Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kamrat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kamrat. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 października 2026

KSIĘGA PAMIĘCI - Kalman Chęciński / Holon cz. 2

 ב

Pierwsza wojna światowa zbliżała się do końca dzięki rewolucjom, które wybuchły w carskiej Rosji, Niemczech i Austrii. Polska odzyskała niepodległość po wielu latach niewoli i stała się niezależną republiką. Jędrzejowski kahał [gmina żydowska] razem z całym polskim żydostwem widziały w odnowieniu polskiej państwowości również własną emancypację. Mieliśmy nadzieję na narodową autonomię - dla Żydów był to powód do radości tak samo jak dla społeczności polskiej. Mieliśmy nadzieję na lepsze jutro i wierzyliśmy, że marszałek Józef Piłsudski, wraz z polską niepodległością, przyniesie wolność także Żydom.
Wybrany został pierwszy niepodległy Sejm (polski parlament), w skład którego weszli także żydowscy deputowani - przede wszystkim Icchak Grynbaum [inna pisownia nazwiska: Grünbaum] i Apolinary Maksymilian Hartglas. Stworzyli oni koło skupiające wszystkich żydowskich deputowanych z Sejmu i Senatu.
Już w pierwszych miesiącach niepodległości Polska zmobilizowała do armii kilka roczników [rekrutów] - wybuchła krótka acz krwawa wojna z na wpół upadłą armią bolszewicką. Zaczęło się od żądań terytorialnych, po których Armia Czerwona doszła aż nad brzeg Wisły. Dzięki francuskiej pomocy militarnej została jednak odparta pod Warszawą. Po tym nastał pokój. W szeregach nowej polskiej armii w wojnie wzięło udział wielu Żydów.
W tamtym czasie rozgorzała wielka [anty-] żydowska heca - żydowskie życie [znów] stało się bezwartościowe. Miały miejsce pogromy w Kielcach [prawdopodobnie chodzi o tzw. pierwszy pogrom kielecki 11-12 listopada 1918 - wystąpienia antyżydowskie, w których zginęło 4 Żydów, a 250 zostało rannych - przyp. MM] i okolicznych miejscowościach. W Jędrzejowie doszły nas wieści, że na czwartkowym targu, gdy kupcy będą ze swoimi towarami na ulicach, chłopi, podburzani ciągle przez „endeków” (reakcyjną i antysemicką partię polską), przyjdą rabować żydowski dobytek. Mówiło się też, że chłopi przyjdą uzbrojeni w noże i siekiery by dokonać masakry na Żydach. Również w miasteczku Wodzisław niedaleko Jędrzejowa spodziewano się pogromu. Atmosfera w naszej okolicy była napięta ponieważ wiedzieliśmy, że polska policja nie przeciwstawi się pogromszczykom nawet gdyby chciała, i nie zapanuje nad sytuacją jeśli dojdzie do krwawego ataku.
Jędrzejowska gmina żydowska, na czele z inżynierem Mosze Tenenbaumem, Jakubem (Kawke) Ingberem, Mosze Zylbersztajnem zwołała zebranie w miejskim bejs midraszu gdzie postanowiono wystosować manifest do marszałka Józefa Piłsudskiego oraz żydowskich posłów na Sejm, między innymi Icchaka Grynbauma. [W manifeście] wzywano by wystąpili z interpelacją w Sejmie aby zapewnić bezpieczeństwo życiu i własności Żydów w obliczu nowych pogromów, [spodziewanych] jako następstwo tych, które już miały miejsce. Wybrana została delegacja w postaci dwóch osób, które pojadą do Warszawy by wręczyć polskiemu marszałkowi petycję gminy. Delegatami byli inżynier Mosze Tenenbaum i Jakub (Kawke) Ingber. Interwencja odniosła właściwy skutek. Z Warszawy wysłano zdecydowany rozkaz do policji i innych organów władzy w Jędrzejowie by te nie dopuściły do pogromu. W ten sposób miasto nasze uniknęło wielkiego nieszczęścia. (Dla zilustrowania tamtego okresu w Polsce drukujemy w Księdze Pamięci reprodukcje oryginału oraz bardzo interesującego memorandum wraz z hebrajskim tłumaczeniem). Pomimo obietnic, że władze zatrzymają prześladowania Żydów, pobicia w pociągach czy napady na ulicach zdarzały się nadal w mniejszych i większych miejscowościach. I to mimo to, że w tym czasie wojna z bolszewikami trwała w pełni, miały miejsce krwawe potyczki, w których wielu żydowskich chłopców przelewało swoją krew za Polskę. Przybył też wtedy generał Haller ze swoją armią składającą się z antysemitów, endeków i innych podejrzanych typów, i zaczęli napadać na Żydów, a w szczególności golić im brody w pociągach i na ulicach. Zdarzały się także krwawe przypadki wyrzucania żydowskich pasażerów przez okna pędzących pociągów.
W tamtym czasie zdarzyła się w nowej Polsce jeszcze jedna straszna rzecz. Władze wojskowe rozkazały usunąć żydowskich oficerów i żołnierzy z różnych formacji i internować ich jako „nielojalnych obywateli” w owianym złą sławą obozie internowania w Jabłonnej. Niełatwo jest opisać udręki, zniewagi, ból i cierpienie, których żydowscy żołnierze doświadczyli w polskiej armii, a to wszystko - jak już mówiłem - [w czasie] gdy przelewali swoją krew na frontach wojny przeciwko bolszewikom.
Tuż przed mobilizacją do polskiej armii byłem, razem z moimi przyjaciółmi, w ferworze pracy społecznej, jak również na rzecz partii Poalej Syjon w Jędrzejowie. Moi przyjaciele Izrael Gurtman, Herszel Trajster, Mendel Dancygier, Rywka Zaromb, Chana Kamrat i wielu innych, wspierali mnie w codziennej pracy. Działalności [tej] przewodził znany działacz jędrzejowski, błogosławionej pamięci Jehuda Dan. Pewnego ranka musieliśmy jednak przerwać naszą rozległą działalność i wrócić do wojska by walczyć za sprawę, która nie była naszą. W przygnębiającym nastroju i z ciężkim sercem, zostaliśmy zmobilizowani. Każdego z nas skierowano w inne miejsce, a po krótkim szkoleniu zostaliśmy wysłani na front.
Traf chciał, że jako drukarza z zawodu, przydzielono mnie do sztabowej drukarni. Najpierw przeszkolono mnie jak obchodzić się z karabinem maszynowym po czym zostałem skierowany do pomocy przy drukowaniu poufnych rozkazów. Moja praca przebiegała normalnie - mój szef nie mógł na mnie narzekać, nie miał też wobec mnie żadnych uwag. W krótkim czasie stałem się jednym z ekspertów w tej pracy.
W tamtym czasie polska armia dotarła na przedpola Kijowa. Nie trwało to jednak długo - bolszewicy rozpoczęli kontrofensywę, którą dowodził przede wszystkim generał Budionny. Polska otrzymała mocny cios. Armia była zmuszona do stopniowego wycofywania się i nie była w stanie zatrzymać potęgi postępującej Armii Czerwonej, która dotarła aż pod Warszawę. Była obawa, że Warszawa również padnie. Polska skoncentrowała wszystkie swoje siły w okolicach stolicy. Z Paryża przybył pilnie generał Foch, „anioł zbawiciel”, który miał dowodzić polską obroną i kontrofensywą.
