdarzało się wpadał on do moich magazynów, położonych tuż obok stacji kolejowej, gdzie na składzie miałem zawsze opał, cement, koks i inne materiały.
Pewnego razu, a było to kilka miesięcy przed wybuchem wojny, weszedł do składu mojego Gre(…). Zażądał wydania jakiegoś materiału za bezcen, a gdy mu odmówiłem powiedział do mnie: „Poczekaj, jak przyjdzie Hitler, to ci pokaże…” Odpowiedziałem wtedy: Niech pana diabli wezmą razem z Hitlerem...
Wybuchłą wojna. Niemcy zajęli Jędrzejów. Mój skład, podobnie jak wiele innych składów żydowskich, pozostał zamknięty. Obok mieścił się sklep mojego sąsiada - Dawida Osjasza, gdzie między innymi można było kupić także papierosy. Sklep ten od frontu był zamknięty. Pewnego razu udałem się do mego sąsiada Osjasza, by tylnymi drzwiami kupić pudełko papierosów. W sklepie zastałem Gre(…). Był on pijany. Ludzie opowiadali o nim, że pije on nadal strasznie dużo, a ponieważ nie może kupić dobrej wódki pije wszystko, co się nadarza, a więc także denaturat oraz jakiś spirytus, używany do czyszczenia maszyn. Na mój widok Gre(…) podeszedł do mnie i powiedział: „Gdybym chciał, to bym zaraz Horowicza…” i w tym miejscu zrobił on ruch ręką ilustrujący powieszenie człowieka. Nie odpowiedziałem i wyszedłem ze sklepu.
Po upływie dwóch tygodni od tego spotkania zajechał Gre(…) swoją furą pod mój skład. Kiedy mnie spostrzegł powiedział: „Horowicz, ja nie mam czem palić, a u was w składzie jest drzewo…” Otworzyłem mu bramę i Gre(…) wjechał na podworzec. Weszliśmy do składu tylnymi drzwiami i tamtędy wydałem Gre(…) 100kg drzewa opałowego.
Po upływie kilku dni Gre(…) znowu przyszedł do mnie. Tym razem zażądał ostro wydania mu drzewa na opał. Dałem mu znów jakąś ilość drzewa i jednocześnie żaliłem się przed nim, że zawartość składu mojego musi starczyć na utrzymanie moje oraz córki mojej Preisowej. Gdy przyszedł znów następnym razem oświadczył mi już jasno, że muszę podzielić się z nim wszystkim, co posiadam w majątku. Byłem bardzo zmartwiony i niespokojny. Żonie mojej nie wspomniałem o tym ani słowa. Żyłem ciągłym strachu i w obawie ciągłego szantażu ze strony Gre(…). Nie mogłem sobie poradzić i pojechałem pewnego dnia do Wodzisławia, żeby zasięgnąć rady mojego starszego brata, Berka. Gre(…) zaczął do mnie przychodzić codziennie i odtąd nie miałem już ani chwili spokoju.
Pewnego dnia, gdy wyszedłem z domu, natknąłem się na moją sąsiadkę Polkę. Widząc mnie zatrzymała się i opowiedziała, że Gre(…) napił się poprzedniego wieczoru jakiejś zepsutej wódki, na skutek czego umarł. „Napił się i zdechł” - powiedziała dosłownie.

Wysiedlenie 16 września 1942, utworzenie małego getta
Pewnego dnia otoczyli SS-mani nasze getto i przy pomocy policji polskiej kazali całej ludności opuścić swoje mieszkania i natychmiast udać się na plac w Rynku. Był 16 wrzesień. Staliśmy na placu przez kilka godzin otoczeni SS-manami i policjantami polskimi. Po upływie kilku godzin zaczęła się segregacja. Przyglądano nam się dokładnie. Staliśmy wszyscy razem. Moja żona, moje córki, mój syn i moja wnuczka. W pewnym momencie Mina - moja czteroletnia wnuczka, zwróciła się do mojego syna a jej wujka i z płaczem zaczęła go prosić: „Wujciu, ratuj nas - przecież babcia tu stoi, ratuj ją…” Wysegregowano wszystkich z mojej rodziny do transportu, pozostawiono tylko mnie i mojego syna. Tych wysegregowanych odprowadzono pod eskortą na stację kolejową. W ostatniej chwili dałem mojej żonie 7 tysięcy złotych, cały majątek, który posiadałem. Z całej ludności przebywającej poprzednio w getcie pozostawiono 230 osób. Tych ludzi, przeznaczonych do pracy, skupiono na małym obszarze poprzedniego getta i umieszczono ich w małych domkach. Poczem domki te ogrodzono drutem kolczastym. W ten sposób utworzone zostało małe getto. Ludzie odprowadzeni na stację, załadowani zostali do pociąg ów i wysłani do Treblinki.
Stałem w oknie jednego z domków, w którym nas umieszczono i zauważyłem dziwnie posuwającą się po drodze grupę ludzi. Na przodzie szedł mieszkaniec Jędrzejowa, Polak imieniem Ja(…). Za nim szła grupa Żydów, mężczyzn, kobiet i dzieci. Razem zdaje się 13 osób. Okazało się, że Jakow Icchak Szochet rzeźnik, oraz zięć jego Pardes, przemysłowiec tekstylny z zawodu, umówili się z Ja(…), że na wypadek niebezpieczeństwa skryją się u niego, razem ze swoimi rodzinami. W zamian za to, złożył Pardes u niego dużo materiałów tekstylnych i razem z Jakowem Szochetem oddali Ja(…) wszystkie posiadane pieniądze. Na kilka dni przed wysiedleniem wyszli oni ze swych mieszkań w getcie i ukryli się u Ja(…). Kiedy Ja(…) zorientował się, że Niemcy wysyłają prawie wszystkich Żydów, kazał ukrytym u siebie ludziom zebrać się i wyjść z jego domu. Poczem poprowadził ich sam, do transportu, na wysiedlenie. Słyszałem wyraźnie, jak do nich mówił: „Spieszcie się, prędzej Żydy, bo spóźnicie się na pociąg…”
Prawie wszyscy z owych 230 osób pozostawionych przez Niemców w małym getcie, wychodzili codziennie do pracy. Obok leżało miasteczko Sędziszów. W Sędziszowie były wielkie zakłady, gdzie budowano remizy dla różnego rodzaju wozów i parowozów. Mój syn - Moniek - także pracował na tej placówce. Ja nie wychodziłem z getta do pracy. Pozostawałem przez dzień cały na terenie getta i razem z kilkoma współtowarzyszami zajmowałem się prowadzeniem kuchni. Zadaniem naszym było przygotowanie jedzenia dla robotników pracujących poza gettem.

Wydanie grupy ludzi na wysiedlenie
Władzę w getcie sprawowała policja żydowska, komendantem jej był Szlamek Garfunkel. Prezesem Judenratu był wówczas Szolowicz, liczący około 40 lat. Był on łącznikiem pomiędzy Żydami, a władzami niemieckimi w całym szeregu spraw. Do tych spraw należały głównie sprawy związane z naszą żywnością.
Podczas wysiedlenia wrześniowego w roku 1942 wysłano jakie 6000 osób z Jędrzejowa. Pozostała garstka 230 osób zamknięta w małym getcie. Dla tej ilości ludzi załatwiał Szolowicz przydziały żywnościowe. Po uspokojeniu się akcji wysiedleńczej okazało się, że jeszcze pewna ilość osób była ukryta i obecnie ludzie ci przyszli do getta. Było ich 38 osób i byli schowani u policjantów polskich. Za każdą spędzoną noc w ukryciu płacono olbrzymie sumy. Obecnie ludzie ci przyszli do getta. Był między nimi sędziwy ojciec z córkami, byli ludzie młodzi i starzy. Nasza władza, to jest Judenrat, a właściwie Szolowicz, oświadczył nam, że musi tych ludzi podać Niemcom, albowiem znajdują się oni w getcie nielegalnie i nie ma dla nich przydziałów żywnościowych. Rozumieliśmy co oznacza wydanie nazwisk tych ludzi Niemcom. Dlatego udaliśmy się do Szolowicza i prosiliśmy go, aby tego nie czynił. Było nas pięcioro osób, ja i jeszcze czterech ludzi starszych z getta. Przekonywaliśmy Szolowicza, że Niemcy nie liczyli nas jeszcze, można więc łatwo zatuszować przybycie owych 38 ludzi. Poszliśmy do żony Szolowicza, ażeby wpłynęła na męża, by nie podawał władzom niemieckim owych 38 ludzi, gdyż w ten sposób zabije ich i także nas. Szolowiczowa zgodziła się wpłynąć na męża i przyrzekła nam, że wspomniane nazwiska nie będą podane Niemcom.

