Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ber. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ber. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 grudnia 2022

KSIĘGA PAMIĘCI - Ajzyk Kajzer / Tel Awiw

Moje wspomnienie o Jędrzejowie 


Nasi Ocaleni [hebr. Szerit ha-Pleta - dosł. „ocalałe ostatki”; nazwa biblijna (1Krn 4,43) używana przez żydowskich ocalałych z Holokaustu na określenie siebie i społeczności, które tworzyli po wyzwoleniu ich wiosną 1945 roku. - przyp.]  pamiętają zapewne bardzo sympatycznego felczera Lejbla Sobkowskiego. Ze względu na jego swojski charakter nadano mu przydomek „profesor Lejbl” - przyjęty przez niego serdecznie i z uśmiechem.
Jędrzejowscy Żydzi darzyli go największym zaufaniem i gdy tylko ktoś w domu nie czuł się dobrze, zwracano się do niego niezwłocznie. Lejbl przedstawiał diagnozę, wypisywał receptę i chory rozpoczynał kurację.

Jeśli pacjent był strachliwy i obawiał się leczenia, bądź też w przypadku poważnej choroby, [Lejbl] wzywał miejskiego lekarza dra Przypkowskiego. Ten po rozmowie z chorym zwykle zgadzał się z diagnozą felczera. Dodawał przy tym pół żartem, pół serio: „Skoro profesor Sobkowski to przepisał, musimy się słuchać i robić co każe”.

Lejbl Sobkowski zdobył zaufanie także wśród ludności nieżydowskiej i liczba jego pacjentów stale rosła.

Los chciał, że Lejbl Sobkowski był jednym z ostatnich, którzy pozostali w Jędrzejowie po pierwszym wysiedleniu i których stłoczono w domu Skrzypczyka przeznaczonym na miejsce zamieszkania dla Żydów z małego getta. Sobkowski został wyznaczony jako medyk dla garstki Żydów, którzy jeszcze tam pozostali…

Oficjalnie mówiono, że zostajemy tam, by „likwidować” własność jędrzejowskich Żydów wysłanych do Treblinki. Albo, nazywając rzeczy po imieniu, by pakować i wysyłać to wszystko do Trzeciej Rzeszy, do rodzin morderców narodu żydowskiego. Jednakże już nazajutrz pojawili się w małym getcie gestapowcy i zabrali 40 mężczyzn do pracy na niedalekiej stacji kolejowej w Sędziszowie. Byłem jednym z owych 40 Żydów, których dzień w dzień wysyłano do pracy tamże.

Zafundowano nam tam wyładunek węgla z wagonów, które przyjeżdżały nieustannie z Zagłębia i Górnego Śląska. Pracowaliśmy tam bardzo ciężko pod ścisłym nadzorem gestapowca Milera, który szczegółowo wypytywał nas o nasze zatrudnienie przed wojną. Zauważyłem, że miał mnie na oku i kontrolował mnie bardziej niż innych. Czułem, że nie wierzy, że ja też byłem przed wojną robotnikiem. Zrozumiałem, że chodzi o pozbycie się mnie stamtąd…

Dzięki żydowskiemu policjantowi, który wręczył mi bilet kolejowy mogłem się stamtąd wyrwać i wrócić do garstki jędrzejowskich Żydów, którzy znajdowali się jeszcze w małym getcie.

Wszyscy ucieszyli się na mój widok i powitali mnie bardzo ciepło pomimo tego, że ledwo mogli mnie rozpoznać. Po dwóch tygodniach ciężkiej pracy w Sędziszowie byłem wrakiem.

Nasi strażnicy chcieli mnie odesłać z powrotem do katorżniczej pracy w Sędziszowie. Jednakże dzięki interwencji Lejbla Sobkowskiego i doktora Bera pozostawiono mnie w małym getcie.

Pewnego poniedziałku nocą - w lutym 1943 roku - getto zostało otoczone przez niemieckich żandarmów, polskich policjantów i bandę folksdojczów, po czym poprowadzono nas na targowisko.

Czując, że nasze życie jest w niebezpieczeństwie, część z nas próbowała uciekać. Kilku udało się zbiec - był wśród nich Szmul Wargoń, jeden z chorych przebywających w szpitalu (żyje obecnie w Australii). Zobaczyliśmy później jak Niemcy rozstrzeliwują około 20 chorych ze szpitala. Po nich wzięli się za nas.

Zaprowadzono nas na ulicę Łysakowską, gdzie jakieś 4 miesiące wcześniej rozpoczęło się pierwsza wielka wywózka.

Po drodze kolejnych kilku z nas zostało zastrzelonych za próbę ucieczki z transportu.

Przybyły ciężarowe auta, którymi wysłano nas do Skarżyska. Zbliżając się do lasów chęcińskich, razem z Mosze Prajsem, Brajtbartem i Rakowskim przekupiliśmy pilnującego nas folksdojcza i uprosiliśmy go, aby jechał wystarczająco wolno byśmy mogli wyskoczyć.

Pierwsi skoczyli Prajs, Brajtbart i Rakowski, ale gdy kolejni Żydzi chcieli [zrobić to samo], folksdojcz zaczął strzelać. Ja nie zdążyłem wyskoczyć...

Folksdojcz oświadczył nam, że za każdego zbiegłego Żyda w Skarżysku rozstrzelanych zostanie dziesięciu. Ogarnęło nas śmiertelne przerażenie czując co nas czeka. Na nasze szczęście, tym razem Niemcy nie spełnili swojej groźby.

Rozpoczął się dla nas czas ciężkiej, nieludzkiej pracy niewolniczej. Na dodatek, dosłownie umieraliśmy z głodu.

Po przybyciu do obozu oznajmiono nam, że mamy obowiązek oddać wszystko, co posiadamy, jednakże Lejbl Sobkowski poradził nam by tego nie robić. Posłuchaliśmy go. Mieszkaliśmy razem i każdy z nas pomagał drugiemu jak tylko mógł.

Czuję, że moim świętym obowiązkiem jest przypomnieć, iż życie swoje zawdzięczam szlachetnemu, wspaniałemu Lejblowi Sobkowskiemu błogosławionej pamięci.

