cz. 4/4
wtorek, 27 grudnia 2022
KSIĘGA PAMIĘCI - Izrael Dutkiewicz / Norwegia - cz. 4/4
KSIĘGA PAMIĘCI - Izrael Dutkiewicz / Norwegia - cz. 3/4
cz. 3/4
W ramach Betaru działało także kółko dramatyczne, które wystawiło w ciągu roku rozmaite sztuki teatralne i zdobyło sympatię całej żydowskiej społeczności.
Członkami koła dramatycznego byli nie tylko towarzysze partyjni, ale również zwykli miłośnicy żydowskiego teatru jak na przykład bracia Tajchner, Jakow Wajcman, Jakow Gebrowicz. Spośród towarzyszy Betaru wyróżniali się: Zośka Horowicz-Prajs, Chancia Wygnański, Abram i Mosze Rajzman, M. Apelsztajn, Szejndla Rozenblum, Obarzanek i Mosze Lederman.
*
Autor
tłumaczenia z języka jidysz: MICHAŁ MAZIARZ
Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
poniedziałek, 26 grudnia 2022
KSIĘGA PAMIĘCI - Eliezer Rubinsztajn / Tel Awiw - cz. 1/2
cz. 1/2
Żydowscy rzemieślnicy i działacze
Pierwszymi wykwalifikowanymi rzemieślnikami byli w Jędrzejowie: mój dziadek reb Leml [Ezriel?] Rubinsztajn, mój wuj reb Chaim [dopisane ręcznie - przyp. MM] Mendel Rubinsztajn oraz mój ojciec reb Mendel Rubinsztajn, który osiedlił się w Jędrzejowie po roku 1912.
Nasze miasteczko było zwykle gniazdem dzikiego antysemityzmu, szerzonego głównie przez księdza Marchewkę [hebr. galekh (גלח) - pejoratywne określenie ksiądza katolickiego przyp. MM] - przywódcę seminarium duchownego przy jędrzejowskim klasztorze.
Również przeor klasztoru był aktywny przeciwko Żydom i agitował za bojkotem żydowskiego rzemiosła.
Ale przyszły czasy, gdy ci sami antysemiccy księża znaleźli się w potrzebie i konieczna im była pomoc mego dziadka, ojca i wuja, niech spoczywają w pokoju, ponieważ żaden chrześcijański rzemieślnik nie był w stanie wykonać niezbędnych prac... Nie mając wyboru, pobożni księża zmuszeni byli, biedactwa, oddać „świętą” pracę „przeklętym żydom” w długich kapotach, których twarze zdobiły długie brody...
Założycielami stowarzyszenia byli: Leml Rubinsztajn, Chaim Mendel Rubinsztajn, Mendel Rubinsztajn, Alter Jechiel Topiol, Abram Toporski, Izrael Waler, Majer Zalcberg, Lejbl Sobkowski, Szmul Sakowski, Dawid Chenciński, Josef Śledzik, Mosze Norik, Lejbke Złotnik, Jeszajahu Fajgenblat, Szlama Feldman, Jakow Gliksman, Fiszel Zylberszac i Lejbusz Lederman. Większość z nich odeszła już z tego świata.
Zarząd stowarzyszenia bardzo wspomagał zubożałych rzemieślników, wspierał edukację i wychowanie dzieci, by ulżyć rzemieślnikom w pracy, (...) a przede wszystkim - umożliwić im pożyczki na konstruktywne cele, dostępne na dogodnych warunkach.
koniec cz. 1/2*
Autor
tłumaczenia z języka jidysz: MICHAŁ MAZIARZ
Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
piątek, 23 grudnia 2022
KSIĘGA PAMIĘCI - Abram Michel Gzibmacher
Urodziłem się w Wisznicach, małym miasteczku niedaleko Włodawy w guberni lubelskiej. Do Jędrzejowa przyjechałem z moimi rodzicami Yehonatanem i Chają Surą z domu Bejer w 1924 roku. Matka moja pochodzi z wielkiej chasydzkiej dynastii, jest wnuczką słynnego cadyka Michela Złoczewera [cadyk Jechiel Michel zwany Magidem ze Złoczowa, uczeń Baal Szem Towa - przyp. MM], po którym noszę imię, oraz Magida z Kozienic.