W tych decydujących dniach, gdy powoływano każdego, kto był w stanie nosić broń, mnie również zmobilizowano i wysłano na front. Jednakże w ostatniej chwili, gdy mieliśmy już odjeżdżać, nasz generał zdołał przekonać wyższe instancje by najbardziej niezbędni fachowcy zostali by dalej pracować w drukarni. W ten oto sposób zostałem ocalony od wielkiego niebezpieczeństwa, które czyhało na polu bitwy.
A nad Wisłą zdarzył się cud! Polska armia odepchnęła bolszewików i dotarła daleko wgłąb Białorusi. W roku 1921 rozpoczęły się rozmowy pokojowe pomiędzy rządem polskim a przedstawicielami bolszewików. W efekcie 12 października 1920 roku podpisano w Rydze porozumienie o zawieszeniu broni, a następnie, 18 marca 1921 w tym samym miejscu podpisano traktat pokojowy.
Sztab, w którym pracowałem skierowano w inne miejsce. Ponownie zaczął się okres spokoju i na powrót mogłem się oddać mojej normalnej pracy.
W lutym 1922 roku spadło na mnie nagle wielkie nieszczęście. Zostałem aresztowany przez polską żandarmerię wojskową za przestępstwo, którego nie popełniłem. Zarzucono mi szpiegostwo na rzecz reżimu bolszewickiego. Zostałem wysłany do Warszawy gdzie dochodzenie prowadził najwyższy polityczny sędzia śledczy. Powiedziano mi, że był to Żyd przechrzta. Zarzucono mi również współpracę z Partia Komunistyczna oraz szerzenie propagandy wśród wojskowych. Było to fałszywe oskarżenie. Nigdy w życiu nie miałem do czynienia z komunizmem, a tym bardziej szpiegostwem. Śledztwo prowadzono z pełną surowością. Osadzono mnie na Pawiaku, owianym złą sławą warszawskim więzieniu, w którym przesiedziałem ponad rok. Przez cały czas trwania śledztwa siedziałem w pojedynczej celi, rozmyślając dużo nad swoim losem. Nie jeden raz byłem zrozpaczony i przestawałem wierzyć w sprawiedliwość. Traciłem nawet nadzieję na uwolnienie ale zwykle po trudniejszych chwilach stawałem się silniejszy. Wielkie było moje pragnienie by dowieść swojej niewinności. To dawało mi siłę by znieść moją rozpaczliwą sytuację.
Mój brat Dawid przygotowywał się w tym czasie do aliji [powrót do kraju przodków - przyp. MM] do Ziemi Izraela. Chciał się ze mną pożegnać jednakże odmawiano mu pozwolenia na widzenie. Był tym bardzo przygnębiony i ze łzami w oczach i modlitwą w sercu prosił by dostąpił radości zobaczenia mnie w Ziemi Izraela. Ja w tym czasie cierpiałem za murami więzienia, śniąc o wolności, sprawiedliwości, uczciwości i o tym, by dostąpić łaski zobaczenia ponownie moich rodziców.
Mój brat Dawid, który opuścił diasporę, zwracał się mnie zza więziennych murów: „Bądź zdrów, bracie mój, nie trać wiary w sprawiedliwość - ona zwycięży, a ty będziesz wolny, skończy się twoje cierpienie”.
W międzyczasie zakończyło się śledztwo i mój ojciec przyjechał by zobaczyć się ze mną w więzieniu. Przez długie minuty nie byłem w stanie otworzyć ust. Było mi ciężko go pocieszyć, a za jego pośrednictwem - także moją matkę, moich braci i siostry. Ale nadeszła chwila gdy zacząłem mówić do ojca prosto z serca. Powiedziałem mu żeby się nie martwił i prosiłem, żeby powiedział wszystkim, że jestem niewinny, a cierpię tylko dlatego, że jestem Żydem. Powiedziałem też ojcu, że sprawiedliwość zwycięży i że dostąpię jeszcze radości bycia na powrót z rodziną, tak jak dawniej. Po rozmowie trwającej ledwie 20 minut ojciec opuścił mnie. Był załamany ale pocieszał mnie i mówił, żebym nie rozpaczał, abym dbał o siebie i był silnym. Później odwiedzili mnie jeszcze przyjaciele i krewni.
Podczas widzenia z moim ojcem dowiedziałem się, że mój przyjaciel Gurtman prawdopodobnie stracił życie na froncie, natomiast mój młodszy brat Abraham zaginął. Niedługo później odnalazł się w szpitalu, do którego trafił z frontu. O tym, że Gurtman jednak żyje dowiedzieliśmy się gdy powrócił do Jędrzejowa w 1923 roku z bolszewickiej niewoli.
Po tym jak śledztwo zostało zakończone, zdałem sobie sprawę ze swojej sytuacji. Znajdowałem się w gronie 15 oskarżonych, wśród których była jedna kobieta, a także jeden Polak - endek, który zdradził swoją ojczyznę za pieniądze…
Zażądałem konfrontacji z człowiekiem, który cały czas usiłował udowodnić moją winę. Stojąc z nim twarzą w twarz, przyparłem go do muru pokazując, poprzez materiały, którymi chciał mnie obciążyć, że jestem Bogu ducha winny i że nigdy nie miałem do czynienia z działalnością szpiegowską, o którą mnie oskarżał. Notatki sporządzone na dokumentach będących w rękach prowadzącego śledztwo posłużyły jako dowód, dzięki któremu prawdziwy winny został zdemaskowany i niezwłocznie aresztowany. Okazało się, że jest nim 17-letni Polak, komunista, który został specjalnie wysłany do pracy w archiwum by służyć swojej partii. Dopiero wtedy polska władza przekonała się o mojej niewinności. Przesiedziałem jednakże w więzieniu 23 miesiące. Sam proces trwał trzy dni. Byłem jedynym z oskarżonych, który został uwolniony. Muszę wspomnieć, że w akcie oskarżenia, który skierował przeciwko mnie sędzia śledczy, podkreślał on ciągle, że grozi mi kara śmierci. Można więc sobie wyobrazić moją radość, gdy moja niewinność została dowiedziona. Zaskoczenie było tak wielkie, że straciłem przytomność. Mój adwokat, znany publicysta syjonistyczny i poseł na Sejm, doktor Apolinary Hartglas, ocucił mnie i powiedział: „Człowieku, weź się w garść! Jesteś wolny!”. Doktor Hartglas bronił mnie jako wyjątkowego przypadku, który służył obronie całej żydowskiej społeczności.
Po uwolnieniu wypuszczono mnie wprost na warszawskie ulice. Byłem tak zdezorientowany, że nie wiedziałem dokąd pójść. Napotkałem przyjaciela Izraela Riterbanda, niech spoczywa w pokoju, który przyjechał do mnie gdy tylko dotarły do niego wieści o moim uwolnieniu. Udaliśmy się razem na pocztę skąd nadaliśmy telegram, że tego samego wieczoru wracam do domu.
Przybyłem do Jędrzejowa o piątej nad ranem. Moje spotkanie z rodzicami i resztą rodziny przerodziło się w święto pełne łez - coś pięknego! Mieli przed sobą tego, który wyratował się od śmierci!
Wróciłem do domu 24 stycznia 1924 roku. Spotkałem tam wielu moich towarzyszy i przyjaciół. Niektórych nie było już w Jędrzejowie. Bezgranicznie radosne było zwłaszcza moje spotkanie z tymi, którzy powrócili z rosyjskiej niewoli. Wiele wieczorów spędziłem z moim dobrym przyjacielem Izraelem Gurtmanem, opowiadając sobie wzajemnie o wszystkim co się wydarzyło podczas naszej rozłąki.
Życie powoli wracało do porządku. Zaangażowałem się znów w działalność społeczną w Jędrzejowie razem z przyjaciółmi, którzy tam jeszcze pozostali. Tak zakończył się pewien rozdział historii mojego życia (…).