Dalsze wysiedlenia z Jędrzejowa
W dwa tygodnie po wrześniowym wysiedleniu z Jędrzejowa odeszedł stąd znów transport ludzi na stracenie. Tym razem byli to ludzie wzięci z małych miasteczek i osiedli położonych w okolicach Jędrzejowa. Miasteczka jak Busko, Pińczów i jeszcze inne, mniejsze od nich, nie posiadały własnej stacji kolejowej. Ażeby jechać stamtąd koleją trzeba było przybyć do Jędrzejowa lub do Kielc. Tym razem sprowadzono tych ludzi do Jędrzejowa. Miało to miejsce jeden dzień po Symchat Tora. Było tego dnia bardzo zimno i padał bezustannie deszcz. Było to pod wieczór, gdy usłyszałem nagle straszny hałas i wrzawę. Sprowadzono tu wszystkich Żydów zamieszkałych w okolicy Jędrzejowa. Zgromadzono ich wszystkich na wielkim placu. Plac ten było to właściwie targowisko, gdzie co środa sprowadzano świnie i inne bydło z okolicy na targ. Tego wieczora zgromadzono tu kilka tysięcy ludzi. Ludzie ci stali całą noc w deszczu i zimnie. Nazajutrz okazało się, że wielu z nich pomarło.
Dnia następnego po sprowadzeniu ludzi z okolic do Jędrzejowa, było to nad ranem, przyszli do naszego getta żandarmi niemieccy i oświadczyli nam, że tego dnia getto pozostanie zamknięte i nikt nie wyjdzie do pracy. Zrozumiałem, że sytuacja jest niebezpieczna.
Naprzeciw getta, w pewnym miejscu na górce, mieszkał znajomy Polak nazwiskiem Grabowski. Umówiłem się z nim w swoim czasie, że na wypadek grożącego mi niebezpieczeństwa skryję się u niego. W międzyczasie wrócił do getta, kilka dni wcześniej, zięć mój - Mosze Preis. Został on wywieziony we wrześniu roku 1942, wraz z całą moją rodziną do Treblinki. W momencie kiedy pociąg znajdował się w okolicy zalesionej, tuż za Dęblinem, zięć mój wyskoczył z pociągu, a z nim wyskoczyło jeszcze jedenaście osób. SS-mani zatrzymali pociąg i zaczęli strzelać. Trafili jednego i położyli go trupem. Reszta uciekła w las. Przybyli oni później do Jędrzejowa i dostali się małego getta.
Po oświadczeniu, jakie tego ranka złożyli żandarmi niemieccy zamykając jednocześnie getto, skryłem się z zięciem moim i synem w mieszkaniu Polaka Grabowskiego.
Na targowisku tymczasem odbywała się akcja wysiedleńcza. Tuż przed wyprowadzeniem ludzi na stację kolejową, jeden z SS-manów zaczął odczytywać cały szereg nazwisk, które miał na liście. Były to nazwiska tych wszystkich, którzy uratowali się z poprzedniego wysiedlenia i których Szolowiczowa przyrzekła w imieniu męża nie wydać władzom niemieckim.
W polskim powiatowym szpitalu ukryto podczas wrześniowej akcji cztery osoby i dzięki temu uniknęło one śmierci. Głównym sekretarzem tego szpitala był dr Mazur. Natomiast dyrektorem szpitala był Polak, dr Przypkowski. Podczas akcji ukryto owe cztery osoby w porozumieniu z drem Przypkowskim i dzięki niemu nie zostały one wydane władzom niemieckim. Obecnie jednak, dwa tygodnie później, wydano wspomnianych ludzi i dr Przypkowski nie miał więcej możliwości ukrycia ich na terenie szpitala.
Salka Grün była jedną z owych czterech osób, które wydane zostały władzom niemieckim. Wujek jej był doskonałym krawcem, który w swoim czasie przybył tu z Łodzi. Był on wyspecjalizowany szczególnie w szyciu płaszczy futrzanych oraz palt zimowych. W momencie wspomnianego wysiedlenia, szył on właśnie piękny płaszcz dla żony Kreishauptmann’a jędrzejowskiego. W związku z tem miał on specjalne zezwolenie wychodzenia poza getto, gdyż tam miał swoich klientów Niemców, dla których stale szył. Zdarzało się, że Niemcy przychodzili także do niego, do getta. Salka Grün pozostała sama i nie miała nikogo więcej z rodziny. Wszyscy jej bliscy poszli pierwszym wysiedleniem, we wrześniu roku 1942. Ów krawiec był jej jedynym krewnym. Kiedy się dowiedział, że prowadzą ludzi ze szpitala powiatowego na wysiedlenie, a w tem także jego siostrzenicę, pobiegł szybko do żony starosty i powiedział jej, że nie skończy on nigdy rozpoczętego płaszcza, gdyż jedyna jego krewna, licząca lat piętnaście, idzie na wysiedlenie. Żona starosty pobiegła szybko do swojego męża. Po upływie pół godziny pojawił się na stacji kolejowej jakiś policjant, Ukrainiec, wywołał wspomnianą dziewczynę po imieniu, wyciągnął ją z transportu i przywiózł rowerem do getta. Salka Grün przeżyła wojnę. Nazywa się ona po mężu Manner i mieszka obecnie w Tel-Awiwie.
Wspomniany transport poszedł do Treblinki. Wysiedleni nim zostali głównie ludzie z Buska i Pińczowa, a pozatem owe 38 osób, wydanych przez ówczesnego prezesa Judenratu - Szolowicza, oraz trzy osoby wydane przez zarząd szpitala powiatowego. Ci ostatni, to jest owych 41 osób, pochodziło z Jędrzejowa.

Yad Vashem, lipiec 1959 r. 


Źródło: Yad Vashem, Jerozolima.
 

Menachem Horowicz - relacja, cz. 1

Urodziłem się w Wodzisławiu, dnia 15 marca, roku 1893. Tam też ukończyłem szkołę powszechną, której językiem wykładowych był język rosyjski. Niezależnie od tej szkoły i także po jej ukończeniu, uczęszczałem do chederu. Pozatem pobierałem także naukę w domu.


Ożeniłem się w roku 1914. Żona moja Sara z domu Manela, pochodziła z Kielc. Z małżeństwa tego miałem troje dzieci, dwie córki i jednego syna. Od chwili mojego ślubu byłem właścicielem dużego składu węgla, cementu i koksu w Jędrzejowie. Bywałem w stosunkach handlowych z firmą „Bracia Liber” w Podgórzu i z firmą „Blat” w Krakowie. Później wybuchłą wojna. 