Chorując na tyfus plamisty, z ponad czterdziestostopniową gorączką wyszedłem do pracy - ponieważ pozostanie w obozie pachniało rychłą śmiercią… Natomiast pójście do obozowego szpitala oznaczało zejście żywcem do piekieł. Jednakże drogi Sobkowski, ryzykując własnym życiem, zapewnił mi wszelkie niezbędne lekarstwa oraz opiekę, ratując mnie od pewnej śmierci.

Kiedy Rosjanie zbliżali się do Polski, obóz został zlikwidowany. Rozesłano nas w różne strony - mnie do Buchenwaldu, a Sobkowskiego do Schlieben [oddział niemieckiego obozu koncentracyjnego Buchenwald w okolicach Lipska - przyp. MM], gdzie zmarł niestety przed wyzwoleniem.

Z Buchenwaldu przeniesiono nas do Dachau - było nas sześciuset Żydów. Strażnicy zamierzali nas zlikwidować ale zdarzył się cud - do obozu wkroczyła nagle amerykańska armia i wyzwoliła nas od bólu i cierpienia. Tułaliśmy się po Niemczech aż dotarliśmy do Frankfurtu gdzie utworzono komitet pomocowy. Z pomocą Jointu mieliśmy szczęście dotrzeć do Izraela, gdzie żyjemy dziś jako wolni ludzie we własnym kraju.

 

*

Tłumaczenia wybranych tekstów z Księgi Pamięci Żydów jędrzejowskich
[Sefer-HaZikaron LeYehudi Yendzhyev pod redakcją Shimshona Dov Yerushalmi, Tel Aviv, 1965]

Autor tłumaczenia z języka jidysz: MICHAŁ MAZIARZ 

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego


 



środa, 30 grudnia 2020

Lekarze

List otwarty przewodniczącego Zespołu ds. Emerytów i Rencistów Świętokrzyskiej Izby Lekarskiej

Szanowne Koleżanki! Szanowni Koledzy!
(...) powinniśmy opracować i wydać księgę pamięci.
Zgromadziłem 126 nazwisk poległych lekarzy medycyny, lekarzy dentystów i absolwentów uczelni medycznych, którzy urodzili się, pracowali lub stracili życie na ziemi świętokrzyskiej.
Niestety większość to tylko nazwiska (...).
Liczę na pomoc w wypełnieniu tych "białych plam."
Jerzy Gracyalny

Lista ofiar i zaginionych

(...)
33. Goldman J.-lek. zam. Jędrzejów wzg. Kielce- Treblinka
(...)
41. Hirsch Beer - lek. zam. Jędrzejów - zaginął
(...)

http://www.oil.org.pl/jsp/bip/drukuj.jsp?classId=/oil/oil56/gazeta/numery/n2008/n200809/n20080907

Eskulap Świętokrzyski 2008 nr 9 - pismo Świętokrzyskiej Izby Lekarskiej, wyd. Okręgowa Rada Lekarska w Kielcach.

wtorek, 9 lipca 2019

Menachem Horowicz - relacja, cz. 3

Wysiedlenie z Wodzisławia
Wodzisław to małe miasteczko położone niedaleko Jędrzejowa. W okresie od wybuchu wojny należało ono do powiatu jędrzejowskiego. A więc wszelkie sprawy Wodzisławia rozstrzygał Judenrat jędrzejowski. Także sprawy żywności należały do zakresu działania Judenratu w Jędrzejowie. W cztery dni po wrześniowym wysiedleniu z Jędrzejowa, odbyło się wysiedlenie z Wodzisławia. Wodzisław posiadał małą własną stację kolejową. Z tej to stacji wysiedlono 20 września 1942 roku całą ludność żydowską tam zamieszkałą. (przyp.: Wodzisław nigdy nie posiadał stacji kolejowej - prawdopodobnie chodzi o pobliski Sędziszów.)
Następnego dnia po wysiedleniu z Jędrzejowa, to jest 17 września, przyjechał do mnie jakiś Polak rowerem przywożąc ze sobą list. Polak ów przybył z Wodzisławia i przywiózł list od mego kuzyna, tamtejszego członka Judenratu, od Ensla Horowicza, stałego mieszkańca Wodzisławia. Po wysiedleniu u nas ludność tamtejsza była zaniepokojona. Mój kuzyn pytał w liście: „Co u Was słychać?” Odpowiedziałem mu tą samą drogą: „Ratujcie się”. Mój kuzyn otrzymał list i razem ze swoją rodziną uciekł natychmiast do lasu. Podobnie uczyniło także wielu innych Żydów. Na liście, którą Niemcy posiadali, stawić się miało na stacji 2800 Żydów, a zjawiło się tam tylko 500 osób. Reszta uciekła w las. Także mój brat Berek wówczas wraz z rodziną do lasu. Ludzie ci uszli wysiedleniu. Ich warunki bytu w lesie były jednak bardzo ciężkie. Nastała zima i zimno dokuczało im bardzo. Pozatem ludzie załamywali się, myśleli o powrocie, bo nie wierzyli w możliwość przetrwania zimy w lesie. Do obok położonego Sędziszowa przychodziły grupy ludzi do pracy z getta jędrzejowskiego. Ludzie z lasu zaczęli się do tych grup dołączać.

Przybycie brata mojego do getta jędrzejowskiego
Zdarzyło się raz, że Niemcy zaaresztowali prezesa Judenratu, Szolowicza. Trwało to krótko. Żona jego zanosiła mu codziennie jedzenie. Przechodząc dnia tego przez Rynek z jedzeniem zauważyła jakiegoś chłopa wiejskiego, który powiedział do niej: „Dajcie znać Horowiczowi, że ktoś tu leży chory na wozie…” Zawiadomiono mnie o tem. Nie mogłem jednak udać się na Rynek, ponieważ nie wolno mi było opuścić getta. Czekałem na mojego syna, który był w tym czasie przy pracy w Sędziszowie. Mój syn wrócił. Posłałem zaraz na Rynek by przekonać się, czy rzeczywiście ktoś czeka na mnie. Mój syn pobiegł i stwierdził, że to brat mój, Berek leży chory na wozie.
Brat mój uciekł z Wodzisławia, tuż przed wysiedleniem i skrył się z rodziną swoją w lesie. Niemcy wiedzieli dokładnie, że Żydzi, którzy nie stawili się na stacji we Wodzisławiu, pouciekali do lasów. Wydali więc oni pewnego dnia rozporządzenie, które okazało się zwykłą prowokacją. Na podstawie tego rozporządzenia, w trzech następujących miejscowościach, ustanowione zostanie getto dla Żydów. Tam wolno będzie mieszkać Żydom. Do miejscowości tych należały: Ostrowiec, Szydłowiec i Nowe Radomsko. Treść tego rozporządzenia przeznaczona była głównie dla ludzi ukrytych po lasach. Ludzie ci byli już na wyczerpaniu, więc nie mieli siły i uwierzyli Niemcom. Nadjechał samochód, który miał zawieźć tych ludzi do jednej z powyżej wymienionych miejscowości. Mój brat, który znajdował się tam także, wszedł do auta tak niezręcznie, że przerwał się i dostał przepukliny. Gdy przybył do pierwszego osiedla spotkał dra Wodzisławskiego. Dr Wodzisławski, Polak, znał dobrze mojego brata. Dał mu też natychmiast skierowanie do szpitala powiatowego w Jędrzejowie. Chłop jakiś przywiózł go tutaj furmanką. Porozumiałem się z głównym sekretarzem szpitala, drem Mazurem. Dzięki jego interwencji brat mój został natychmiast przyjęty i tego samego wieczora jeszcze, operowany. Przez trzy tygodnie przebywał on w szpitalu, później dostał się do małego getta i pracował razem ze mną w kuchni.