*

Księgi Pamięci Żydów jędrzejowskich - tłumaczenie z języka jidysz
[Sefer-HaZikaron LeYehudi Yendzhyev pod redakcją Shimshona Dov Yerushalmi, Tel Aviv, 1965]

Autor tłumaczenia: MICHAŁ MAZIARZ 

Zrealizowano w ramach stypendium z Funduszu Popierania Twórczości ZAiKS.



piątek, 14 października 2022

KSIĘGA PAMIĘCI - Rywka Zaromb-Hutnik / Buenos Aires

Moje drogie miasteczko Jędrzejów

Ponad 40 lat dzieli mnie od tamtego czasu, od tamtych ludzi i wydarzeń, a pomimo to wszystko jest jasne i wyraźne - każdy najdrobniejszy szczegół. Z perspektywy minionego czasu widzę bogate i pełne wigoru życie, które rozgrywało się w pięknych barwach - pomimo biedy i innych trudnych czynników, które stawiały w ciężkiej sytuacji życie żydowskie w Polsce.
To prawda, że życie miało swoją powszedniość - zarabianie na chleb i inne potrzeby. (…)
Ale prawdą jest też, że skrzyło się tam życie kulturalne, którym w stosunku do niewielkiej społeczności żydowskiej, moglibyśmy obdzielić kilka większych miast.
Być może stąd bierze się fakt, że moje wspomnienia nie kręcą się wokół codziennego życia, pracy i utrzymania rodziny, ale raczej towarzystwa kulturalnego „Muza”. Koncentrowała się wokół niego niezwykła aktywność, przede wszystkim młodzieżowa.
Przypadło mi w udziale być świadkiem pierwszych kroków towarzystwa kulturalnego i mam coś do opowiedzenia na temat historii, która stworzyła grunt i zrodziła potrzebę stworzenia „Muzy”. Wpłynęła ona mocno na życie jędrzejowskiej młodzieży i przyczyniła się do jej społecznego i kulturalnego ukształtowania.
Grupa młodzieży, pod kierownictwem Mendla Dancikera, pracowała nad wystawieniem sztuki „Sara Szejndel”. (Żadną miarą nie mogę sobie przypomnieć nazwiska autora). Rolę tytułową, Sarę Szejndel, miał zagrać Motl Rajzman ale jego rodzice absolutnie nie wyrazili na to zgody. Do przedstawienia pozostały tylko trzy dni i nie było komu go zastąpić. Reżyser sztuki wpadł wtedy na pomysł, abym to ja spróbowała swoich sił w tej roli. Moja rodzina wyraziła pewien sprzeciw [na myśl], że miałabym zostać „aktorką”. Szybko wywalczyłam sobie jednak niezależność zdobywając, razem ze swoją przyjaciółką Hańcią Kamrat, zawód szwaczki. Opuściłam dzięki temu dostatni dom mojego ojca, aby „proletaryzować się” - to było dążenie ówczesnej młodzieży.
Poddasze, na którym razem mieszkaliśmy i pracowaliśmy było wówczas miejscem spotkań młodzieży, w którym wspólnie dyskutowaliśmy, śpiewaliśmy ludowe pieśni, przede wszystkim wzywające do walki.
Taki oto los, który był moim udziałem, pozwolił mi podjąć moje pierwsze próby w żydowskim teatrze pod okiem Mendla Dancikera.