Wyzwolony zostałem w mieście Theresienstadt, w maju roku 1945 przez armię sowiecką. Przebywałem na terenie Niemiec w mieście Landsberg, do roku 1947. W tym to czasie otrzymałem w Monachium jeden z owych 150 „certyfikatów”, organizowanych tu miesięcznie przez Jechiela Hofmana i Kurta Goldmana.
Do Kraju przybyłem w roku 1947. Z całej mojej rodziny pozostał tylko mój syn Mosze. W roku 1948 ożeniłem się po raz drugi. Moja obecna żona Pela z domu Wehlreich urodzona jest i wychowana w Niemczech.

Zamieszkałem w Tel-Awiwie. Otrzymałem pracę jako urzędnik w Ministerstwie Spraw wojskowych. Na stanowisku tym przepracowałem lat 10. Rok temu, to jest w roku 1958 zostałem spensjonowany, ponieważ przekroczyłem 65 rok życia.
 
Moja pierwsza żona Sara, z domu Manela, wysiedlona została z Jędrzejowa, dnia 16 września 1942 roku. Dnia tego wysiedlone zostały także dwie moje córki oraz troje wnucząt. Transport ten stracony został w Treblince.
Ojciec mój - Mosze Horowicz - umarł jeszcze przed wybuchem wojny. Miałem wówczas lat piętnaście i rodzina nasza przeniosła się wtedy z Wodzisławia do Jędrzejowa.
Matka moja - Alta Horowicz, z domu Manela - zastrzelona została w Kielcach, dnia 21 września 1941 roku. Gdy wybuchła wojna we wrześniu roku 1939 przyszli do mnie siostra moja i brat mój, ażeby razem powziąć decyzję, co przedsięwziąć, by możliwie jak najpewniej i jak najbezpieczniej umieścić matkę. W Kielcach istniał jeszcze z dawnych przedwojennych czasów duży dom starców, zwany Domem Zagajskich. Postanowiliśmy umieścić tam matkę moją i zapłacić każdą żądaną przez nich sumę. W domu tym przebywała także w tym czasie nasza krewna, siostra rabina kieleckiego. Po upływie kilku dni od naszej rozmowy matka moja wyjechała do Kielc, do Domu Zagajskich.
Pewnego dnia, a było to 22 września roku 1941 wezwano mnie do telefonu, który mieścił się w budynku Gminy Żydowskiej. Okazało się, że rabin kielecki - Abele Rappaport - mój wujek, wzywał mnie telefonicznie do Kielc. Mój wujek powiedział mi wówczas przez telefon, że dnia poprzedniego Niemcy zastrzelili wszystkich starszych ludzi, którzy przebywali w Domu Zagajskich. Nie było tego dnia w Kielcach żadnej akcji. Niemcom po prostu potrzebny był dom, w którym zamieszkiwali staruszkowie. W domu tym pomieszkiwało też kilku młodych ludzi. Tych Niemcy wysłali do pracy a resztę, wszystkich starszych, zastrzelili. Moja matka liczyła wówczas 84 lata.
 

Z rodzeństwa miałem dwóch braci i jedną siostrę. Mój najstarszy brat Berek zastrzelony został w obozie w Skarżysku-Kamiennej. Był to rok 1943. Cudem ocalony z wysiedlenia w Wodzisławiu przybył on w roku 1942 do Jędrzejowa, do małego getta. Stąd wysiedlony on został do Skarżyska, dostał się do „Werk C”, skąd więcej nie wrócił. Drugi z kolei mój brat umarł jeszcze przed wojną. Moja siostra Sara mieszkała jeszcze z czasów przedwojennych w Kielcach. Wysiedlona ona została stamtąd transportem, który odszedł do Treblinki w 1942 r.
 
Wojna zastała mnie w Jędrzejowie. Dnia 5 września, na skutek coraz częściej powtarzających się nalotów niemieckich na miasto, ludność Jędrzejowa zaczęła uciekać na wschód. Byli też nieliczni, którzy pozostali na miejscu. Ja również zostałem w domu wraz z żoną moją oraz niezamężną córką, z zawodu nauczycielką. Tego dnia, przed wieczorem, rozpoczął się wielki nalot i bombardowanie miasta. Mieszkałem niedaleko dworca kolejowego. Tuż obok stał dom, który był własnością Żyda, z zawodu piekarza, Słabowskiego Mosze. W dom ten wpadła przed wieczorem bomba, burząc go doszczętnie i zabijając przytem 43 osoby, zamieszkałe w tym domu. Wśród ofiar nie było ani jednego Żyda. W momencie bombardowania znajdowaliśmy się tuz obok wspomnianego domu i tuż obok stacji kolejowej. Moja córka wróciła właśnie ze stacji, gdzie odprowadziła swojego narzeczonego, który zmobilizowany, ostatnim pociągiem stawić się miał do swojego oddziału przy armii polskiej. Pociąg ten nie zajechał daleko. Po skończonym nalocie wyszliśmy na ulicę. Cała ludność oraz policja polska, brały udział w usuwaniu ruin i ewentualnym ratunku pozostałych przy życiu ofiar.
Naloty odbywały się w dalszym ciągu. Bałem się pozostać z moją żoną i córką w mieszkaniu położonym tuż obok stacji kolejowej. A wobec tego, że druga moja córka, zamężna Preisowa, mieszkała z rodziną swoją na mieście, postanowiliśmy się udać do niej. Syna mojego nie było przez cały ten czas w domu i pewny byłem, że poszedł on do miasta, do mojej córki.
Poszliśmy więc we trójkę do miasta. Po drodze napotykaliśmy furmanki i samochody załadowane rzeczami i całe tłumy ludzi. Wszystko szło na wschód i uciekało przez Niemcami. Trudno było przejść jakąś ulicą. Doszliśmy wreszcie do Rynku i weszliśmy do mieszkania mojej córki. Zastaliśmy mieszkanie zamknięte. Podobnie zastaliśmy zamknięte mieszkania także innych znajomych, do których wstępowaliśmy po drodze. Druga córka moja, która była z nami, chciała także iść na wschód. Nie dałem jej jednak odejść. Płakała bardzo i pozostała z nami. Udaliśmy się powtórnie na podwórko domu, w którym mieszkała Preisowa. Siłą otworzyłem drzwi jej mieszkania i weszliśmy do środka. Dom, w którym mieszkała moja córka należał do lekarza powiatowego dr. Przypkowskiego. W domu tym mieszkali sami Żydzi. Pod wieczór tego samego dnia, weszedł do mieszkania dr Przypkowski ze swoją żoną i wyraził opinię, że istnieje obawa pozostania w domu tym przez noc. On natomiast ma znajomego, masarza który mieszka na Krakowskiej (inaczej Wodzisławskiej) i masarz ten posiada dużą piwnicę służącą mu do wyrobu mięsa, która posiada też dobre i mocne sklepienie i gotów jest przyjąć dra Przypkowskiego wraz z jego żoną i lokatorami. Ulica Krakowska była to główna szosa, która prowadziła z Jędrzejowa do Krakowa. Zostawiliśmy nasze mieszkanie, podobnie uczynili też inni lokatorzy tego domu i poszliśmy razem z drem Przypkowskim do wspomnianego masarza. Między przybyłymi tutaj był jakiś rabin staruszek oraz Natan Minc ze swoją rodziną. W piwnicy spędziliśmy całą noc. Było tam poza lokatorami naszego domu jeszcze wiele innych ludzi. O godzinie 9 rano przyleciał tu jakiś chłopiec, który oznajmił, że na Rynku stoją już tanki niemieckie.
Wkroczenie Niemców do Jędrzejowa i pierwsze represje
Ludzie zaczęli stopniowo opuszczać piwnice. Ja z żoną wyszliśmy również. W ręku trzymałem koszyk, który zabrałem ze sobą dnia poprzedniego, i w którym miałem chleb i owoce. Postanowiliśmy wrócić do mieszkania mojej córki. Nie chcieliśmy jednak napotkać po drodze Niemców, dlatego postanowiliśmy iść podwórkami a nie ulicą. Na jednym z podworców napotkaliśmy kilku żołnierzy niemieckich. Krzyknęli oni pod naszym adresem, żeby się zatrzymać. Stanąłem więc z żoną moją w miejscu. Żołnierze ci uzbrojeni byli w rewolwery i w karabiny maszynowe. Podbiegli do nas i spytali, co mam ukrytego w koszyku. Następnie zrewidowali kieszenie mojego płaszcza. W jednej kieszeni znaleźli nóż kuchenny. Jeden z żołnierzy wyjął nóż, uderzył mnie nim mocno w nos, a potem rzucił go na przeciwległy dach. Poczem żołnierze ci, nie wykazując dla nas większego zainteresowania wypuścili nas. Wróciliśmy do mieszkania córki mojej Preisowej. Podobnie wrócili także inni lokatorzy tego domu. Wrócił Natan Minc ze swoją rodziną. (Nie przeżył on wojny i nikt z jego rodziny nie żyje. Jedyny syn, który uciekał na wschód przeżył wojnę i mieszka obecnie w Hajfie.)
Wkrótce potem uzbrojeni Niemcy wtargnęli do naszego mieszkania i z krzykami „raus” zaczęli wszystkich wyganiać na ulicę. Tak samo postąpili z lokatorami innych mieszkań. Pchano nas wszystkich w kierunku Rynku. Tutaj zastaliśmy już wielu innych i zorientowaliśmy się, że Niemcy gromadzą cała ludność miasta, więc także Polaków. Następnie jeden z wyższych oficerów niemieckich zaczął przemawiać do nas. Powiedział on mianowicie, że my na placu tym przebywać będziemy tak długo, póki główną szosą prowadzącą do Kielc, nie przejdzie cała armia niemiecka. My odpowiadamy za całkowity spokój w mieście. Zebrano na Rynku wszystkich mieszkańców, zgromadzono dzieci i starców. Wyciągano ludzi z mieszkań w stanie, w jakim ich zastano, także nieubranych i nagich. Okrążeni byliśmy wojskiem. Ustawiono wkoło nas karabiny maszynowe. Dzień był wyjątkowo upalny. Nie pozwolono przynieść ani trochę wody. Pilnowali nas na zmianę różnie zamieniający się ze sobą żołnierze niemieccy.
Po kilku godzinach, a było to o godzinie 3 po południu, zajechało na rynek kilka wojskowych aut, z których wysiadło kilku oficerów niemieckich. Jeden z oficerów zwrócił się do tłumu i zapytał, kto tutaj z obecnych zna oba języki polski i niemiecki, a to w celu tłumaczenia jego słów. Z tłumu wyszedł Szmul Krzyński, syn pachciarza (dzierżawcy), który wyraził gotowość tłumaczenia języka niemieckiego na język polski. Krzyński posiadał mały sklepik na rogu ulicy Łysakowskiej, gdzie później mieściło się getto żydowskie. Oznajmił on, że Niemcy żądają, żeby życie w mieście wróciło na normalne tory. Kobiety, dzieci oraz piekarze mają wrócić do domów. Sklepikarze mają otworzyć sklepy. Ale gdyby cokolwiek zdarzyło się tutaj jakiemuś Niemcowi, całe miasto będzie za to odpowiedzialne. Odpowiadać będą w równej mierze Polacy i Żydzi.
 