 
Majątki w getcie
Chciałbym tu zaznaczyć w jaki sposób dysponowałem pieniędzmi, mimo że nie zarabiałem przez tak długi okres czasu. Przebywałem w getcie przez dwa i pół roku, żyłem i dysponowałem dużymi sumami. Potem przybyłem do obozu w Skarżysku-Kamiennej, gdzie przydzielono mnie do bardzo ciężkiej pracy. Otrzymałem pracę w pociskowni. Za pieniądze przeniesiony zostałem do pracy lekkiej, w magazynie u Nowickiego.
Przed wojną byłem właścicielem składu węgla i koksu. Gdy Niemcy wkroczyli do Jędrzejowa, zabrali mi cały towar, który się w tym składzie znajdował. Ostatnie 7 tysięcy złotych, które posiadałem, oddałem żonie mojej, gdy stała na placu, przed pójściem na wysiedlenie. Pozostałem więc zupełnie bez pieniędzy.
Potem ocalałem z wysiedlenia i zostałem z owymi 230 ludźmi, których zamknięto w getcie. Zostały wówczas mieszkania opuszczone i pozostawione przez tych, którzy poszli na wysiedlenie. Niemcy wyznaczyli wówczas pewną grupę ludzi spośród tych, którzy pozostali w getcie, a to w celu szukania pochowanych przez wysiedlonych Żydów majątków. Wychodzili oni bowiem z założenia, że Żydzi prędzej znajdą kryjówki zrobione przez ich braci i ukryte w nich majątki i dlatego zrobią to lepiej, niż Polacy. W tym celu wyznaczyli Niemcy jeden dom w getcie, gdzie wspomniana grupa ludzi miała znosić i zwozić wszystkie znalezione przez nich wartościowe przedmioty. My zaś, to jest ci wszyscy, którzy przebywali stale w getcie, mieliśmy zajmować się uporządkowaniem i zorganizowaniem tego domu. Dom został podzielony na części, które służyły do zbierania skór, butów, i innych towarów. W okresie tym ludzie nasi znajdowali nieraz bardzo drogocenne rzeczy i te zatrzymywali dla siebie. Pewnego razu zięć mój, Mosze Preis natknął się na paczkę z pieniędzmi. Okazało się, że w paczce znajdowało się 60 sztuk polskich banknotów po 500 złotych każden, czyli 30 tysięcy złotych. Paczkę tę znalazł mój zięć w komórce węgla należącej do hurtownika Ejbuszyca. Pozatem nasi ludzie szli do pracy tej nago, wracali natomiast ubrani we wszystko, co w danej chwili było im potrzebne.
Sytuacja nasza w getcie stawała się coraz mniej bezpieczna. Niemcy strzelali i zabijali ludzi z najbłahszego nawet powodu. Atmosfera była stale bardzo napięta i dla mnie jasne się stało, że Niemcy zlikwidują i to małe getto.
Syn mój przyniósł z prawy pewnego dnia 5 kg pieprzu, 10 par cholew damskich oraz dwa kupony bielskie. Rzeczy te przedstawiały wówczas olbrzymi majątek. Z powodu naprężonej sytuacji, jaka zapanowała w getcie, postanowiłem zdobyty majątek umieścić w jakimś pewniejszym niż getto miejscu.
Miałem znajomego Polaka, który nazywał się Różycki. Różycki w czasach normalnych był antysemitą, ale w chwilach ważnych okazał się przyjacielem człowieka. Był on dyrektorem Związku Ziemian „Opatkowice”, rozciągającego się na cały powiat jędrzejowski. Postanowiłem jemu zaufać cały znaleziony majątek.
W tym celu zdobyłem gdzieś worek, do którego włożyłem pieprz i towary, oraz ową paczuszkę zawierającą 30 tysięcy złotych. Do worka załączyłem list następującej treści: Panie Dziedzicu, proszę zachować dla siebie u siebie to, co Panu przesyłam. Niech to się znajduje w rękach Pańskich. Może mi się to przydać kiedyś na czarną godzinę”. Teraz chodziło tylko o przesłanie worka, aby dostał się do rąk Różyckiego. Do getta przywożono dla nas codziennie żywność. Przywoziła ją spółdzielnia, dwa lub trzy razy tygodniowo, zwożąc żywność z różnych dworów. Spółdzielnia przywoziła do getta mleko i mięso. Nie zawsze jednak przywożono produkty z tego samego dworu. Czekałem więc na ludzi, którzy przywiozą żywność ze znanego mi dworu. Razu pewnego, gdy przywieziono mleko, spostrzegłem mleczarza, którego znałem. Podeszłem do niego, oddałem mu list i paczkę dla Różyckiego. Nazajutrz ten sam mleczarz przywiózł do getta dwie bańki mleka. Przy tej sposobności odszukał mnie i oddał mi polecenie od Różyckiego. Różycki mianowicie proponował, ażebym podszedł następnego dnia wieczorem pod parkan getta, który graniczy jednocześnie z ogrodem związku ziemiańskiego. W miejscu tym wolno mi się było poruszać. Gdy przybyłem tam następnego wieczora Różycki czekał już na mnie, Kiedy mnie spostrzegł powiedział zaraz: „Horowicz, po co mi Wasze pieniądze?” Odpowiedziałem i wytłumaczyłem też jednocześnie, że na podstawie tego, co się obecnie dzieje w getcie, można wnioskować, że Niemcy nie pozostawią tutaj Żydów. Nie ma też obecnie żadnej żydowskiej instytucji, gdzie mógłbym te pieniądze przekazać. O ile przeżyję wojnę zgłoszę się po nie. O ile zaś nie będę żył, tłumaczyłem Różyckiemu, może z tymi pieniędzmi zrobić co mu się tylko podoba. Wolę też, w takim wypadku, by znajdowały się one u niego. Różycki wysłuchał mnie, otarł łzy, które spływały mu z oczu i powiedział: „Bądź zdrów”. Odchodząc zwrócił mi jeszcze uwagę, że gdybym kiedykolwiek pisał do niego, ażebym starał się nie używać jego nazwiska, tylko z obu stron listu mam wypisać słowa: „Ogród - Związek Ziemian”. Różycki bał się kontaktu z Żydami. (przyp.: Z dalszej części opowiadania M. Horowicza, tutaj nie publikowanej a dotyczącej jego pobytu w obozie w Skarżysku-Kamiennej wynika, że Różycki, poprzez inne osoby, zwrócił mu z nadmiarem wszystkie zdeponowane pieniądze i równowartość rzeczy.)