Zarząd Biblioteki im. I. L. Pereca przy Towarzystwie „Muza” w Jędrzejowie. Na zdjęciu od prawej siedzą: Abraham Chenciński, Kalman Chenciński, Izrael Gurtman, Szlama Dawid Belfer, Herszel Renkoszyński, Rywka Zaromb. Stoją Chawa Tenenbojm, Berl Fridman i Chaim Lederman. [Na ścianie portret Icchoka Lejba Pereca - klasyka literatury jidysz - przyp. MM]
 
 

Do dziś nie mieści mi się w głowie, że w tak krótkim czasie, jaki pozostał na próby (ledwo trzy dni) i przy moim niewielkim doświadczeniu w tej dziedzinie (bo nie byliśmy rozpieszczeni jeśli chodzi o teatr), udało mi się nauczyć mojej roli. Pokazałam się i triumfowałam. Moja rola jako Sara Szejndl była wielkim osiągnięciem, a przedstawienie - wspaniałym sukcesem.
Pierwszy triumf rozbudził nasz apetyt więc pracowaliśmy dalej, wystawiając później poważne przedstawienia. Między innymi „Opowieść o siedmiu powieszonych” [Leonida] Andrejewa. Ale znaczenie naszego pierwszego przedstawienia [Sara Szejndl] polegało na tym, że dało ono impuls dla stworzenia „Muzy”, która była pierwszym etapem naszej drogi na szczyt.
Ówczesna grupa aktorów-amatorów nie stawiała sobie początkowo żadnych większych celów. Nie miała także jasno zdefiniowanego charakteru. Byli tam ludzie o rozmaitym pochodzeniu społecznym i politycznym. Powstanie „Muzy”, która wzięła sobie za wzór będzińską „Muzę”, od której zapożyczyła także statut, postawiło przed nami konkretne zadania: upowszechnianie kultury wśród mas żydowskich i w naszym miasteczku.
Założyliśmy bibliotekę imienia I.L. [Icchoka Lejbusza] Pereca, w zbiorach której znajdowały się najlepsze i najnowsze dzieła literatury żydowskiej. Wkrótce pojawił się też dział literatury polskiej. Otworzyliśmy także czytelnię, w której dostępne były wszystkie gazety i czasopisma żydowskie, niezależnie od (ich) politycznego charakteru. Działał także klub szachowy.
Nasza działalność rozszerzyła się i grupa, która była początkowo tylko kółkiem teatralnym, podjęła wiele innych zagadnień żydowskiej kultury.
„Muza” rozwinęła się, a jej sława wykraczała poza granice miasta.
To miejsce, początkowo tylko miejsce spotkań młodzieży, stało się adresem dla wielu żydowskich pisarzy i działaczy kulturalnych, którzy przyjeżdżali do nas z Warszawy.
Nie zapomnę nigdy atmosfery święta, którą przywiózł ze sobą młody wówczas Perec Markisz, przybyły do Jędrzejowa. Byli u nas także Efroim Kaganowski, Mejlech Rawicz, Leo Finkelsztajn, Joel Mastbojm, dr Jechiel Halpern i inni.
Wszyscy byliśmy młodzi i dziś wydaje się, że samo życie było młodsze od nas. Atmosfera święta nie trwała jedynie podczas ich występów i wykładów ale na długo przed nimi, (…), a także na długie dni i tygodnie po nich.
W trakcie naszej działalności ujawniły się także lokalne siły, dzięki którym odbywały się ciekawe wieczory dyskusyjne i odczyty literackie na temat pisarzy i ich dzieł. Pośród młodzieży wyróżniali się: Izrael [Isroelik] Gurtman, Abraham Solowicz, Mosze Kasjer i inni, którzy później, w trakcie swoich życiowych wędrówek, kontynuowali swoją działalność i miłość do żydowskiego słowa wszędzie tam, gdzie los ich zaprowadził.
Nasze kółko dramatyczne, gałąź działalności kulturalnej „Muzy”, zabłysnęło jak prawdziwy klejnot i wspinało się wciąż wyżej i wyżej. Nasze przedstawienia, wzbudzające radość i atmosferę święta, zapewniały „Muzie” zaplecze finansowe, które w późniejszym czasie pozwoliło na przenosiny do bardziej przestronnego lokalu.
Sytuacja polityczna w Polsce nie pozostawała obojętną dla młodzieży, która skupiała się wokół „Muzy”. Do twierdzy żydowskiej kultury, którą była „Muza”, również wkradały się różne polityczne prądy. Młodzież żydowska nie mogła pozostać obojętna wobec nastrojów, które ogarnęły młodzież całego świata przed wojną, w obliczu kolosalnych zmian, które zachodziły wokół.
Ktoś znajdował swój ideał w Związku Radzieckim, który graniczył z Polską, ktoś inny szukał rozwiązania problemu żydowskiego w budowie własnego państwa. Ze wszystkich ideowych ugrupowań, które znalazły miejsce dla swojej działalności w ramach „Muzy”, wykrystalizowały się dwa główne stronnictwa: komunistyczne i syjonistyczno-socjalistyczne.
Między tymi dwoma głównymi ugrupowaniami toczyła się walka o narzucenie ich ideowego porządku. Gorące i zawzięte dyskusje toczyły się między zwolennikami obu grup choć do żadnych krwawych starć nigdy nie doszło.
Były to czasy tolerancji, uprzejmości i przede wszystkim, wszystkich łączył jeden cel: upowszechniać żydowskie słowo i cenić wysoko żydowską kulturę!