Utworzenie pierwszego Judenratu
Szmul Krzyński został tłumaczem i odtąd pośredniczył on w najrozmaitszych poleceniach, wydawanych przez Niemców pod adresem Żydów. A kiedy utworzony został w Jędrzejowie pierwszy Judenrat, Szmul Krzyński stanął na jego czele, jako prezes. Krzyński miał dwie córki. Razem z władzą, którą otrzymał od Niemców uzyskał on też od nich cały szereg przywilejów. Jego córki korzystały ze specjalnych zezwoleń, na podstawie których korzystały między innymi ze swobodnej jazdy pociągami po całym kraju. Z małego sklepu na ulicy Łysakowskiej utworzył sobie Krzyński w krótkim czasie duży sklep pełny najrozmaitszych towarów. Kiedy w roku 1942 wysiedlono z Jędrzejowa większą cześć ludności żydowskiej i utworzono małe getto, specjalne komando, zajmujące się zwożeniem rzeczy z mieszkań opuszczonych przez wysiedloną ludność, przez cały tydzień zwoziło najrozmaitsze towary ze sklepu Krzyńskiego.
W skład członków I-ego Judenratu wchodzili poza Krzyńskim także Tajtelbaum, Zalcman i Kamrat. Wszyscy oni spisywali się bardzo źle, jeśli chodzi o ich stosunek do ludności żydowskiej. Pierwsi dwaj, to jest Tajtelbaum i Zalcman nie żyją, natomiast Kamrat przeżył wojnę. Pokazał się on zaraz po wojnie na terenie Niemiec, ale prześladowany przez Żydów uciekł i żyje gdzieś w ukryciu na terenie Szwecji.
Chciałbym tu opisać postępowanie Zalcmana:
W lutym 1940 roku utworzone zostało w Jędrzejowie getto. Burmistrz tego miasta, inż. Iwanowski załatwił także dla Żydów pewien przydział węgla na zimę. Spółdzielnia miała go dostarczyć do składów mieszczących się w getcie. Inż. Iwanowski znał mnie osobiście, pozatem posiadałem też odpowiedni skład tak, że wybrał mnie oraz Natana Friedmana (który nie przeżył wojny), ażeby w naszych składach magazynować węgiel i drzewo dla ludności getta.
Zalcman wychodził poza getto. On to załatwiał w spółdzielni nasze przydziały na opał. Z uzyskanych zaś we spółdzielni przydziałów sprzedawał 50 procent na własny rachunek i po wyższych cenach. Celem zaś realizowania tych sprzedanych zezwoleń wypisywał kartki do naszych składów, ażeby wydać natychmiast jedną tonę, a nieraz dwie tony węgla i to najlepszego gatunku. Jeśli zaś chodzi o ogół ludności żydowskiej otrzymywaliśmy polecenie wydawania węgla możliwie małymi ilościami, po parę kilogramów tylko i wydawać mieliśmy zamiast węgla tylko miał.
To samo, co dział o się z węglem, miało też miejsce z przydziałami na cukier. Połowa zostawała sprzedana po cenach wyższych i nie dochodziła do ogółu ludności żydowskiej.
Jeszcze jeden dowód stosunku członków Judenratu do ogółu ludności zamieszkałej w getcie. W mieszkaniach gnieździły się po trzy lub cztery rodziny w jednym pokoju. W tym samym czasie członkowie Judenratu, wraz z rodzinami, zajmowali największy dom, jaki wybudowany został w mieście. Dom ten zbudował bogaty przemysłowiec, Żyd Rozenberg. Rozenberg jeszcze przed wybuchem wojny przeniósł się ze swoją rodziną do Łodzi. W domu tym przed wojna mieściło się sądownictwo polskie i tutaj siedzibę swoją miała policja polska. Obecnie zamieszkiwali tu członkowie Judenratu, zajmując po cztery lub pięć pokoi każdy. Zaraz na początku wojny Rozenberg zginął w getcie łódzkim. Po jego śmierci Rozenbergowa wraz z dziećmi przyjechała do Jędrzejowa. Miała ona troje dzieci wtem wydaną córkę z małym dzieckiem oraz dwóch synów. Zwróciła się ona do mieszkających w jej domu członków Judenratu z prośbą o przydzielenie jej jakiegoś mieszkania. Otrzymała odpowiedź odmowną. Po wielkiej protekcji (między innymi i ja także starałem się o to) przydzielono Rozenbergowej pokój na poddaszu. Tam przeprowadziła się ona wraz z całą swoją rodziną.
Którejś nocy, a było to krótko przed utworzeniem getta, wpadli SS-mani do mieszkań członków Judenratu i zabrali wszystkich ze sobą. Jednego z nich, Zalcmana wywieźli do Kielc i stamtąd wysiedlili. Resztę wywieźli do Oświęcimia. Za wyjątkiem Kamrata nikt z nich nie przeżył. Kamrat wyszedł cało z obozu oświęcimskiego. Ludzie opowiadali później, że w swetrach pozostawionych przez córki Zalcmana Niemcy znaleźli kilkanaście wielkich brylantów.