Moja praca na terenie getta. Chowanie zmarłych
W czasach gdy przebywałem w małym getcie do zajęć moich, poza pracą w kuchni, należało chowanie zmarłych. Chowaliśmy ich na cmentarzu żydowskim. W takich przypadkach otrzymywałem zezwolenie na wyjście z getta z poleceniem, aby możliwie prędko posprzątać trupy. Chowaliśmy naszych ludzi na cmentarzu żydowskim.
Do pracy mojej w chowaniu zmarłych miałem do pomocy ośmiu młodych chłopców. Jeden z moich pomocników, Waksbaum, orientował się doskonale na cmentarzu. Wiedzieliśmy obaj o każdym nowopowstałym grobie. Oddanym pomocnikiem był także Grünberg, którego ojciec pracował przed wojną w Chewra Kadisza w Jędrzejowie. Ów Grünberg nie żyje. Natomiast brat jego Szaul Grünberg przeżył wojnę i mieszka obecnie w Kraju, w Holonie.


Wydawanie papierów aryjskich
Niedaleko Jędrzejowa leżało miasteczko Staszów. Z Jędrzejowa do Staszowa prowadziła tylko jedna kolejka wąskotorowa. Magistrat miasta Staszowa załatwiał papiery aryjskie dla ludzi przyjeżdżających tu w tym celu z różnych miast Polski. Przyjeżdżali ludzie z Warszawy i z Łodzi. Nie wiem w jaki sposób jechali oni pociągami do Staszowa. Wiem tylko, że wracając legitymowali się już nabytymi w magistracie staszowskim papierami. Wszyscy oni przybywali do nas kolejką wąskotorową, a z Jędrzejowa jechali dalej.
Polski kolejarz, wielki antysemita, prowadził wąskotorową kolejkę ze Staszowa do Jędrzejowa. Pewnego razu doniósł on władzom niemieckim, że w kolejce znajdują się ludzie posiadający fałszywe papiery. Policja niemiecka przybyła natychmiast. Zatrzymano wszystkich Żydów, którzy legitymowali się nowonabytymi papierami. Znajdowało się wśród nich sześciu mężczyzn i jedna kobieta z małym dzieckiem na ręku, przybyła tu z Łodzi. Kazano wszystkim ustawić się w szeregu i zastrzelono wszystkich. Mąż wspomnianej kobiety, kiedy zorientował się, że policja niemiecka kontroluje papiery wszystkich obecnych w kolejce uciekł, niezauważony przez nikogo. Nazajutrz uczestniczył on w pogrzebie swojej zony i swojego dziecka. W momencie, kiedy strzelano do wspomnianych ludzi, było bardzo zimno i sypał gęsty śnieg.
Natychmiast po wykonaniu egzekucji przysłano po mnie i po moich pomocników. Mieliśmy przybyć natychmiast, aby uprzątnąć trupy. Przybyliśmy we wskazane miejsce furmanką zaprzężoną w jednego konia. Załadowaliśmy trupy i zawieźliśmy je na cmentarz żydowski. Nazajutrz rano pochowaliśmy wszystkich.
Kolejarz jakiś opowiadał nam później, że Niemcy drwili jeszcze z owej kobiety, zanim ją zastrzelili. Jeden z nich krzyczał: „Es ist schade eine Kugel für den Kinderkopf”.
Znałem doskonale teren cmentarza. Razem z pomocnikami moimi staraliśmy się zawsze pochować ludzi naszych po ludzku i według rytuału żydowskiego.
Razu pewnego przyszedł do mnie jeden z pomocników moich Waksbaum i powiedział mi, że zauważył na cmentarzu 12 nowych grobów. Zdziwiło nas to obu ogromnie. Kto i kogo pochował? Bez nas było to zupełnie niemożliwe. Wkrótce rozwiązaliśmy zagadkę.
W getcie przebywała jeszcze garstka ludzi pobożnych
„chasydów. Jeszcze w jesieni, roku 1942 okazali oni dużo cierpliwości urządzając „kuczkę”, pod koniec świąt żydowskich i śpiewając głośno pieśni ostatniego dnia Symchat Tora. Grupa tych „chasydów” mieszkała we wsi Piaski, niedaleko cmentarza żydowskiego, u znajomego Polaka, w porozumieniu z którym wybudowała ona bunkier na cmentarzu. W nocy wykopali „chasydzi” dwanaście świeżych grobów. Pod ziemią, pod tymi grobami, urządzony był bunkier. Właściwie było kilka bunkrów. Wejście zaś do tych bunkrów prowadziło z mieszkania owego Polaka. W ten sposób ukryć się chcieli wspomniani „chasydzi” w grobach, by nie budzić nigdzie żadnego podejrzenia. Ów znajomy Polak miał im dostarczać jedzenie do bunkra. Wszystko to załatwione było za duże pieniądze.
Gdy schodziło się z miasteczka na cmentarz żydowski, przechodziło się przez wieś Piaski. Tutaj to zauważyłem któregoś dnia, że chłopi wyrywają pomniki żydowskie i układają je na drodze, na piaskach, ażeby wygodniej było chodzić. Szczególnie dużo było tych pomników w miejscach, którędy przechodziło bydło. Tędy bowiem, deptając po pomnikach, szły krowy na pastwiska. Pomniki te nie były niczem przykryte, były one jeszcze nie uszkodzone i z daleka widniały nazwiska na nich wypisane. Pamiętam nazwisko „Dickerman” widoczne już z bardzo daleka.
Potem Niemcy nie pozwolili więcej grzebać ludzi indywidualnie. U wejścia cmentarza wykopali oni wielki dół i tam wrzucali wszystkie trupy razem.
Pewnego dnia, a było to w sobotę, zastrzelili Niemcy trzech młodych, żydowskich chłopców. Zawołali mnie zaraz i powiedzieli do mnie „In 15 Minuten, das Dreck, soll sein begraben!” Wzięliśmy trupy, wyjechaliśmy na cmentarz i wrzuciliśmy je do wspólnego dołu.
Będąc na cmentarzu zauważyliśmy, że chłopi burzą mury cmentarne i zabierają cegły potrzebne im do budowy. Chłopi burzyli też pomniki i zabierali z cmentarza wszystko, co mogło być w jakikolwiek sposób potrzebne.
Wobec takiego stanu rzeczy „chasydzi” nie mogli więcej korzystać ze swoich kryjówek, przygotowanych z takim trudem. Kilku z nich uciekło na czas, jeszcze przed likwidacją getta. Kilku z nich zostało na miejscu zastrzelonych przez Niemców. A reszta wywieziona została do obozu w Skarżysku-Kamiennej.