Grupa przyjaciół i przyjaciółek z żydowskiej biblioteki w Jędrzejowie. W środku - Jakow Finkelsztajn i Hirsz Szejkowicz.


Nadeszły jednak ciężkie lata dla życia żydowskiego. Pierwsza wojna światowa zostawiła za sobą zgliszcza, a lata powojenne wyczerpały ekonomicznie Żydów w miasteczku. Antysemicka polityka sanacji ciężko dotknęła wszystkich dziedzin żydowskiego życia. Ale nawet w tych ciężkich czasach przebłyskiwały takie momenty jak nasze teatralne przedstawienia czy spotkania z ludźmi teatru, którzy przyjeżdżali do nas z Warszawy. Pamiętam jak grali u nas gościnnie Jonas Turkow i Diana Blumenfeld - dało nam to tak dużo radości i duchowej przyjemności!
Te piękne czasy skończyły się dla mnie w maju 1928 roku kiedy zostałam aresztowana za przygotowywanie komunistycznej odezwy na 1. maja. Zostałam skazana na półtorej roku więzienia. Po odsiedzeniu niecałego roku wyszłam za kaucją i, nie chcąc wracać do więzienia, w czerwcu 1929 roku nielegalnie opuściłam Polskę na zawsze.
Dalsza moja droga prowadziła przez Niemcy, gdzie mieszkałam do momentu dojścia Hitlera do władzy, aż do Argentyny.
Kilkadziesiąt lat minęło od pięknych dni mojej młodości. Morze krwi i łez zalało przez ten czas miasta i kraje. Dawny Jędrzejów podzielił los setek i tysięcy innych żydowskich miast i miasteczek w Polsce i wschodniej Europie. Z tych wszystkich, którzy wzbogacali, upiększali życie naszego miasteczka, uratowało się niewielu; są dziś rozsiani po całym świecie.
Lata międzywojenne na zawsze pozostaną w mojej pamięci - tak samo jak pozostaną w pamięci wszystkich, którzy ich doświadczyli. 
 

 

*
Tłumaczenia wybranych tekstów z Księgi Pamięci Żydów jędrzejowskich
[Sefer-HaZikaron LeYehudi Yendzhyev pod redakcją Shimshona Dov Yerushalmi, Tel Aviv, 1965]

Autor tłumaczenia z języka jidysz: MICHAŁ MAZIARZ 

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego


 



niedziela, 7 lipca 2019

Menachem Horowicz - relacja, cz. 1

Urodziłem się w Wodzisławiu, dnia 15 marca, roku 1893. Tam też ukończyłem szkołę powszechną, której językiem wykładowych był język rosyjski. Niezależnie od tej szkoły i także po jej ukończeniu, uczęszczałem do chederu. Pozatem pobierałem także naukę w domu.


Ożeniłem się w roku 1914. Żona moja Sara z domu Manela, pochodziła z Kielc. Z małżeństwa tego miałem troje dzieci, dwie córki i jednego syna. Od chwili mojego ślubu byłem właścicielem dużego składu węgla, cementu i koksu w Jędrzejowie. Bywałem w stosunkach handlowych z firmą „Bracia Liber” w Podgórzu i z firmą „Blat” w Krakowie. Później wybuchłą wojna. 


Wyzwolony zostałem w mieście Theresienstadt, w maju roku 1945 przez armię sowiecką. Przebywałem na terenie Niemiec w mieście Landsberg, do roku 1947. W tym to czasie otrzymałem w Monachium jeden z owych 150 „certyfikatów”, organizowanych tu miesięcznie przez Jechiela Hofmana i Kurta Goldmana.
Do Kraju przybyłem w roku 1947. Z całej mojej rodziny pozostał tylko mój syn Mosze. W roku 1948 ożeniłem się po raz drugi. Moja obecna żona Pela z domu Wehlreich urodzona jest i wychowana w Niemczech.

Zamieszkałem w Tel-Awiwie. Otrzymałem pracę jako urzędnik w Ministerstwie Spraw wojskowych. Na stanowisku tym przepracowałem lat 10. Rok temu, to jest w roku 1958 zostałem spensjonowany, ponieważ przekroczyłem 65 rok życia.
 
Moja pierwsza żona Sara, z domu Manela, wysiedlona została z Jędrzejowa, dnia 16 września 1942 roku. Dnia tego wysiedlone zostały także dwie moje córki oraz troje wnucząt. Transport ten stracony został w Treblince.


Ojciec mój - Mosze Horowicz - umarł jeszcze przed wybuchem wojny. Miałem wówczas lat piętnaście i rodzina nasza przeniosła się wtedy z Wodzisławia do Jędrzejowa.
Matka moja - Alta Horowicz, z domu Manela - zastrzelona została w Kielcach, dnia 21 września 1941 roku. Gdy wybuchła wojna we wrześniu roku 1939 przyszli do mnie siostra moja i brat mój, ażeby razem powziąć decyzję, co przedsięwziąć, by możliwie jak najpewniej i jak najbezpieczniej umieścić matkę. W Kielcach istniał jeszcze z dawnych przedwojennych czasów duży dom starców, zwany Domem Zagajskich. Postanowiliśmy umieścić tam matkę moją i zapłacić każdą żądaną przez nich sumę. W domu tym przebywała także w tym czasie nasza krewna, siostra rabina kieleckiego. Po upływie kilku dni od naszej rozmowy matka moja wyjechała do Kielc, do Domu Zagajskich.


Pewnego dnia, a było to 22 września roku 1941 wezwano mnie do telefonu, który mieścił się w budynku Gminy Żydowskiej. Okazało się, że rabin kielecki - Abele Rappaport - mój wujek, wzywał mnie telefonicznie do Kielc. Mój wujek powiedział mi wówczas przez telefon, że dnia poprzedniego Niemcy zastrzelili wszystkich starszych ludzi, którzy przebywali w Domu Zagajskich. Nie było tego dnia w Kielcach żadnej akcji. Niemcom po prostu potrzebny był dom, w którym zamieszkiwali staruszkowie. W domu tym pomieszkiwało też kilku młodych ludzi. Tych Niemcy wysłali do pracy a resztę, wszystkich starszych, zastrzelili. Moja matka liczyła wówczas 84 lata.
 