Nowomianowany prezes drugiego Judenratu
Na krótko przed utworzeniem getta, Niemcy mianowali nowego prezesa tworzącego się Judenratu. Został nim człowiek inteligentny, przed wojna zamieszkały w Łodzi - Szolowicz. Ludność żydowska odniosła się do niego początkowo z wielkim zaufaniem, spodziewając się lepszego i bardziej ludzkiego stosunku z jego strony.
Na skutek utworzenia getta zmuszony byłem opuścić moje mieszkanie położone obok stacji kolejowej. Do mieszkania tego wprowadził się jakiś Polak z rodzina, wysiedlony z Poznania. Przeprowadzając się do getta, pozostawiłem w mieszkaniu cały szereg rzeczy, między innymi żywność, której nie mogłem zabrać ze sobą. Mój syn, który miał prawo opuszczania getta ze względu na swoja pracę, często odwiedzał ową rodzinę z Poznania i za każdym razem wnosił do getta trochę pozostawionej przez nas żywności. Dnia 12 września roku 1942 wrócił mój syn, jak zwykle, ale nie przyniósł żadnej żywności. Byłem tym zestresowany, a w odpowiedzi na moje pytania rozpłakał się. Okazało się, że Nowiński, były zawiadowca stacji kolejowej w Jędrzejowie, a obecnie kolejarz w służbie u Niemców opowiedział synowi mojemu w wielkiej tajemnicy, że na stacji przygotowane są wagony kolejowe, które służyć mają do transportu Żydów. Nowiński powiedział jeszcze: „Leć szybko do ojca twego i powiedz mu, żeby uciekał…” Zostawiłem syna mojego w domu i pobiegłem szybko do Szolowicza, ażeby w sekrecie powiedzieć mu o tem, co usłyszałem z ust mojego syna. Sądziłem, że znając wcześniej tę straszną tajemnicę będzie można uratować pewną część ludności. Szolowicz wysłuchał mnie, poczem odpowiedział mi, ażebym nie robił popłochu, bo to wszystko, co słyszałem jest nieprawdą. Tego samego dnia był on bowiem u Starosty i otrzymał nowy przydział mięsa i cukru dla ludności żydowskiej. Raz jeszcze zaprzeczył on kategorycznie i odesłał mnie do domu. Posądziłem kolejarza polskiego o szczerzenie popłochu. „Bo Szolowicz człowiek inteligentny” - mówiłem do siebie, „zapewne wie, co mówi i robi”. Niestety jednak rację miał kolejarz polski.
Szolowicz miał dwoje dzieci, syna i córkę. Na kilka dni przed ostateczną likwidacją getta, a było to w roku 1943, wysłał on dzieci swoje z Jędrzejowa. Zaopatrzył je w aryjskie papiery, wysłał je pociągiem i zamieszkać miały u aryjczyków. Po drodze jednak schwytano oboje i oboje zaraz zastrzelono.
Po paru dniach nastąpiła zupełna likwidacja getta i część ludności wywieziona została do obozu w Skarżysku-Kamiennej. Razem z tymi ludźmi został wywieziony został także Szolowicz, oraz jego siostrzeniec, były komendant policji żydowskiej w Jędrzejowie - Szlamek Garfunkel. Przed likwidacją getta umieścił Szolowicz wszystkie swoje wartościowe przedmioty u pewnego Polaka, który mieszkała za miastem. Polak ten nazywał się Józef Ra(…). Ra(…) załatwił także u siebie kryjówkę na wypadek, gdyby Szolowicz chciał kiedykolwiek skryć się u niego. I tak też było w rzeczywistości. Szolowicz i Garfunkel uciekli ze Skarżyska. Przybyli oni szczęśliwie pociągiem do Jędrzejowa i skryli się u Ra(…). Ra(…) przyjął obu. A po kilku dniach zamordował jednego i drugiego przywłaszczając sobie ich cały majątek. Szolowicz uciekł pozostawiając w obozie swoją żonę. Zaraz po ucieczce męża Szolowiczowa zażyła dużą dozę trucizny i umarła…

Yad Vashem, lipiec 1959 r.

Źródło: Yad Vashem, Jerozolima.
Transkrypcja: Andreovia.pl
http://andreovia.pl/publikacje/zydzi-z-jedrzejowa/item/35-yad-vashem

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Miriam Proport z d. Feier - relacja

Urodziłam się w Łodzi 16 września 1918 r. Tutaj ukończyłam szkołę powszechną, potem gimnazjum pod nazwą „Wiedza” a następnie ukończyłam WSH na Wszechnicy Łódzkiej.
W roku 1937 wyszłam także za mąż za Chaima Proporta pochodzącego także z Łodzi. Dnia 15 września 1939 r. urodziła się w Łodzi moja jedyna córka, której na imię jest Rosa. Dziewczynka urodziła się w czasie, gdy Łódź włączona już była do Rzeszy Niemieckiej.

Aż do chwili wybuchu wojny mieszkaliśmy w Łodzi, przy ulicy Starlinga 17. Mąż mój prowadził przedsiębiorstwo tekstylne. Wybuch wojny zastał mnie w Łodzi. Moi rodzice – Uszer Kozłowski oraz moja matka – Fajga z domu Kozłowska oboje zginęli podczas wojny. Przebywali oni w getcie w Końskich. W roku 1942 odbyła się tam akcja, która była zresztą początkiem likwidacji getta i duży transport ludzi został odesłany do Treblinki. Ofiarą tego transportu padli także moi rodzice. Po upływie dwóch miesięcy od tej akcji getto w Końskich zostało zlikwidowane.

Z rodzeństwa miałam jedyną siostrę i czterech braci. Moja siostra Genia, po pierwszym mężu Herszenberg przeżyła wojnę. Jej pierwszy mąż Abram Herszenberg zginął podczas wojny. Początkowo przebywał on w getcie jędrzejowskim. Po likwidacji getta uciekł do Lasów Rakowickich i nigdy nie mieliśmy od niego żadnych wiadomości.

Moja siostra wyszła za mąż za Abrama Herszenberga kilka lat przed wybuchem wojny, a dnia 18 grudnia 1935 r. urodziła się w Łodzi jej jedyna córka – Perla. Dziewczynka ta przeżyła wojnę. Obie, Perla wraz z matką przebywają w Kraju. Ponieważ siostra ma wygląd semicki, podczas wojny w najcięższych chwilach ja opiekowałam się jej dzieckiem. Perla jest starsza od mojej córki o cztery lata. Obie dziewczynki przeżyły wojnę. Po wojnie moja siostra wyszła poraz drugi za mąż za Szlomo Szelberga.

Wiedzieliśmy, że w Jędrzejowie istnieje jeszcze getto. Nie znaliśmy dobrze warunków tam panujących, ale wiedzieliśmy, że przebywa tam moja siostra z mężem i dzieckiem. Postanowiliśmy więc udać się do Jędrzejowa.