Losy rabina Szabse Rapaporta
Szabse Rapaport, syn Abrama, pochodził z Bielska i sprawował urząd w małym polskim miasteczku, w Pińczowie. Należał do znanej bielskiej rodziny Rapaportów. A sprawując urząd był on nadal wspólnikiem w 25 procentach do włókienniczego przedsiębiorstwa, które czynne było w Bielsku. Począwszy od wieku XVII rodzina ta sprawowała w Pińczowie urząd rabinacki. I w ten sposób stało się ono w rodzinie Rapaportów dziedziczne. Należeli oni przytem do rodziny Szachów co było też wielkim zaszczytem. Szach oznaczało Szabse i Kohen. Taki stan rzeczy trwał do roku 1914, to jest do wybuchu pierwszej wojny światowej. Kiedy później Rosja opuściła tereny polskie, powstały na tych ziemiach gminy żydowskie, które miały już prawo wyboru rabina. Albowiem dotychczas piastowanie tego urzędu było dziedziczne. Poprzednikiem Szabse Rapaporta był jego kuzyn.
Ponieważ odtąd gminy żydowskie miały prawo wyboru rabina, należało zjednać sobie odpowiednio ludność. Szabse miał we Wiedniu brata, Maksa Rapaporta, który był bardzo bogatym człowiekiem. Kiedy stał się aktualny wybór rabina, przyjechał Maks Rapaport do Pińczowa i przywiózł ze sobą pełne walizy pieniędzy. Pieniądze te podzielił on wśród ludności i w ten sposób Szabse Rapaport został wybrany na stanowisko rabina w Pińczowie. Było to w roku 1927 lub też w 1928 roku.
Gdy wybuchła wojna w roku 1939, Maks Rapaport uciekła wraz z całą rodziną swoją z Wiednia poza granice Niemiec. Tam zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie grozi bratu jego w Polsce, zaczął się starać dla niego o papiery zagraniczne. Wkrótce potem udało mu się takie papiery zdobyć. Było tam obywatelstwo paragwajskie, a papiery opiewały na nazwisko Szabse Rapaporta, jego żony i pięciorga dzieci. Papiery te wysłał Maks Rapaport pocztą i przybyły one do Polski, do powiatu pińczowskiego, na parę dni przed wysiedleniem Żydów z Pińczowa.
Był to wrzesień, rok 1942. Niemieckie Kreiskommando powiatu pińczowskiego nie wiedziało co począć z ludźmi, na których nazwisko papiery te opiewały. Ponieważ w międzyczasie nastąpiło wysiedlenie ludności żydowskiej całego powiatu, w tem także miasta Pińczowa, dołączyło Kreiskommando rabina i jego rodzinę do ludzi, którzy szli na to wysiedlenie. Wysiedlenie obejmowało cały powiat, całą ludność żydowską miasteczek Buska i Pińczowa. Razem ze wszystkimi szedł Szabse Rapaport, wraz ze swoją rodziną pieszo 40 km do Jędrzejowa. Tutaj zgromadzono wszystkich na wielkim targowisku, które przeznaczone było dla bydła. W strasznych warunkach, wyczerpani do ostatnich granic, spędzili ludzie noc całą na owym placu. Poinformowano starostę jędrzejowskiego o papierach zagranicznych, jakie nadeszły tu dla rodziny Rapaportów. Dzięki jego interwencji i po telefonicznym porozumieniu się z odpowiednim urzędem na Gestapo w Krakowie, wyciągnęła żandarmeria rabina z owego targowiska i wraz z jego rodziną odprowadzili go do naszego getta. W międzyczasie Niemcy porozumiewali się w dalszym ciągu z Krakowem i jak twierdzili ludzie z naszego Judenratu, także z kancelarią generalnego gubernatora Franka, ażeby uzyskać stamtąd wskazówki, co począć z ową żydowską rodziną, która uzyskała obywatelstwo Paragwaju.
Była godzina 11 w nocy, gdy żandarmi przyprowadzili rabina Rapaporta oraz jego żonę i pięcioro dzieci do getta. Weszli oni do domku, w którym mieszkałem. Rabin Rapaport był moim kuzynem, więc jako do rodziny przyszedł przede wszystkim do mnie. Gdy przyjeżdżał on przed wojną do Jędrzejowa, był także zawsze moim gościem. Modlił się u mnie, jadł a potem dopiero wybierał się w dalszą drogę. Pińczów nie miał stacji kolejowej; by móc wybrać się w podróż trzeba było przede wszystkim przybyć do Jędrzejowa. Toteż rabin był moim częstym gościem.
Obecnie w nocy, przyprowadzeni przez żandarmów niemieckich, przedstawiali oni straszny widok. Byli wymarznięci, głodni, od dwóch dni nic nie jedli, słaniali się wszyscy na nogach. Razem z małymi dziećmi przeszli 40 km pieszo. Przygotowaliśmy dla nich kolację, spędzili w domku moim całą noc, do rana.
Rano żandarmeria niemiecka przyszła po nich. Zabrano całą rodzinę i wysłano ją do Niemiec. W Niemczech znajdować się miał podobno obóz, w którym koncentrowano wszystkich obcokrajowców. Więcej o nich podczas wojny nie słyszałem.
W pewnym okresie po wojnie, przebywałem na terenie Niemiec, w mieście Ulm. Tam spotkałem przypadkowo kuzynkę moją, nazwiskiem Manela, pochodzącą z Będzina. Opowiedziała mi ona, że rabin został wraz z całą rodziną swoją zastrzelony. Kuzynka moja znajduje się obecnie w Kraju, nazywa się po mężu Keszew i mieszka w Natanji.
Spotkałem wówczas na terenie Niemiec jeszcze innych ludzi, pochodzących z Będzina. Niektórzy z nich przebywali z rabinem Rapaportem w różnych lagrach, na terenie Niemiec. Spotkałem mianowicie Bajtnera z córką, Gresbarda, syna rabina będzińskiego, Lichtensteina i Golda. Wszyscy oni przebywali razem z rabinem Rapaportem w obozach niemieckich. Opowiedzieli mi, że w jednym z obozów, a było to jakie 3 miesiące przed zakończeniem wojny, przeprowadzili kontrolę ludzi posiadających papiery obcokrajowców. Po tej kontroli okazało się, że papiery rodziny Rapaport są niewystarczające. Wówczas zastrzelono rabina Rapaporta wraz z całą rodziną i jeszcze wiele innych osób posiadających podobne jak on papiery.