Z rodzeństwa miałem dwóch braci i jedną siostrę. Mój najstarszy brat Berek zastrzelony został w obozie w Skarżysku-Kamiennej. Był to rok 1943. Cudem ocalony z wysiedlenia w Wodzisławiu przybył on w roku 1942 do Jędrzejowa, do małego getta. Stąd wysiedlony on został do Skarżyska, dostał się do „Werk C”, skąd więcej nie wrócił. Drugi z kolei mój brat umarł jeszcze przed wojną. Moja siostra Sara mieszkała jeszcze z czasów przedwojennych w Kielcach. Wysiedlona ona została stamtąd transportem, który odszedł do Treblinki w 1942 r.
 
Wojna zastała mnie w Jędrzejowie. Dnia 5 września, na skutek coraz częściej powtarzających się nalotów niemieckich na miasto, ludność Jędrzejowa zaczęła uciekać na wschód. Byli też nieliczni, którzy pozostali na miejscu. Ja również zostałem w domu wraz z żoną moją oraz niezamężną córką, z zawodu nauczycielką. Tego dnia, przed wieczorem, rozpoczął się wielki nalot i bombardowanie miasta. Mieszkałem niedaleko dworca kolejowego. Tuż obok stał dom, który był własnością Żyda, z zawodu piekarza, Słabowskiego Mosze. W dom ten wpadła przed wieczorem bomba, burząc go doszczętnie i zabijając przytem 43 osoby, zamieszkałe w tym domu. Wśród ofiar nie było ani jednego Żyda. W momencie bombardowania znajdowaliśmy się tuz obok wspomnianego domu i tuż obok stacji kolejowej. Moja córka wróciła właśnie ze stacji, gdzie odprowadziła swojego narzeczonego, który zmobilizowany, ostatnim pociągiem stawić się miał do swojego oddziału przy armii polskiej. Pociąg ten nie zajechał daleko. Po skończonym nalocie wyszliśmy na ulicę. Cała ludność oraz policja polska, brały udział w usuwaniu ruin i ewentualnym ratunku pozostałych przy życiu ofiar.
Naloty odbywały się w dalszym ciągu. Bałem się pozostać z moją żoną i córką w mieszkaniu położonym tuż obok stacji kolejowej. A wobec tego, że druga moja córka, zamężna Preisowa, mieszkała z rodziną swoją na mieście, postanowiliśmy się udać do niej. Syna mojego nie było przez cały ten czas w domu i pewny byłem, że poszedł on do miasta, do mojej córki.
Poszliśmy więc we trójkę do miasta. Po drodze napotykaliśmy furmanki i samochody załadowane rzeczami i całe tłumy ludzi. Wszystko szło na wschód i uciekało przez Niemcami. Trudno było przejść jakąś ulicą. Doszliśmy wreszcie do Rynku i weszliśmy do mieszkania mojej córki. Zastaliśmy mieszkanie zamknięte. Podobnie zastaliśmy zamknięte mieszkania także innych znajomych, do których wstępowaliśmy po drodze. Druga córka moja, która była z nami, chciała także iść na wschód. Nie dałem jej jednak odejść. Płakała bardzo i pozostała z nami. Udaliśmy się powtórnie na podwórko domu, w którym mieszkała Preisowa. Siłą otworzyłem drzwi jej mieszkania i weszliśmy do środka. Dom, w którym mieszkała moja córka należał do lekarza powiatowego dr. Przypkowskiego. W domu tym mieszkali sami Żydzi. Pod wieczór tego samego dnia, weszedł do mieszkania dr Przypkowski ze swoją żoną i wyraził opinię, że istnieje obawa pozostania w domu tym przez noc. On natomiast ma znajomego, masarza który mieszka na Krakowskiej (inaczej Wodzisławskiej) i masarz ten posiada dużą piwnicę służącą mu do wyrobu mięsa, która posiada też dobre i mocne sklepienie i gotów jest przyjąć dra Przypkowskiego wraz z jego żoną i lokatorami. Ulica Krakowska była to główna szosa, która prowadziła z Jędrzejowa do Krakowa. Zostawiliśmy nasze mieszkanie, podobnie uczynili też inni lokatorzy tego domu i poszliśmy razem z drem Przypkowskim do wspomnianego masarza. Między przybyłymi tutaj był jakiś rabin staruszek oraz Natan Minc ze swoją rodziną. W piwnicy spędziliśmy całą noc. Było tam poza lokatorami naszego domu jeszcze wiele innych ludzi. O godzinie 9 rano przyleciał tu jakiś chłopiec, który oznajmił, że na Rynku stoją już tanki niemieckie.