Mieszkaliśmy wcześniej w Sędziszowie w guberni kieleckiej, gdzie mój ojciec był zarządcą u właściciela ziemskiego Kamińskiego, który kupił dobra sędziszowskie od wielkiego bogacza i przedsiębiorcy Mosze Fefera.
Mój ojciec miał tam 60 mórg pola, które musiał zakupić od Michela Najmana z Wodzisławia i Rajzmanów z Jędrzejowa.
Młody dziedzic Kamiński był wielkim antysemitą. Ojciec mój opuścił dobra sędziszowskie.
W Jędrzejowie był mój ojciec zarządcą u polskich właścicieli ziemskich z całej okolic i stąd czerpał swoje przychody. Uczyłem się w chederze, ukończyłem także szkołę powszechną, po czym wyuczyłem się zawodu malarza i zacząłem pracować w tym fachu.
W roku 1932 zostałem powołany do polskiej armii. Przydzielono mnie do 24. pułku ułanów imienia hrabiego Radziwiłła, który stacjonował w Nieświeżu niedaleko Baranowicz.
Służyłem tylko przez pół roku ponieważ dzięki ojcu mojego ojca uznano mnie za żywiciela rodziny i zwolniono ze służby wojskowej. Wróciłem wtedy do Jędrzejowa i pracowałem jako malarz.
Na osiem dni przed wybuchem wojny władze polskie zarządziły tajną mobilizację i również ja zostałem wówczas zmobilizowany. Wysłano nas na Białogon koło Kielc gdzie formowała się dywizja ułanów, która miała prowadzić wojnę przeciwko silnie zmotoryzowanej niemieckiej armii.
Stamtąd wysłano nas do Wielunia nad rzeką Wartą.
Po wybuchu wojny walczyliśmy zaledwie przez 24 godziny, do momentu otrzymania rozkazu wycofania się do Warszawy. Naszym punktem zbornym była Oksza koło Kocka [prawdopodobnie miejscowość Okrzeja - przyp. MM] ale na skutek straszliwego bombardowania przez niemieckie samoloty zginęło wielu z naszych, a pozostali zdezerterowali aby ratować życie… Także ja „pożegnałem się” z polskim mundurem, włożyłem cywilne ubrania i udałem się do rabina z Żelechowa, mojego krewnego. Stamtąd dowlokłem się do domu, do Jędrzejowa, który nadal istniał. Tam dowiedziałem się o trzech niewinnych Żydach rozstrzelanych przez Niemców aby, jak się zdaje, rzucić na nas blady strach. Zacząłem pracę i pracowałem do 10 grudnia 1939 roku. Wysłano mnie wtedy do słodowni, która była wtedy pod zarządem Niemców. Pracowałem tam nadal w swoim fachu, a także jako szklarz, którego to zawodu szybko się wyuczyłem. Otrzymałem oficjalny dokument, który pozwalał mi poruszać się bez przeszkód; bardzo pomógł mi także polski majster z Poznania Warbielski. Tak dobrze odnosił się do Żydów i wyświadczał im tyle przysług, że gdy wreszcie Niemcy dowiedzieli się o jego „zwyczajach”, rozstrzelali go.
Później zacząłem pracować wspólnie z Herszlem Wolfowiczem, jednym z przywódców jędrzejowskich rzemieślników. Tak nadszedł 16 września 1942 roku kiedy całą żydowską społeczność wysłano do Treblinki. Naziści obiecali nawet, że rodziny żydowskich robotników zostaną ale nie dotrzymali słowa.
Mój błogosławiony ojciec miał szczęście umrzeć w wieku 71 lat i być pochowanym, ale żadnej macewy nie mogliśmy mu wystawić.
Moja matka, moja siostra Ruchla, mój szwagier Izrael Manela z Zawiercia i ich mała córeczka Szifra, razem ze wszystkimi jędrzejowskimi Żydami zostali wywiezieni do Treblinki.
Byłem wśród „szczęśliwych” 239 Żydów, których pozostawiono w małym getcie.
Również moi przyjaciele Mosze Malarz i Wolf Brener ze swoimi szwagrami kwaterowali i żyli wspólnie w małym polskim domku w pobliżu dużego domu Skrzypczyka.