Ostateczna likwidacja getta - luty, rok 1943
Było to po upływie dwóch tygodni od rozmowy mojej z dziedzicem Różyckim, któremu zaufałem moje pieniądze, gdy SS-mani wtargnęli nad ranem do getta. Rozpoczęły się nawoływania, krzyki i wrzaski: „Raus”. Wyganiano wszystkich z mieszkań.
Naprzeciwko domku, w którym mieszkaliśmy, ale już poza gettem, mieszkał znajomy mój, Polak nazwiskiem Białkiewicz. Białkiewicz był z zawodu leśniczym. Ażeby dostać się do jego domku, trzeba było przejść parkan otaczający getto, potem przeskoczyć małą rzeczkę dzielącą getto od połaci ziemi, zamieszkałej przez leśniczego. Zorientowaliśmy się natychmiast, że należy uciekać z getta. Mój syn był razem ze mną. Chwyciliśmy stojące w pogotowiu walizki, przeskoczyliśmy parkan, potem rzeczkę, aby jak najszybciej dostać się do Białkiewicza. Tutaj mieliśmy ukryć się w stodole, jak z góry było umówione. Ale w tym momencie zauważył nas pewien Polak, obecnie volksdeutsch, który znał nas dobrze sprzed wojny i krzyknął za nami: „Meniek nazad, inaczej będę strzelał. Zrobiłbym to od razu, ale ponieważ znam was - radzę wróćcie do getta. Będę udawał, że was nie widziałem”. Nie mając innego wyjścia wróciliśmy tą samą drogą do getta. Stamtąd nie zabierając żadnych rzeczy, udaliśmy się razem z innymi na plac, na którym gromadzono wszystkich Żydów.


Likwidacja szpitala
W jednym z domków małego getta mieścił się mały szpital, w którym znajdowało się szesnaście łóżek. Dr Ber był głównym lekarzem tego szpitala. Mieszkał ona wraz z żoną swoją w domku, w którym znajdował się szpital. Podobnie Sternfeld mieszkał również w tym domku. Sternfeld pełnił w szpitalu funkcję stróża nocnego.
Ostateczne wysiedlenie, które miało miejsce 23 lutego 1943 roku pociągnęło za sobą zupełną likwidację getta w Jędrzejowie. Było tego dnia bardzo zimno. Niemcy wtargnęli do małego szpitala. Dr Ber i jego żona uciekli na czas. W momencie, gdy Niemcy weszli, znajdowało się w szpitalu szesnaście osób, sami mężczyźni. SS-mani rozkazali wszystkim opuścić łóżka i zupełnie nagich i bosych wypędzili z budynku. Potem kazali się im ustawić na placu i wszystkich wystrzelali. Przypadkowo scena ta odbyła się naprzeciw miejsca, gdzie stałem z synem i byliśmy świadkami tego wydarzenia.
Jeden z owych mężczyzn, nazwiskiem Wargoń, zorientował się w sytuacji i widząc, że Niemcy szykują się do stracenia tych ludzi zdecydował się w ostatniej chwili na ucieczkę. Przeleciał on na drugą stronę i przez jeden moment ukrył się za mną. Potem zaczął uciekać w kierunku cmentarza. Tuż przed parkanem cmentarnym wpadł w śnieg w ten sposób, że śnieg zakrył go prawie zupełnie. Nie wiem, czy Niemcy nie zauważyli jego ucieczki, czy też szukali go i nie znaleźli. Wargoń leżąc w śniegu przeczekał, aż SS-mani zakończyli akcję wysiedleńczą. Poczem wstał, wsunął się na teren cmentarza i ukrył się między pomnikami. Po pewnym czasie udał się do znajomego Polaka, gdzie przeżył wojnę. Obecnie Wargoń mieszka w Australii.
Na placu tymczasem segregowano wszystkich obecnych tu ludzi na grupy. Nam kazano wejść do samochodów. Jak się okazało majster Battenschlager przyjechał tutaj ze Skarżyska-Kamiennej, gdzie mieściła się fabryka amunicji „Hasag”, ażeby wybrać tu ludzi zdolnych do pracy i zabrać ich ze sobą.
Nasze auta ruszyły w drogę. (…)

 
Yad Vashem, lipiec 1959 r. 

 
Źródło: Yad Vashem, Jerozolima.
 

środa, 3 kwietnia 2019

Rodzina Janoff

(...) opowieść Anny Radeckiej o pomocy udzielonej Żydom przez jej rodzinę – ojca Sergiusza i jego rodziców Przemysława i Anielę Janoffów (Janowów) w Motkowicach nieopodal Jędrzejowa w latach 1942-1943.