Wkroczenie Niemców do Jędrzejowa i pierwsze represje
Ludzie zaczęli stopniowo opuszczać piwnice. Ja z żoną wyszliśmy również. W ręku trzymałem koszyk, który zabrałem ze sobą dnia poprzedniego, i w którym miałem chleb i owoce. Postanowiliśmy wrócić do mieszkania mojej córki. Nie chcieliśmy jednak napotkać po drodze Niemców, dlatego postanowiliśmy iść podwórkami a nie ulicą. Na jednym z podworców napotkaliśmy kilku żołnierzy niemieckich. Krzyknęli oni pod naszym adresem, żeby się zatrzymać. Stanąłem więc z żoną moją w miejscu. Żołnierze ci uzbrojeni byli w rewolwery i w karabiny maszynowe. Podbiegli do nas i spytali, co mam ukrytego w koszyku. Następnie zrewidowali kieszenie mojego płaszcza. W jednej kieszeni znaleźli nóż kuchenny. Jeden z żołnierzy wyjął nóż, uderzył mnie nim mocno w nos, a potem rzucił go na przeciwległy dach. Poczem żołnierze ci, nie wykazując dla nas większego zainteresowania wypuścili nas. Wróciliśmy do mieszkania córki mojej Preisowej. Podobnie wrócili także inni lokatorzy tego domu. Wrócił Natan Minc ze swoją rodziną. (Nie przeżył on wojny i nikt z jego rodziny nie żyje. Jedyny syn, który uciekał na wschód przeżył wojnę i mieszka obecnie w Hajfie.)
Wkrótce potem uzbrojeni Niemcy wtargnęli do naszego mieszkania i z krzykami „raus” zaczęli wszystkich wyganiać na ulicę. Tak samo postąpili z lokatorami innych mieszkań. Pchano nas wszystkich w kierunku Rynku. Tutaj zastaliśmy już wielu innych i zorientowaliśmy się, że Niemcy gromadzą cała ludność miasta, więc także Polaków. Następnie jeden z wyższych oficerów niemieckich zaczął przemawiać do nas. Powiedział on mianowicie, że my na placu tym przebywać będziemy tak długo, póki główną szosą prowadzącą do Kielc, nie przejdzie cała armia niemiecka. My odpowiadamy za całkowity spokój w mieście. Zebrano na Rynku wszystkich mieszkańców, zgromadzono dzieci i starców. Wyciągano ludzi z mieszkań w stanie, w jakim ich zastano, także nieubranych i nagich. Okrążeni byliśmy wojskiem. Ustawiono wkoło nas karabiny maszynowe. Dzień był wyjątkowo upalny. Nie pozwolono przynieść ani trochę wody. Pilnowali nas na zmianę różnie zamieniający się ze sobą żołnierze niemieccy.
Po kilku godzinach, a było to o godzinie 3 po południu, zajechało na rynek kilka wojskowych aut, z których wysiadło kilku oficerów niemieckich. Jeden z oficerów zwrócił się do tłumu i zapytał, kto tutaj z obecnych zna oba języki polski i niemiecki, a to w celu tłumaczenia jego słów. Z tłumu wyszedł Szmul Krzyński, syn pachciarza (dzierżawcy), który wyraził gotowość tłumaczenia języka niemieckiego na język polski. Krzyński posiadał mały sklepik na rogu ulicy Łysakowskiej, gdzie później mieściło się getto żydowskie. Oznajmił on, że Niemcy żądają, żeby życie w mieście wróciło na normalne tory. Kobiety, dzieci oraz piekarze mają wrócić do domów. Sklepikarze mają otworzyć sklepy. Ale gdyby cokolwiek zdarzyło się tutaj jakiemuś Niemcowi, całe miasto będzie za to odpowiedzialne. Odpowiadać będą w równej mierze Polacy i Żydzi.
 
Utworzenie pierwszego Judenratu
Szmul Krzyński został tłumaczem i odtąd pośredniczył on w najrozmaitszych poleceniach, wydawanych przez Niemców pod adresem Żydów. A kiedy utworzony został w Jędrzejowie pierwszy Judenrat, Szmul Krzyński stanął na jego czele, jako prezes. Krzyński miał dwie córki. Razem z władzą, którą otrzymał od Niemców uzyskał on też od nich cały szereg przywilejów. Jego córki korzystały ze specjalnych zezwoleń, na podstawie których korzystały między innymi ze swobodnej jazdy pociągami po całym kraju. Z małego sklepu na ulicy Łysakowskiej utworzył sobie Krzyński w krótkim czasie duży sklep pełny najrozmaitszych towarów. Kiedy w roku 1942 wysiedlono z Jędrzejowa większą cześć ludności żydowskiej i utworzono małe getto, specjalne komando, zajmujące się zwożeniem rzeczy z mieszkań opuszczonych przez wysiedloną ludność, przez cały tydzień zwoziło najrozmaitsze towary ze sklepu Krzyńskiego.
W skład członków I-ego Judenratu wchodzili poza Krzyńskim także Tajtelbaum, Zalcman i Kamrat. Wszyscy oni spisywali się bardzo źle, jeśli chodzi o ich stosunek do ludności żydowskiej. Pierwsi dwaj, to jest Tajtelbaum i Zalcman nie żyją, natomiast Kamrat przeżył wojnę. Pokazał się on zaraz po wojnie na terenie Niemiec, ale prześladowany przez Żydów uciekł i żyje gdzieś w ukryciu na terenie Szwecji.
Chciałbym tu opisać postępowanie Zalcmana:
W lutym 1940 roku utworzone zostało w Jędrzejowie getto. Burmistrz tego miasta, inż. Iwanowski załatwił także dla Żydów pewien przydział węgla na zimę. Spółdzielnia miała go dostarczyć do składów mieszczących się w getcie. Inż. Iwanowski znał mnie osobiście, pozatem posiadałem też odpowiedni skład tak, że wybrał mnie oraz Natana Friedmana (który nie przeżył wojny), ażeby w naszych składach magazynować węgiel i drzewo dla ludności getta.
Zalcman wychodził poza getto. On to załatwiał w spółdzielni nasze przydziały na opał. Z uzyskanych zaś we spółdzielni przydziałów sprzedawał 50 procent na własny rachunek i po wyższych cenach. Celem zaś realizowania tych sprzedanych zezwoleń wypisywał kartki do naszych składów, ażeby wydać natychmiast jedną tonę, a nieraz dwie tony węgla i to najlepszego gatunku. Jeśli zaś chodzi o ogół ludności żydowskiej otrzymywaliśmy polecenie wydawania węgla możliwie małymi ilościami, po parę kilogramów tylko i wydawać mieliśmy zamiast węgla tylko miał.
To samo, co dział o się z węglem, miało też miejsce z przydziałami na cukier. Połowa zostawała sprzedana po cenach wyższych i nie dochodziła do ogółu ludności żydowskiej.
Jeszcze jeden dowód stosunku członków Judenratu do ogółu ludności zamieszkałej w getcie. W mieszkaniach gnieździły się po trzy lub cztery rodziny w jednym pokoju. W tym samym czasie członkowie Judenratu, wraz z rodzinami, zajmowali największy dom, jaki wybudowany został w mieście. Dom ten zbudował bogaty przemysłowiec, Żyd Rozenberg. Rozenberg jeszcze przed wybuchem wojny przeniósł się ze swoją rodziną do Łodzi. W domu tym przed wojna mieściło się sądownictwo polskie i tutaj siedzibę swoją miała policja polska. Obecnie zamieszkiwali tu członkowie Judenratu, zajmując po cztery lub pięć pokoi każdy. Zaraz na początku wojny Rozenberg zginął w getcie łódzkim. Po jego śmierci Rozenbergowa wraz z dziećmi przyjechała do Jędrzejowa. Miała ona troje dzieci wtem wydaną córkę z małym dzieckiem oraz dwóch synów. Zwróciła się ona do mieszkających w jej domu członków Judenratu z prośbą o przydzielenie jej jakiegoś mieszkania. Otrzymała odpowiedź odmowną. Po wielkiej protekcji (między innymi i ja także starałem się o to) przydzielono Rozenbergowej pokój na poddaszu. Tam przeprowadziła się ona wraz z całą swoją rodziną.
Którejś nocy, a było to krótko przed utworzeniem getta, wpadli SS-mani do mieszkań członków Judenratu i zabrali wszystkich ze sobą. Jednego z nich, Zalcmana wywieźli do Kielc i stamtąd wysiedlili. Resztę wywieźli do Oświęcimia. Za wyjątkiem Kamrata nikt z nich nie przeżył. Kamrat wyszedł cało z obozu oświęcimskiego. Ludzie opowiadali później, że w swetrach pozostawionych przez córki Zalcmana Niemcy znaleźli kilkanaście wielkich brylantów.