Starałem się dalej pracować w moim zawodzie bo w żadnym wypadku nie chciałem się znaleźć pośród tych, którzy likwidowali majątek po Żydach wysłanych do Treblinki.
O losie naszych braci w Treblince słychać było różne głosy. Nagle pojawił się jednak chłopak z Sędziszowa, Ezriel Fridman, a także Leon Wajntraub, którzy zbiegli z Treblinki i opowiedzieli nam o przerażającym końcu naszych najbliższych. Nie uwierzyliśmy im, nie mogliśmy także przyjąć ich w małym getcie ponieważ byli „obcy” i nie byli u nas zarejestrowani.
17 lutego 1943 roku naziści zlikwidowali także i małe getto jędrzejowskie, rozstrzelawszy wcześniej około 20 tak zwanych chorych na tyfus ze szpitalika. Między zabitymi był Pinio Brajtbort i Jekl Lederman. Szczęśliwym i niepojętym sposobem uciekł stamtąd chory Szmul Wargoń. Niemieccy mordercy otworzyli do niego huraganowy ogień ale ich strzały nie dosięgły go i po wojnie dotarł szczęśliwie do Australii gdzie mieszka do dziś.
W Skarżysku, gdzie nas wysłano, przez około trzy miesiące pracowałem w bardzo trudnych warunkach przy wyrobie pocisków dla ciężkiej artylerii. Ponownie wykorzystałem szczęśliwy przypadek i uciekłem stamtąd do lasu, skąd powędrowałem w kierunku Kielc. Było tam wciąż małe getto dla około tysiąca Żydów. Namówili mnie bym zmienił nazwisko na Fefer. Nosił je zbiegły stamtąd Żyd, który swoją ucieczką ściągnął na wszystkich niebezpieczeństwo. Zgodziłem się i zapłacili mi 25 tysięcy złotych. Pozostałem tam jedynie przez dwa tygodnie ponieważ to getto również zostało zlikwidowane, a wszystkich wysłano do Pionek, w pobliżu stacji kolejowej Garbatka (gubernia radomska). Pracowałem tam bardzo ciężko, ale również trochę handlowałem. Pozostałem tam aż do święta Rosz Haszana w 1944 roku. Przetransportowano nas stamtąd do dużego obozu Oranienburg, w którym internowanych było około 180 tysięcy mężczyzn i kobiet różnych narodowości. Żydów było bardzo mało i trzymano nas w izolacji. Było nas tam zaledwie 280. Przez sześć tygodni nie zatrudniano nas do żadnej pracy. Następnie wysłano nas do Gliwina [niejasne o jaką miejscowość chodzi - w oryginale: ןגליווי - przyp. MM] gdzie od nowa budowaliśmy pionecką fabrykę.
Pozostawaliśmy tam przez dwa miesiące pracując bardzo ciężko. Dalej wysłano nas do Rathenau gdzie znajdowała się fabryka samolotów. Alianccy piloci starali się bardzo, nieustannie bombardując obiekty i obracając je w ruinę. Czuliśmy, że ocalenie jest blisko. 27 kwietnia 1945 roku armia sowiecka wyzwoliła nas z naszego nieszczęścia. Berlin upadł 9 maja 1945 roku. Świat został wyzwolony od planów i rojeń Hitlera.
Pojechałem do Polski, do Jędrzejowa, gdzie szukałem bliskich. Niestety nie znalazłem nikogo poza Benjaminem Gutmanem, który również poszukiwał członków rodziny. Powróciliśmy do Niemiec aby szukać dalej… i tam los się do mnie uśmiechnął! W Niemczech znalazłem moją narzeczoną, Rywkę Perlman z Siedlec, w której byłem zakochany jeszcze przed wojną… Nic nie mogło się równać naszej radości. Wzięliśmy ślub i wyjechaliśmy do Izraela - to była pełnia szczęścia. Mieszkamy w Bnei Brak, dzięki Bogu możemy utrzymać czworo naszych dzieci. Pracuję w swoim zawodzie jako malarz. Nasz najstarszy syn idzie teraz by wypełnić obywatelski obowiązek w Siłach Zbrojnych Izraela, a nie w żadnych ułanach w polskiej armii jak ja. Druga nasza córka pracuje jako urzędniczka. Jesteśmy wszyscy bardzo szczęśliwi - jesteśmy wolnymi obywatelami Państwa Izrael!