Nocą, by nas sąsiedzi nie zauważyli, dostaliśmy się do stacji kolejowej – Koluszki. Stąd pociągiem dojechaliśmy do Jędrzejowa. Udało się nam wejść do getta.

Siostra moja Genia, jej mąż Abram Herszenberg i ich córeczka Perla przedostali się do getta jędrzejowskiego z Szydłowca. Także tutaj było już po kilku przesiedleniach, getto zmniejszone, jedynie grupa ludzi wychodziła do pracy.

Dzieci nie było już w getcie w ogóle, wszystkie zostały wysiedlone. Jedynie moje dziecko, córeczka mojej siostry oraz jeszcze jedno dziecko rodziców pochodzących z Jędrzejowa, to było tych troje dzieci, które w danej chwili przebywały w getcie. To trzecie dziecko to był chłopczyk, nazywał się Wygnański, został zabity w getcie. Jego ojciec przeżył wojnę.

Mój mąż i mój brat przyłączyli się do grupy, która codziennie wychodziła z getta do pracy. My kobiety, a więc moja siostra i ja, przebywałyśmy całe dnie ukryte z dziećmi w samym getcie.

Po upływie kilku dni od chwili naszego przyjazdu do getta w Jędrzejowie moja siostra zachorowała na tyfus plamisty. Ponieważ w getcie nie było już szpitala (dawniej była tu izba chorych, którą likwidowano przy każdym wysiedleniu) wyszłam bez opaski na stronę aryjską i poszukałam szpitala miejskiego, by tam załatwić przyjęcie dla mojej siostry. Na czele szpitala stał dr Mazur, były dyrektor szpitala dziecięcego w Łodzi. Miałam wielkie trudności z przyjęciem siostry. Przede wszystkim nie miała ona żadnych dokumentów, a następnie, miała wygląd semicki. Ubłagałam więc dra Mazura i przyjęto ją do szpitala. Nazywało się, że jest chora na nerki i dlatego też nie ogolono jej głowy. Dzięki znajomości pewnego Polaka, który posiadał dom w Jędrzejowie udało mi się załatwić meldunek dla mnie w jego domu. Otrzymałam też odcinek zameldowania.

Początkiem roku 1943 odbyła się w getcie kontrola za dziećmi. Córka mojej siostry liczyła wówczas lat 7, a moja mała miała 3 lata. Podczas kontroli ukryłam dzieci na pryczach i przykryłam je kocami. Niemcy znaleźli ukryte dzieci. I tylko dzięki pomocy Judenratu udało się te dzieci uratować. Judenrat bowiem załatwił u Niemców za dużą opłatą, że dali nam oni do dyspozycji jeden dzień i w ciągu tego czasu dzieci zniknąć miały z getta.

Wówczas przy pomocy mojego szwagra Herszenberga udało nam się umieścić nasze dzieci u Polaków w Jędrzejowie. Każde dziecko zostało umieszczone oddzielnie i za zapłatą. Ponieważ moja siostra była jeszcze w tym czasie chora ja odwiedzałam codziennie oboje dzieci, a potem szłam do szpitala do mojej siostry. Po pewnym czasie zaczęłam także sypiać u owej Polki, gdzie umieszczone było moje dziecko i nie wracałam więcej do getta.

Dnia 13 lutego, a więc dziesięć dni przed zupełną likwidacją getta w Jędrzejowie został zabity mój mąż. Przyczyna była błaha. Zaciemnienie w pewnym domu na terenie getta było nieszczelne. Zabrano więc trzech mężczyzn na Gestapo. W tem także mojego męża. Mój mąż nie był zameldowany w Jędrzejowie i nie miał karty pracy. Przybyliśmy tu niespełna miesiąc wcześniej. tego samego dnia został on zastrzelony w podwórku domu, w którym mieściło się Gestapo. Z getta sprowadzono ludzi dla pogrzebania trzech Żydów, którzy tego dnia zostali zabici.

Dnia 25 lutego 1943 roku nastąpiła zupełna getta w Jędrzejowie. W nocy Niemcy obstawili getto i wysiedlili wszystkich. Mój brat i mój szwagier ocaleli przed wysiedleniem ukrywając się na dachu jednego z domów w getcie. Jędrzejów został „Judenrein”.

W tym czasie ja przebywałam ukryta u pewnej Polki razem z moim dzieckiem. U niej dowiedziałam się o tem, co stało się w nocy w getcie. Pobiegłam więc od razu na plac, gdzie zgromadzono Żydów, przed wysiedleniem. Zastałam tu wszystkich ściśniętych w jednym miejscu. Było około 200 osób. Żydzi klęczeli odwróceni twarzami do muru. Strzegli ich gestapowcy z wielkimi psami na smyczy. Stanęłam w pewnej odległości i dokładnie oglądałam każdą postać, starając się rozpoznać swoich. Jedyna osoba, znana mi w całej grupie to był Brenner, który widział mnie kręcącą się i szukającą swoich bliskich. Brenner przeżył wojnę i znajduje się obecnie w Kraju. Ponieważ byłam obca w Jędrzejowie i nikt mnie nie znał, mogłam poruszać się swobodnie i szukać znajomych twarzy.

Moja siostra uchodziła w szpitalu za aryjkę. Siostry, zakonnice podejrzewały wprawdzie, że jest ona Żydówką, ponieważ nie posiadała żadnych papierów, nie zdradziły jednak tego nikomu. I gdy pewnego dnia ksiądz przyszedł do niej, by się spowiadała, siostry nie dopuściły do tego. Za szpital płaciłam. Często przynosiłam też części garderoby lub inne drobnostki do szpitala i oddawałam to siostrom. One niechętnie przyjmowały to odemnie, a gdy siostra moja opuściła szpital, oddały jej wszystko zpowrotem.

W szpitalu tym przebywali także inni Żydzi. Na jakich zasadach zostali oni tu przyjęci, tego nie wiem. Kiedy odwiedzałam siostrę zawsze w towarzystwie Stanisławskiej matki Henryka. To dodawało mi odwagi. Po likwidacji getta pewnego dnia widziałam, jak wyprowadzono ze szpitala kilku Żydów w chałatach szpitalnych i wepchnięto ich do auta Gestapo. Tego dnia zastrzelono wszystkich. Było to nazajutrz po likwidacji getta. Tego dnia szukano ukrywających się Żydów w całym mieście. Schwytanych mordowano na Gestapo.

Ponieważ jak już wspomniałam, po likwidacji getta Niemcy chodzili od domu do domu i szukali ukrywających się Żydów mój dalszy pobyt u znajomej Polki stał się niemożliwy. Stanisławska radziła mi także ze swojej strony, abym nie zwlekała ani dnia dłużej, wzięła oboje dzieci i wyjechała do jej krewnej, do Częstochowy.

W nocy po likwidacji getta zastrzelony został mały chłopczyk, Wygnański, którego Polka u której go umieszczono, ze strachu, wystawiła na ulicę.

Pociągiem, z dwojgiem dzieci udało mi się przyjechać do Częstochowy. Córeczka mojej siostry liczyła 7 lat i miała zupełnie semicki wygląd, natomiast moja mała miała lat 3 i nie wyglądała na żydowskie dziecko. Zamieszkałam z dziećmi w hotelu. 1-ego marca 1943 odbył się tutaj spis ludności. Mieszkając w hotelu oczywiście uczestniczyłam w tym spisie. Po kilku dniach zwrócił się do mnie właściciel hotelu i zażądał, abym opuściła jego hotel. Sąsiedzi bowiem podejrzewają mnie, że jakkolwiek jestem Polką, przechowuje żydowskie dzieci. W sąsiedztwie przezywano moją siostrzenicę „Żydóweczką”.