Nowomianowany prezes drugiego Judenratu
Na krótko przed utworzeniem getta, Niemcy mianowali nowego prezesa tworzącego się Judenratu. Został nim człowiek inteligentny, przed wojna zamieszkały w Łodzi - Szolowicz. Ludność żydowska odniosła się do niego początkowo z wielkim zaufaniem, spodziewając się lepszego i bardziej ludzkiego stosunku z jego strony.
Na skutek utworzenia getta zmuszony byłem opuścić moje mieszkanie położone obok stacji kolejowej. Do mieszkania tego wprowadził się jakiś Polak z rodzina, wysiedlony z Poznania. Przeprowadzając się do getta, pozostawiłem w mieszkaniu cały szereg rzeczy, między innymi żywność, której nie mogłem zabrać ze sobą. Mój syn, który miał prawo opuszczania getta ze względu na swoja pracę, często odwiedzał ową rodzinę z Poznania i za każdym razem wnosił do getta trochę pozostawionej przez nas żywności. Dnia 12 września roku 1942 wrócił mój syn, jak zwykle, ale nie przyniósł żadnej żywności. Byłem tym zestresowany, a w odpowiedzi na moje pytania rozpłakał się. Okazało się, że Nowiński, były zawiadowca stacji kolejowej w Jędrzejowie, a obecnie kolejarz w służbie u Niemców opowiedział synowi mojemu w wielkiej tajemnicy, że na stacji przygotowane są wagony kolejowe, które służyć mają do transportu Żydów. Nowiński powiedział jeszcze: „Leć szybko do ojca twego i powiedz mu, żeby uciekał…” Zostawiłem syna mojego w domu i pobiegłem szybko do Szolowicza, ażeby w sekrecie powiedzieć mu o tem, co usłyszałem z ust mojego syna. Sądziłem, że znając wcześniej tę straszną tajemnicę będzie można uratować pewną część ludności. Szolowicz wysłuchał mnie, poczem odpowiedział mi, ażebym nie robił popłochu, bo to wszystko, co słyszałem jest nieprawdą. Tego samego dnia był on bowiem u Starosty i otrzymał nowy przydział mięsa i cukru dla ludności żydowskiej. Raz jeszcze zaprzeczył on kategorycznie i odesłał mnie do domu. Posądziłem kolejarza polskiego o szczerzenie popłochu. „Bo Szolowicz człowiek inteligentny” - mówiłem do siebie, „zapewne wie, co mówi i robi”. Niestety jednak rację miał kolejarz polski.
Szolowicz miał dwoje dzieci, syna i córkę. Na kilka dni przed ostateczną likwidacją getta, a było to w roku 1943, wysłał on dzieci swoje z Jędrzejowa. Zaopatrzył je w aryjskie papiery, wysłał je pociągiem i zamieszkać miały u aryjczyków. Po drodze jednak schwytano oboje i oboje zaraz zastrzelono.
Po paru dniach nastąpiła zupełna likwidacja getta i część ludności wywieziona została do obozu w Skarżysku-Kamiennej. Razem z tymi ludźmi został wywieziony został także Szolowicz, oraz jego siostrzeniec, były komendant policji żydowskiej w Jędrzejowie - Szlamek Garfunkel. Przed likwidacją getta umieścił Szolowicz wszystkie swoje wartościowe przedmioty u pewnego Polaka, który mieszkała za miastem. Polak ten nazywał się Józef Ra(…). Ra(…) załatwił także u siebie kryjówkę na wypadek, gdyby Szolowicz chciał kiedykolwiek skryć się u niego. I tak też było w rzeczywistości. Szolowicz i Garfunkel uciekli ze Skarżyska. Przybyli oni szczęśliwie pociągiem do Jędrzejowa i skryli się u Ra(…). Ra(…) przyjął obu. A po kilku dniach zamordował jednego i drugiego przywłaszczając sobie ich cały majątek. Szolowicz uciekł pozostawiając w obozie swoją żonę. Zaraz po ucieczce męża Szolowiczowa zażyła dużą dozę trucizny i umarła…


Yad Vashem, lipiec 1959 r.


Źródło: Yad Vashem, Jerozolima.
Transkrypcja: Andreovia.pl
http://andreovia.pl/publikacje/zydzi-z-jedrzejowa/item/35-yad-vashem