*
Autor
tłumaczenia z języka jidysz: MICHAŁ MAZIARZ
Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
KSIĘGA PAMIĘCI - Cipora Gotrfryd-Kozłowska / Hajfa
Z moich wspomnień
Dziś jest Chanuka, 13 grudnia. Dziś zaczęłam pisać. Ta data ma w moim życiu wielkie znaczenie. Tego dnia urodziłam się, tego dnia wzięłam ślub, i tego dnia utraciłam swój dom. Tego właśnie dnia po raz ostatni widziałam rodziców i rodzinę, bliskich i znajomych. Po raz ostatni widziałam wtedy wszystko co najdroższe w moim miasteczku Jędrzejów.
Po raz ostatni widziałam mojego tatę błogosławiącego chanukowe świece - choć nie przy oknie od frontu, tylko w kuchni, przy zamkniętych okiennicach…
Śpiewaliśmy cicho Haneiros Hallalu [tradycyjna pieśń śpiewana po zapaleniu świec chanukowych – przyp. MM]. Na dworze padał śnieg. Był zimowy wieczór 1939 roku.
Nagle to wszystko się skończyło. Za późno. Żadnej nadziei by wyjechać do Izraela. Za późno. Nie ma gazet, listów - zerwane zostały wszelkie kontakty ze światem zewnętrznym. Przez całe lato czytaliśmy, że do żadnej wojny nie dojdzie, że świat do niej nie dopuści. Ludzie zbierali się wokół radioodbiorników aby posłuchać najnowszych wieści z Warszawy. Słyszeliśmy tylko slogan: „Ani skrawka polskiej ziemi wrogowi”.
Pierwszego września 1939 roku Niemcy przekroczyli granice Polski. Zaczęły się dla nas ciężkie dni. W mieście panowała panika. Przerażeni ludzie zbierali się w grupy, dyskutowali o polityce, nie widząc jednak żadnej drogi wyjścia… Wieczorami w domach panowała ciemność - baliśmy się zapalać światło. Mężczyźni kryli się w szopie, modlili się w wielkim strachu (…). Wszystkim udzieliło się wielkie przerażenie. Ostatniego dnia przed wojną zmarł staruszek Z. Lewi. Tata, błogosławionej pamięci, powiedział, że był on cadykiem bo zmarł śmiercią naturalną i odszedł do grobu Izraela. „A my” - dodał - „nie wiemy gdzie spoczną nasze kości”. Ostatnimi listami, jakie dotarły [do Jędrzejowa] były te od Mosze Ledermana z Izraela do jego ojca Uszera.
Z jędrzejowskiego getta mój tata został wysłany do Buchenwaldu.
„Ciężko walczyłeś tato, wierząc mocno, że po śmierci będziesz tu razem ze swoimi bliskimi. Jak ciężko było ci być dzielnym gdy zmarł mój brat Chilek. Wiedziałeś dobrze, że dom jest już pusty, że nie został już nikt”. Bardzo szybki koniec zgotowali naziści wszystkim naszym bliskim w Treblince.
Dzień przed Rosz Haszana przeczytaliśmy obwieszczenie w języku niemieckim i polskim, że niemieckie sklepy będą zamknięte przez dwa dni. Znów ogłupiono nas i mydlono nam oczy. Tata razem z moimi braćmi poszli do synagogi, a ja, razem z Rejzl Epsztejn, Chajką i Rejzl Lederman, Balcią i Renią Turnew, zostałyśmy w domu. Rozmawiałyśmy o wszystkim co było i o tym, czego wkrótce już nie będzie. Na stole leżał machzor [modlitewnik zawierający modlitwy na czas świąt – przyp. MM], obok niego stał świecznik. Nagle rozległo się głośne pukanie do drzwi. Do środka weszli żołnierze w brunatnych mundurach. Zaczęli wrzeszczeć: „Co to za święto? Koniec ze świętami! Zrzucili ze stołu modlitewnik i świecznik, po czym wyszli.