Rodzina Janoff - druga od lewej Aniela, Sergiusz i Przemysław. Motkowice, 1936  
 
W Motkowicach, niewielkiej miejscowości położonej 14 km na wschód od Jędrzejowa (woj. świętokrzyskie), moja rodzina o nazwisku Janoff (Janow), mieszkała od 1936 roku. Mój dziadek Przemysław Janoff, z zawodu leśnik, był administratorem lasów w majątku rodziny Górskich. Wraz z żoną Anielą i synem Sergiuszem mieszkał w leśniczówce nazywanej Karolówka, położonej na wschodnim skraju motkowickiego lasu. Jako ich plenipotent prowadził rozliczne interesy, także z Żydami. Utrzymywał z nimi dobre, przyjacielskie stosunki i był ceniony jako rzetelny partner.


W czasie wojny Przemysław Janoff ps. „Stary” i syn Sergiusz ps. „Set” byli zaprzysiężonymi żołnierzami Armii Krajowej. Działali w pionie wywiadu, dywersji, odbioru zrzutów, organizowali przerzuty i przechowywanie broni. W leśniczówce Janoffów odbywały się tajne komplety, a także chronili się ludzie poszukiwani przez gestapo oraz Żydzi – uciekinierzy z getta.


Getto w Jędrzejowie zostało utworzone przez Niemców w 1940 roku. Przed wywiezieniem Żydów do ośrodka zagłady w Treblince, zgromadzono w nim ok. 6 tysięcy osób z różnych miejscowości powiatu jędrzejowskiego i buskiego. Likwidację getta Niemcy przeprowadzili 16 września 1942 roku. Kilkuset Żydów zbiegło. Dla pozostawionych przy życiu niespełna 250 osób utworzono obóz pracy nazywany „małym gettem”, który zlikwidowano 22-23 lutego 1943 roku. Niektórzy uciekinierzy znaleźli schronienie u Janoffów. Przemysław przygotował dla nich specjalną skrytkę pod podłogą swego gabinetu. Wejście do niej przykryto dywanem, a na nim postawiono biurko. Janoff przywoził do siebie Żydów bezpośrednio z Jędrzejowa i po krótkim pobycie rozwoził po okolicy, w bezpieczne miejsca. Według moich najnowszych ustaleń akcja pomocowa rodziny Janoffów mogła zacząć się na długo przed likwidacją getta.


Nie wiadomo ile osób chroniło się w leśniczówce i czy ktoś z nich ocalał. Ostatni żyjący świadek tych wydarzeń – siostrzenica leśniczego Krystyna Strachocka-Zgud – pamięta, że gdy Przemysław rozwoził Żydów, ona i Sergiusz, jego syn, stali na drodze, na czatach. Jedna z akcji została opisana w publikacjach naukowych Andrzeja Ropelewskiego i dotyczyła lekarza Hirscha Beera, który prawdopodobnie przez dłuższy czas ukrywał się w lesie, w specjalnie przygotowanej dla niego kryjówce. W 1943 r. dr Beer, schowany w skrzyni pokrytej sianem i kilimem, został przewieziony do Kielc, na adres, który wskazał. Na skrzyni usiadła Aniela Janoff i rozłożyła na niej różne towary, wcielając się w rolę wiejskiej gospodyni jadącej na targ. Końmi powoził jej syn Sergiusz. Dr Beer dotarł do Kielc, ale jego dalsze losy są nieznane.


W 1945 r. władze Polski Ludowej aresztowały Sergiusza Janoffa i skazały, jako więźnia politycznego, na śmierć. Wyrok zamieniono na 10 lat pozbawienia wolności, a ostatecznie w więzieniach w Krakowie, Sieradzu i Rawiczu Sergiusz spędził pięć lat. W Rawiczu zetknął się z więziennym naczelnikiem Kazimierzem Szymonowiczem, zwanym z racji okrutnego traktowania więźniów politycznych „Krwawym Kaziem”.


Przemysław, chcąc ratować syna przed szykanami, poprosił o interwencję znajomą dra Beera z Kielc, która zaświadczyła o zaangażowaniu Janoffów w niesienie pomocy Żydom. Szymonowicz, który sam ocalał z Zagłady, zaprzestał szykanować Sergiusza za sprawą otrzymanego listu. Jedynym świadectwem tych wydarzeń jest niedawno odnaleziona w aktach sprawy Sergiusza Janoffa (sygn. IPNBU 915/497) prośba jego ojca z 1951 r. o wydanie zaświadczenia Jadwigi Papińskiej z 1946 r., które potwierdzało pomoc dla dra Beera ze strony Przemysława. Samego dokumentu nie udało się odnaleźć.


Po wojnie Janoffowie opuścili Motkowice. Zamieszkali w Marculach (powiat iłżecki), a następnie w Libertowie pod Krakowem, gdzie spędzili resztę życia.


Źródło:
https://sprawiedliwi.org.pl/pl/historie-pomocy/wasze-opowiesci/historia-rodziny-janoffow-janowow

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Jędrzejów Jewish ghetto

Jedrzejow is located 22 miles southwest of Kielce, and in 1939 some 4,000 Jews lived in Jedrzejow.

The first Kreishauptmann was Dr. Karl Glehn, who served in this post until October 1940, when he was succeeded by Dr Fritz von Ballusek from November 1940 until April 1942. The last Kreishauptmann was Bernard Hofer, who served in this post from April 1942 until January 1945.

An open ghetto in Jedrzejow was established as one of the first in the Generalgouvernement in the spring of 1940, possibly as early as February and it was located in the eastern part of the town, on Kilińskiego, Pińczowska, 3 Maja, Duch-Imbora and Łysakowska streets. Most Jews living outside the designated ghetto area had to relocate, although more than 20 families were allowed to live outside the ghetto for some time. Guards watched the ghetto exits, but initially the Jews could come and go as they pleased. By this time Jedrzejow already had received 500 refugees and more were planned, the newcomers hailed from Zaglebie Dabrowskie in Silesia, and from the towns of Zgierz, Lodz, Pinczow and Szczekociny.

Dr Hirsz Beer of Glogow organised the Jewish Social Self Help (JSS) committee and opened a soup kitchen. On 16 August 1940, he was appointed a member of the Jewish Relief Committee (ZKOP) for Kreis Jedrzejow, which the Kreishauptmann established to take over the provision of welfare from the Judenrat. A number of Judenrat members, especially Pinkus Teitelbaum, tried to undermine Beer’s activities. Thus began a power-struggle that continued throughout most of the ghetto’s existence. The 14-member Judenrat and their families lived in the largest house in Jedrzejow, while the remainder of nearly 4,200 were squeezed into rooms that three or four families shared. Many of the residents accused the Judenrat of corruption. A Jewish Police of fewer than 10 men was set up to keep order in the ghetto and to assist the sanitation committee which was responsible for keeping the ghetto clean. Their commander was one of the members of the Judenrat, Jakob Mermelsztajn.

On 15 – 16 January 1941, the Germans deported 600 Jews from Jedrzejow to several other locations with the Kreis. The poor housing conditions caused many to return secretly to Jedrzejow over the following weeks. This ‘Aktion’ decreased the number of Jews in the ghetto to 3,600. Within the same month between 400 -600 of the ghetto’s inhabitants, including women, cleared snow daily. By February 1941, 100 were tasked with clearing snow, whilst many also worked at loading wood. Later on, 220 young men were sent for forced labour in the vicinity of Lvov (Lemberg). A few of these men survived by escaping from the labour camp, and they returned to the Jedrzejow ghetto.

During June 1941, the Judenrat opened a hospital with 25 beds to serve the Kreis, with the exception of Wloszczowa, which was under Dr. Beer’s supervision. The hospital later treated Poles as well as Jews, although the later bore most of the costs of its organisation. The Judenrat also organised its own postal services at this time, as the local post office was forbidden to handle Jewish mail. On the orders of the Kreishauptmann, the number of Jewish Police increased to 18 in June 1941. The following duties were added such as guarding the ghetto with the Wehrmacht; enforcing the curfew; combating smuggling and begging. In the summer of 1941, the Jewish Police conducted a series of round-ups of the ghetto’s beggars, who were ordered to leave Jedrzejow.

During October 1941, the so-called ‘Six’ which comprised the ‘most energetic’ officials of the Jewish Police were assigned solely to rounding up and escorting Jewish labourers, as well as checking the state of the ghetto’s sanitation. In December 1941, the Jewish Police post was moved to 12 Pińczowska street and its members received instructions to tighten their guard at the ghetto exits, as from a month earlier Jews could now be shot for leaving the ghetto without a permit.

By April 1942, the ghetto leadership had been informed unofficially of the approaching deportation ‘Aktion’ of the Jews within the Kreis, but it was believed that the deportations might be limited to the resettlement of the larger towns, rather than Jews living in villages.

According to Pinkas ha-kehilot, the ghetto was enclosed in March 1942, when it was surrounded by a barbed-wire fence. Contact between Jews and non-Jews was from then on prohibited. In May 1942, twenty-one Jewish families previously holding official permission from the Germans to live outside the ghetto were forced to move inside it. As of June 1942, Georg Wall had become the commander of the Jewish Police in Jedrzejow, which was now 20 –strong, policing 3,807 ghetto residents. Between 17 -24 August 1942, the labour office within the ghetto conducted the registration of Jewish women aged between 15 and 50. A couple of months earlier in June 1942, the JSS with its headquarters in Krakow, encouraged the Jedrzejow ghetto inhabitants to organise workshops; however, only the shoemakers responded to this call, as other craftsmen believed they could earn more working independently. At the time there were 150 craftsmen and the same number of apprentices in the ghetto.

On 28 August 1942, Jews from a number of nearby localities were evacuated to Jedrzejow, including 800 people from Sobkow, 830 persons from Malogoszcz, 152 people from Naglowice, 193 people from  Nawarzyce, and smaller numbers of people from Brzegi, Oksa, Wegleszyn, Prząsław, Mierzwin and Raków. By 4 September 1942, the total number of people living in the ghetto had increased to some 6,000.

The Germans liquidated the ghetto on 16 September 1942. On that morning all of the Jews of Jedrzejow were gathered in the market square. A selection was carried out following the arrival of Gestapo officer Ernst Thomas. Approximately 240 Jews were sent back to the ghetto, this number included members of the Judenrat, Jewish Police and their families. Fewer than 200 able-bodied Jews were selected for work at the Hugo Schneider AG (HASAG) ammunition labour camp in Skarzysko- Kamienna. Also a number of men were selected for the labour camp at the Sedziszow railway depot. The remainder of the Jews were herded to the train station, loaded into cattle cars and these went to the Treblinka death camp, where they were murdered in the gas chambers.

By the beginning of October 1942, the ghetto in Jedrzejow was reduced to just three buildings. All the Jews – including women – were engaged in clearing out the former ghetto and the train depot all the possessions of the deported Jews, whilst for the time being they were allowed to keep their possessions, out of the clutches of the Germans. There were rumours that by the end of the year, all Jews would be removed from Jedrzejow. Although the soup kitchen was relocated there, there was nothing to cook, because the Germans assigned only a meagre amount of rations to the ghetto inmates. Dr Hirsz Beer doubted that the ZKOP could continue its existence with less than 1,000 Jews remaining in the Kreis and no help available. Dr Beer and Abram Solowicz were the only remaining staff. Beer however, transferred some of the hospital furnishings into the ghetto and set-up a seven-bed hospital, which he ran with his wife Regina and one other helper.

On 4 November 1942, Dr Beer reported the following remnant ghettos existing in the Kreis: Jedrzejow with 240 people, Wodzislaw with 90 people, Szczekociny with 40 people, Wloszczowa with 250 people, several dozen Jews in Sedziszow, and another 500 or so Jews incarcerated in labour camps.

The final liquidation of the Jedrzejow ghetto took place between 22 -24 February 1943, when approximately 200 Jews were evacuated to the HASAG camp in Skarżysko- Kamienna, whilst thirty-five who were unable to travel were shot on the spot.

Źródło:
The Encyclopaedia of Camps and Ghettos 1933-1945, USHMM, Indiana University Press Bloomington and Indianapolis 2012  Y. Arad, Belzec, Sobibor, Treblinka – The Aktion Reinhard Death Camps, Indiana University Press, Bloomington and Indianapolis 1987

https://www.holocausthistoricalsociety.org.uk/contents/ghettosj-r/jedrzejow.html

© Holocaust Historical Society 2015