W pobliżu hotelu był kościół. Mimo, że stale chodziłam do kościoła czułam, ze ludzie podejrzewają mnie, ze sama jestem Żydówką, lub że przechowuję dzieci żydowskie. Nie miało sensu pozostać dłużej. Powiedziałam gospodarzowi, że dostałam list od brata mojego męża i jednocześnie zaproszenie do Warszawy. (...)


Yad Vashem, listopad 1965 r. 

Źródło: Yad Vashem, Jerozolima.

Transkrypcja: Andreovia.pl

sobota, 23 marca 2019

Mordechaj Śledzik - relacja


Marek (Mordechaj) Śledzik
(...) Jędrzejów to miasto powiatowe należące do województwa kieleckiego. Przed wojną miasto liczyło 18 tys. mieszkańców, z tego Żydów ok. 4 tys. Żydzi zajmowali się przeważnie handlem i rzemiosłem - szewcy, krawcy, stolarze. Przemysłowcami na większą skalę byli Ickowicz i Dykierman (właściciele fabryki wyrobów metalowych), Werdygier i Szpilberg (właściciele browaru i młyna mechanicznego). Ludzie z tego środowiska byli ortodoksyjni.

Żydzi posiadali własną szkołę 7-klasową mieszczącą się przy ul. Pińczowskiej. Ruch zawodowy skupiał się w Związku Kupców Żydowskich i Związku Żydów-Rzemieślników. 

Życiem kulturalnym Żydów kierowała organizacja syjonistyczna w Jędrzejowie. W budynku należącym do organizacji był klub, istniało również Koło Dramatyczne, które dawało przedstawienia. Repertuar dobierany był z twórczości żydowskiej. Należałem do Koła Dramatycznego, pamiętam jak grywaliśmy „Salamit” i inne. Sala dla przedstawień mogła pomieścić 300 osób.

Przewodniczącym organizacji syjonistycznej był Alter Jechiel Topioł. Piastował on ten urząd do roku 1933, aż do chwili swego wyjazdu do Izraela. Synowie Topioła również wyjechali z rodzicami do Izraela. Ruchliwą działalność rozwijała również Aguda i Mizrachi.

Gdy wróciłem z wojska we wrześniu 1939 r. zastałem już okupantów w Jędrzejowie. Z opowiadań mieszkańców dowiedziałem się o pierwszych represjach: zajmowaniu co piękniejszych mieszkań żydowskich, posyłaniu na roboty, rewizjach itd. Zresztą sam byłem wkrótce świadkiem zbrodniczych czynów hitlerowskich i sam je na własnej odczułem skórze.

Po moim powrocie do Jędrzejowa stwierdziłem ze zdumieniem, że niektórzy ludzie, którzy przed wojną wydawali się spokojnymi i przyzwoitymi ludźmi teraz, w zmienionych warunkach, pokazali dopiero swoje prawdziwe oblicze. Np. taki Joachim B(…), przed wojną spokojny człowiek, urzędnik Kasy Komunalnej. Po wtargnięciu okupantów okazało się, że B(…) jest zażartym wrogiem Żydów. Wydawał gazetę „Nowe Czasy” („Nowy Czas”), w której wysługiwał się hitlerowcom.

Także stosunek ludności polskiej do Żydów okazał się bardzo nieprzychylny. Niejednokrotnie Polacy zakupowali za grosze rzeczy żydowskie i nie wahali się nawet przed zabieraniem skrwawionej odzieży po zamordowanych. Z zimną krwią przypatrywali się egzekucjom niewinnych ludzi.

Pewnej nocy 1940 r. zbudzono wszystkich żydowskich mieszkańców Jędrzejowa, kazano zostawić rzeczy i natychmiast opuścić mieszkania. Tak odbyło się wysiedlenie do getta. Getto obejmowało przestrzeń od Rynku poprzez ulice Pińczowską, Łysakowską do ul. 3 Maja.

Zorganizowany w getcie Judenrat zajmował się rozdziałem kartek żywnościowych, przydzielaniem przymusowej pracy, zbieraniem żądanych przez Niemców rzeczy itp. Wysyłano również na roboty poza obręb miasta, np. młodzież do Sędziszowa, innych na roboty do Bełżca itp.

Po domach robiono często „rewizje” w poszukiwaniu cenniejszych rzeczy. U mnie zrobiono rewizję 16 lipca 1941 r. Zabrano wówczas bieliznę, znaczki pocztowe, futro. Podobnie rabowano w innych domach żydowskich.

Getto w Jędrzejowie zostało zamknięte w 1940 r. Ludność zamknięta w getcie nękana była ciągłymi aresztami, rewizjami, chorobami. Szerzył się tyfus plamisty. Dwa lata trwało to piekło. We wrześniu 1942 r. nastąpiło pierwsze wielkie „wysiedlenie”. Prawie całą ludność getta wywieziono wtedy do Treblinki. Między wywiezionymi znalazła się moja rodzina: dwie córki, syn, żona. Część mieszkańców getta, w tej liczbie mnie i drugiego mego syna pozostawiono w tzw. Arbeitskommando. Grupa ta liczyła 210 osób.

Podczas wysiedlenia rozgrywały się okropne sceny. Wielu ludzi nie chciało się przyłączyć do transportu do Treblinki i uciekało. Do uciekających Niemcy strzelali. Padło wtenczas ok. 40 ofiar. Rabin z Sobkowa odmówił wyjścia z mieszkania. Odziany w tałes odmawiał modlitwy. Zabito jego i żonę. Staruszka Berlinerowa, licząca 90 lat, ukrywała się prze kilka dni po wysiedleniu przy ul. Rakowskiej 3, poza obrębem getta. Sparaliżowana nie opuszczała łóżka. Wnukowie pozostawieni w Arbeitskommando przynosili jej potajemnie jedzenie. Hitlerowscy żandarmi odkryli jednak schron staruszki i wynieśli ją w łóżku na podwórze. Tam ją zastrzelili. Polacy przypatrywali się temu ze spokojem.

Chciałbym jednak w tym miejscu, mówiąc o stosunku ludności polskiej do Żydów, wspomnieć także o Polaku, dr. Feliksie Przypkowskim. Był to lekarz powiatowy, zamieszkały w Jędrzejowie. Zachował się wobec Żydów nader szlachetnie. Gdzie i jak mógł pomagał, przechowywał żydowskie rzeczy i pieniądze, w późniejszym okresie, gdy Żydzi z Jędrzejowa byli w obozie, przesyłał im pieniądze i lekarstwa. Po wyzwoleniu kontaktował oswobodzonych z krewnymi w Ameryce i Izraelu.

W lutym 1943 r. odbyło się ostatnie wysiedlenie robotników pozostawionych w Arbeitskommando, po czym Jędrzejów został ogłoszony jako „Judenrein”. Przed wysiedleniem do Skarżyska-Kamiennej hitlerowcy zamordowali kilkudziesięciu chorych w szpitalu w getcie. Szpitale te mieściły się w gmachu szkolnym przy ul. Pińczowskiej i przy Targowisku. Wszystkich chorych (przeważnie na tyfus plamisty), wygoniono na podwórze, a szef żandarmerii von Brühle własnoręcznie, przy pomocy kilku żandarmów, ich rozstrzeliwał. Musieliśmy przypatrywać się tej scenie. Jedna z chorych, młoda dziewczyna, wpadła pomiędzy stojących na podwórzu robotników Arbeitskommando i tak się schowała. Trupy zastrzelonych pochowali Polacy.

Gdy byłem już w obozie, doszły wiadomości, że podczas tego wysiedlenia schowało się kilku Żydów, hitlerowcy ich wykryli i zastrzelili na podwórzu młyna Werdygierów. Między zamordowanymi był Abram Szlęcki. (...)

Yad Vashem, grudzień 1958 r.


Źródło: Yad Vashem, Jerozolima.