Na drugi dzień po Rosz Haszana Niemcy ogłosili, że słyszeli strzały na jednym z podwórek. Zgromadzono wszystkich mężczyzn i postawiono ich w rzędzie, po czym zabrano co czwartego. To były pierwsze ofiary: Mordechaj Szeler, Mordechaj Kochan i Szlama Feldman. Każdy dzień przynosił nowe tragedie. Wszędzie dookoła widać było napisy „Psom i żydom wstęp surowo wzbroniony”. Naziści mieli w zwyczaju wyskakiwać niespodziewanie z samochodu na rynek z nahajkami i krzycząc „Jude! Jude!” bili nieludzko.
Niemcy wymusili na nas kontrybucje. Reb Mordechaj Josef Werdygier został wzięty jako zakładnik. Pieniądze mieliśmy dostarczyć prezesowi Judenratu. Życie stało się nic niewarte.
Przypominam sobie teraz nazwiska pierwszych ofiar: Motek Wolfowicz, Cwi Diksztajn, którego niemieckie psy rozszarpały na strzępy, Fela Hamer, Gela Koniecpolska, Szaul Zilbersztajn, Lejb Brandes, Mosze Markowiecki, Roza Wolfsztat i inni. Pierwszą ofiarą była w każdym miasteczku inteligencja. Jedną z ofiar był nasz ukochany nauczyciel, błogosławionej pamięci Mosze Zilbersztajn, który był jedną z pierwszych osób wysłanych do Dachau. Jeśli ktoś ostał się przy życiu to był to tylko przypadek. Wszyscy szukaliśmy sposobu żeby uciec, żeby się ratować. Było mi ciężko rozłączyć się z rodzicami ale wiedziałam, że muszę to zrobić - muszę uciekać, bo innego wyjścia nie ma, i że wkrótce może i to nie będzie możliwe. Spakowałam szybko to co mogłam i ruszyłam na stację kolejową…
Będąc już daleko od mojego Jędrzejowa, dotarły do nas straszne wieści o naszej rodzinie. Mój ojciec oraz brat przeszli przez wszystkie obozy, by umrzeć wreszcie pod koniec wojny. Kiedy front rosyjski zbliżał się, Niemcy pędzili wszystkich więźniów dalej i dalej, w ostatnim “marszu śmierci”, jak go nazywali.
Ludzie padali w drodze jak muchy, a pozostałych rozstrzelano.
Po wojnie przebywaliśmy jeszcze przez krótki czas w Polsce. Do Jędrzejowa nie przyjechaliśmy już nigdy ponieważ słyszeliśmy, że Majer Fridberg zapłacił swoim życiem kiedy powrócił po wojnie aby sprzedać swój dom.
W każdym mieście powstawały komitety (żydowskie). Po pogromie kieleckim opuściliśmy Polskę. Mój mąż, jako kierownik kibucu „Mizrachi” zabrał ze sobą dwadzieścia osób. Ruszyliśmy w drogę do Izraela. W Austrii było nam lepiej. Spotkaliśmy tam resztkę żydowskiej młodzieży ze wszystkich partii syjonistycznych.
Podczas pierwszego święta Jom Kippur po wojnie byliśmy w Austrii. Zebraliśmy się wszyscy w wielkiej stodole. Modliliśmy się, ale szczerze mówiąc, więcej było płaczu niż modlitwy. Wspomnienie o naszych utraconych rodzinach było tak przeszywające, że nie jest możliwe, aby wyrazić to słowami. Serca płakały i krwawiły.
Nie wiem gdzie jest wasz grób, moi ukochani, skąd wziąć siłę aby za was wszystkich zmówić kadysz?
Boże, skaż Niemców na wieczne potępienie.
*
Autor
tłumaczenia z języka jidysz: MICHAŁ MAZIARZ
Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
piątek, 4 listopada 2022
KSIĘGA PAMIĘCI - Benjamin Gutman / Holon
Moje przeżycia i wizyta w Jędrzejowie
Kiedy naziści zajęli Jędrzejów, pracowałem w wielkim składzie należącym do mojego dziadka, Dawida Riterbanda. Wkrótce okupanci zarekwirowali wszystkie towary, które się tam znajdowały - gotowe produkty lub materiały - i ogłosili, że są im one niezbędne do celów wojennych.
Mojego ojca, braci i mnie pozostawiono na miejscu i wydano nawet oficjalne dokumenty, w których zaliczono nas do „przydatnych Żydów”. Na tej podstawie mogliśmy poruszać się bez przeszkód po terenie całego Generalnego Gubernatorstwa aby móc kupować materiały niezbędne dla nazistowskiego przemysłu wojennego.
W ten sposób mogłem poruszać się po terenie całej Polski, jeździć koleją (co było wówczas Żydom surowo wzbronione). Ale pomimo posiadania przepustki, musiałem również nosić na ramieniu niebieską opaskę z gwiazdą Dawida…
W mieście naziści stopniowo wprowadzali kolejne dotyczące Żydów zarządzenia, na podstawie których Żydzi zostali w końcu umieszczeni w getcie pomiędzy ulicami Pińczowską i Łysakowską.
Podróżując pomiędzy polsko-żydowskimi miastami i miasteczkami, jak również po polskich wsiach, widziałem na własne oczy naszą wielką tragedię, cierpienie i ból naszych braci i sióstr, młodych i starych. Czułem, że wszyscy jesteśmy zgubieni, że prędzej czy później zabiją nas wszystkich i nie zostanie po nas żaden ślad.
Przeżyłem pierwsze wysiedlenie jędrzejowskiej ludności żydowskiej do Treblinki.
Mój umysł snuł rozmaite plany - w jaki sposób ratować się po tym jak wszystkich moich bliskich zabrano właśnie do Treblinki, gdzie tak tragicznie zakończyli swoje życie…
Próbowałem zakopać część naszego dobytku choć nie miałem najmniejszej nadziei, że dożyję momentu odkopania go…
Nocowałem u Aszera Ledermana. Pewnego ranka, gdy dopiero co wyszedł do pracy, wrócił po chwili mówiąc, że getto jest otoczone przez SS i niemiecką policję i że jesteśmy w przeddzień drugiego „wysiedlenia”, którego ostatecznym celem jest całkowite oczyszczenie Jędrzejowa z Żydów.
Szybko wydostałem się z getta do mojego miejsca pracy i przekazałem mojemu „komisarzowi” gorzkie wieści, jakie usłyszałem, po czym ukryłem się w psiej budzie… Widziałem stamtąd jak ostatni jędrzejowscy Żydzi prowadzeni są do pociągu. Przypadkiem przechodził tamtędy znajomy Polak, spostrzegł mnie i poradził bym udał się do Miąsowej i stamtąd jechał dalej.
Czekając w Miąsowej na pociąg do Skarżyska, przed moimi oczami przejechał pociąg towarowy wiozący jędrzejowskich Żydów w zamkniętych wagonach. Wśród deportowanych dojrzałem twarze Zacharie Brajtborta, Jeszajahu Majersona i kilku innych znanych mi Żydów.
W Skarżysku przekazałem naszym jędrzejowianom wiadomość, że miasto jest już „Judenrein”…
Bałem się tam pozostać i wyjechałem do Końskich. Stamtąd nawiązałem kontakt z moim niemieckim „komisarzem”, który rozkazał mi natychmiast wracać do Jędrzejowa zapewniając mnie, że wkrótce mnie tam „zalegalizuje”… Tak jak moich dwóch braci - Icka [Izaaka] i Berisza, którzy zostali już przez niego „zalegalizowani”. Nie miałem innego wyjścia - poszedłem za jego radą i wróciłem do Jędrzejowa. Na stacji kolejowej Niemcy przeszukali mnie starannie, a następnie aresztowali. Wysłali mnie do małego getta, gdzie znajdowało się wtedy trochę Żydów, wśród nich także moi bracia Icek i Berisz, zatrudnieni przy „likwidacji mienia” deportowanych Żydów…
Znów zacząłem planować w jaki sposób ratować siebie i moich braci. Jednakże straszny koniec nadszedł!