Transkrypcja: Andreovia.pl

http://andreovia.pl/publikacje/zydzi-z-jedrzejowa/item/35-yad-vashe

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Jędrzejów Jewish ghetto

Jedrzejow is located 22 miles southwest of Kielce, and in 1939 some 4,000 Jews lived in Jedrzejow.

The first Kreishauptmann was Dr. Karl Glehn, who served in this post until October 1940, when he was succeeded by Dr Fritz von Ballusek from November 1940 until April 1942. The last Kreishauptmann was Bernard Hofer, who served in this post from April 1942 until January 1945.

An open ghetto in Jedrzejow was established as one of the first in the Generalgouvernement in the spring of 1940, possibly as early as February and it was located in the eastern part of the town, on Kilińskiego, Pińczowska, 3 Maja, Duch-Imbora and Łysakowska streets. Most Jews living outside the designated ghetto area had to relocate, although more than 20 families were allowed to live outside the ghetto for some time. Guards watched the ghetto exits, but initially the Jews could come and go as they pleased. By this time Jedrzejow already had received 500 refugees and more were planned, the newcomers hailed from Zaglebie Dabrowskie in Silesia, and from the towns of Zgierz, Lodz, Pinczow and Szczekociny.

Dr Hirsz Beer of Glogow organised the Jewish Social Self Help (JSS) committee and opened a soup kitchen. On 16 August 1940, he was appointed a member of the Jewish Relief Committee (ZKOP) for Kreis Jedrzejow, which the Kreishauptmann established to take over the provision of welfare from the Judenrat. A number of Judenrat members, especially Pinkus Teitelbaum, tried to undermine Beer’s activities. Thus began a power-struggle that continued throughout most of the ghetto’s existence. The 14-member Judenrat and their families lived in the largest house in Jedrzejow, while the remainder of nearly 4,200 were squeezed into rooms that three or four families shared. Many of the residents accused the Judenrat of corruption. A Jewish Police of fewer than 10 men was set up to keep order in the ghetto and to assist the sanitation committee which was responsible for keeping the ghetto clean. Their commander was one of the members of the Judenrat, Jakob Mermelsztajn.

On 15 – 16 January 1941, the Germans deported 600 Jews from Jedrzejow to several other locations with the Kreis. The poor housing conditions caused many to return secretly to Jedrzejow over the following weeks. This ‘Aktion’ decreased the number of Jews in the ghetto to 3,600. Within the same month between 400 -600 of the ghetto’s inhabitants, including women, cleared snow daily. By February 1941, 100 were tasked with clearing snow, whilst many also worked at loading wood. Later on, 220 young men were sent for forced labour in the vicinity of Lvov (Lemberg). A few of these men survived by escaping from the labour camp, and they returned to the Jedrzejow ghetto.

During June 1941, the Judenrat opened a hospital with 25 beds to serve the Kreis, with the exception of Wloszczowa, which was under Dr. Beer’s supervision. The hospital later treated Poles as well as Jews, although the later bore most of the costs of its organisation. The Judenrat also organised its own postal services at this time, as the local post office was forbidden to handle Jewish mail. On the orders of the Kreishauptmann, the number of Jewish Police increased to 18 in June 1941. The following duties were added such as guarding the ghetto with the Wehrmacht; enforcing the curfew; combating smuggling and begging. In the summer of 1941, the Jewish Police conducted a series of round-ups of the ghetto’s beggars, who were ordered to leave Jedrzejow.

During October 1941, the so-called ‘Six’ which comprised the ‘most energetic’ officials of the Jewish Police were assigned solely to rounding up and escorting Jewish labourers, as well as checking the state of the ghetto’s sanitation. In December 1941, the Jewish Police post was moved to 12 Pińczowska street and its members received instructions to tighten their guard at the ghetto exits, as from a month earlier Jews could now be shot for leaving the ghetto without a permit.

By April 1942, the ghetto leadership had been informed unofficially of the approaching deportation ‘Aktion’ of the Jews within the Kreis, but it was believed that the deportations might be limited to the resettlement of the larger towns, rather than Jews living in villages.

According to Pinkas ha-kehilot, the ghetto was enclosed in March 1942, when it was surrounded by a barbed-wire fence. Contact between Jews and non-Jews was from then on prohibited. In May 1942, twenty-one Jewish families previously holding official permission from the Germans to live outside the ghetto were forced to move inside it. As of June 1942, Georg Wall had become the commander of the Jewish Police in Jedrzejow, which was now 20 –strong, policing 3,807 ghetto residents. Between 17 -24 August 1942, the labour office within the ghetto conducted the registration of Jewish women aged between 15 and 50. A couple of months earlier in June 1942, the JSS with its headquarters in Krakow, encouraged the Jedrzejow ghetto inhabitants to organise workshops; however, only the shoemakers responded to this call, as other craftsmen believed they could earn more working independently. At the time there were 150 craftsmen and the same number of apprentices in the ghetto.

On 28 August 1942, Jews from a number of nearby localities were evacuated to Jedrzejow, including 800 people from Sobkow, 830 persons from Malogoszcz, 152 people from Naglowice, 193 people from  Nawarzyce, and smaller numbers of people from Brzegi, Oksa, Wegleszyn, Prząsław, Mierzwin and Raków. By 4 September 1942, the total number of people living in the ghetto had increased to some 6,000.

The Germans liquidated the ghetto on 16 September 1942. On that morning all of the Jews of Jedrzejow were gathered in the market square. A selection was carried out following the arrival of Gestapo officer Ernst Thomas. Approximately 240 Jews were sent back to the ghetto, this number included members of the Judenrat, Jewish Police and their families. Fewer than 200 able-bodied Jews were selected for work at the Hugo Schneider AG (HASAG) ammunition labour camp in Skarzysko- Kamienna. Also a number of men were selected for the labour camp at the Sedziszow railway depot. The remainder of the Jews were herded to the train station, loaded into cattle cars and these went to the Treblinka death camp, where they were murdered in the gas chambers.

By the beginning of October 1942, the ghetto in Jedrzejow was reduced to just three buildings. All the Jews – including women – were engaged in clearing out the former ghetto and the train depot all the possessions of the deported Jews, whilst for the time being they were allowed to keep their possessions, out of the clutches of the Germans. There were rumours that by the end of the year, all Jews would be removed from Jedrzejow. Although the soup kitchen was relocated there, there was nothing to cook, because the Germans assigned only a meagre amount of rations to the ghetto inmates. Dr Hirsz Beer doubted that the ZKOP could continue its existence with less than 1,000 Jews remaining in the Kreis and no help available. Dr Beer and Abram Solowicz were the only remaining staff. Beer however, transferred some of the hospital furnishings into the ghetto and set-up a seven-bed hospital, which he ran with his wife Regina and one other helper.

On 4 November 1942, Dr Beer reported the following remnant ghettos existing in the Kreis: Jedrzejow with 240 people, Wodzislaw with 90 people, Szczekociny with 40 people, Wloszczowa with 250 people, several dozen Jews in Sedziszow, and another 500 or so Jews incarcerated in labour camps.

The final liquidation of the Jedrzejow ghetto took place between 22 -24 February 1943, when approximately 200 Jews were evacuated to the HASAG camp in Skarżysko- Kamienna, whilst thirty-five who were unable to travel were shot on the spot.

Źródło:
The Encyclopaedia of Camps and Ghettos 1933-1945, USHMM, Indiana University Press Bloomington and Indianapolis 2012  Y. Arad, Belzec, Sobibor, Treblinka – The Aktion Reinhard Death Camps, Indiana University Press, Bloomington and Indianapolis 1987

https://www.holocausthistoricalsociety.org.uk/contents/ghettosj-r/jedrzejow.html

© Holocaust Historical Society 2015