Garstkę Żydów pozostających w małym getcie również wysiedlono do obozu pracy w Skarżysku. Sytuacja tam była straszna. Z jednej strony głód i cierpienie, z drugiej - nieludzkie traktowanie ze strony „strażników”, a także ciężka epidemia tyfusu, która zebrała swoje żniwo. Żydzi żyli tutaj w tak niewyobrażalnych warunkach, że śmiertelnie chorzy bali się zgłaszać chorobę bo oznaczało to pewną śmierć. Ludzie, którzy nie pracują nie mają prawa żyć na tym świecie…
I tak obaj moi bracia chorowali wskutek ciężkiej pracy - aż zakończyło się ich młode życie!...
Po tym wielkim nieszczęściu, które mnie spotkało, rozmówiłem się z Ruwenem Rubinkiem, że musimy obaj uciec z obozu z powrotem do Jędrzejowa.
Nasz plan się powiódł - bez przeszkód wróciliśmy ze skarżyskiego obozu do Jędrzejowa. Mimo to byliśmy w wielkim niebezpieczeństwie. Niemcy obwieścili, że za każdego znalezionego Żyda dają flaszkę spirytusu i kilogram cukru.
Między naszymi polskimi sąsiadami-wrogami [gra słów - w języku jidysz słowa te brzmią podobnie - przyp. MM] nie brakowało amatorów gotowych wypełnić taką „patriotyczną” i „szlachetną” misję.
Dowiedziawszy się, że w piwnicy domu Mosze Mandla ukrywa się kilkoro Żydów, skierowaliśmy się tam i również znaleźliśmy [dla siebie] kryjówkę, która mierzyła zaledwie 1,2 m szerokości, 2 m długości i 1,2 m wysokości. Wśród 7 osób, które przechowały się tam przez 2 lata, byli jędrzejowianie: Izrael Rubinek, Herszel Mauer, Majer Kluska i jego brat Jechezkiel.
Bywały czasy, gdy za żadne pieniądze nie byliśmy w stanie zdobyć jedzenia czy picia. Sam „czynsz” wynosił 1000 złotych miesięcznie, za jedzenie płaciliśmy osobno.
Niech będzie błogosławiony fakt, że żył w Jędrzejowie Polak nazwiskiem Jaskulski, który wiedział o tym, że tam się ukrywamy się i zorganizował nam nawet światło elektryczne. Pojawiła się też w bunkrze Żydówka z Wiślicy, której pozwoliliśmy zostać z nami. Uzyskaliśmy przez nią kontakt z doktorem Przypkowskim, który przekazał nam leki oraz pieniądze, a także z właścicielem ziemskim / dziedzicem Różyckim [Menachem Horowicz / relacja dla Yad Vashem: „Był on dyrektorem Związku Ziemian „Opatkowice” - przyp. MM] - również przyjacielem Żydów, który bardzo nam dopomógł.
Kilka tygodni przed naszym wyzwoleniem Niemcy coś wywęszyli - zaczęli szukać i przetrząsać okolice naszego bunkra chcąc wyłapać ukrywających się Żydów… Musieliśmy być jeszcze bardziej ostrożni, często bywaliśmy także głodni… Izrael Rubinek, błogosławionej pamięci, nie wytrzymał tego - ciężko zachorował i zmarł w bunkrze. Nasza wspólna kryjówka stała się jego grobem.
Będąc w bunkrze dowiedzieliśmy się o wszystkich nieszczęściach, które dotknęły naszych jędrzejowskich Żydów, jak również o barbarzyńskim zbezczeszczeniu Świętej Tory, której zwoje zawieszono między dwoma wagonami podczas wysiedlenia i rozdarto, [a Żydów] zmuszano do deptania jej i tańczenia na niej.
Dożyliśmy odkupienia! Wrogowie uciekli, a my wygraliśmy nasze wyzwolenie. Nie mogliśmy już jednak pozostać dłużej w Jędrzejowie. Ziemia paliła się nam pod stopami.
Po tym jak błogosławionej pamięci Majer Fridberg i dziewczyna z Wodzisławia zostali zastrzeleni przez jędrzejowskiego żydożercę, wyjechaliśmy przez Niemcy do Izraela, gdzie odnalazłem mojego ocalonego brata Mordechaja, niech żyje!
*
Autor
tłumaczenia z języka jidysz: MICHAŁ MAZIARZ
Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego




