środa, 7 października 2026

KSIĘGA PAMIĘCI - Chaim Jehoszua Wilaga / Miami Beach, Floryda

Garść wspomnień

Z przeszłości mojej przypominam sobie jak moja mama, niech spoczywa w pokoju, prowadziła mnie w mroźny, zimowy dzień do chederu. Ubierała mnie w ciepłe wełniane ubrania, a następnie grube palto, natomiast głowę, razem z uszami, otulała ciepłym baszłykiem, do kieszeni wkładała zaś świeże rogaliki i czerwone zimowe jabłko. Odprowadziwszy mnie do samych drzwi, dawała mi kilka buziaków i mówiła: „Idź zdrów mój drogi synku, i ucz się Tory, bo Tora jest najlepszym towarem” [żydowskie powiedzenie w języku jidysz - w przenośni: Tora jest najlepszym, czym może zajmować się Żyd - przyp. MM]. 

Moja dobra mama odprowadzała mnie swoim słodkim spojrzeniem aż do końca ulicy. Zgłębiałem Torę z wielkim zapałem, aż naszła mnie ochota by zjeść moje rogaliki z masłem i smaczne jabłko. ‎Podczas przerwy w zajęciach obmyłem dłonie [chodzi o rytualne obmycie dłoni przed posiłkiem - przyp. MM] i zabrałem się do jedzenia. Moi ubodzy koledzy stanęli wokół mnie i patrzyli, niemal zaglądając do moich ust… Zrozumiałem, że byli głodni, biedactwa, więc podzieliłem się z nimi wszystkim do ostatniego okruszka.

Wracając do domu moja kochana mama zapytała mnie: „Synku, czy zjadłeś wszystko? Czy smakowało ci?” Zamilkłem i pomyślałem, że tak kochającej mamy nie wolno mi oszukiwać ale bałem się powiedzieć prawdę. Jednakże mama od razu zrozumiała i zapytała mnie: „Czy dałeś coś synku twoim biedniejszym przyjaciołom?” Opowiedziałem jej wtedy całą prawdę, a ona odparła: „Dobrze zrobiłeś, tak właśnie należy robić wobec przyjaciół!”.

Następnego ranka mama wypchała moje kieszenie po brzegi jedzeniem i owocami. Zapytałem ją: „Mamo, dlaczego dajesz mi aż tyle? Nie dam rady tego wszystkiego przejeść”.

„Moje dziecko! To nie tylko dla ciebie ale też dla twoich biednych kolegów. Niech wam będzie na zdrowie!”

Teraz już co dzień moja dobra mama, niech pokój będzie z nią, dawała mi jedzenie również dla moich ubogich kolegów i w ten sposób zakorzeniła we mnie poczucie współczucia i wielkie przykazanie [micwę]: „Będziesz miłował bliźniego jak siebie samego" [Księga Kapłańska 19:18].


Rewolucja przybywa do Jędrzejowa

Słyszeliśmy o strajkach jakie miały miejsce w Warszawie, Łodzi, Radomiu i Kielcach. Również nasz Jędrzejów dotknęła ta „epidemia”.

Dowiedziawszy się więcej w bejs midraszu, nas też zabrał ze sobą ten nurt [nowych] czasów. Wkrótce przemyciliśmy do bejs midraszu trefne [w znaczeniu - nieodpowiednie - przyp. MM] broszury i literaturę propagandową i trzymaliśmy je pod naszymi egzemplarzami Gemary lub innymi świętymi księgami, które studiowaliśmy.

Pamiętam broszurę o krzykliwym nagłówku: „Mojżesz - socjalista, który wyzwolił Żydów z niewoli”. Czytaliśmy ją wszyscy w sekrecie, a gdy ktoś wchodził do bejs midraszu, chowaliśmy ją szybko. Broszura była pełna propagandy o wyzwalaniu robotników z burżuazyjnej niewoli. Choć żaden z chłopców z bejs midraszu nie był robotnikiem, a tym bardziej nie był przez nikogo zniewolony, broszura ta wpłynęła na nas tak mocno, że my również zaczęliśmy sympatyzować z masami robotniczymi i bać się ich pracodawców, ich „eksploatatorów”…

Pod wpływem tej agitacji powstała przepaść pomiędzy starszymi i młodzieżą, która zaczęła nienawidzić swoich rodziców za to, że ci wyzyskują swoich pracowników… Były też 2-3 przypadki czeladników zatrudnionych przez ojców w ich warsztatach blacharskich czy krawieckich, którzy ogłosili strajk…

Pamiętam też jak spotykaliśmy się w tamtym czasie z przyjaciółmi: Wolfem synem Nuchyma, Jeszają Mendlem, Aharonem Kockerem i innymi, aby wspólnie dyskutować i snuć plany w jaki sposób sprowadzić rewolucję do Jędrzejowa. Doszliśmy jednak do wniosku, że w naszym małym mieście brak było odpowiedniego „materiału” dla „wielkiej światowej rewolucji”. Postanowiłem zatem porzucić Jędrzejów i wyjechać do Paryża, aby tam oddać wszystkie moje młode siły „wielkiemu planowi wyzwolenia klasy robotniczej od jej krwiopijców” czyli wielkich posiadaczy, którzy bogacili się na krwi i pocie robotników.

Gdy ojciec mój błogosławionej pamięci dowiedział się o moich planach, zwrócił się do mnie z sarkastycznym uśmiechem: „Ha, skoro ty wyjeżdżasz to kto zrzuci cara Mikołaja z tronu?”

W końcu znaleźli się tacy, którzy to zrobili, jednakże mój ojciec, niech pamięć o nim będzie błogosławiona, nie dożył tego dnia…


Wielki pożar w Jędrzejowie

Przypominam sobie, że działo się to w szabatowy letni wieczór. Mieszkaliśmy wówczas przy ulicy Kieleckiej. Od ulicy mieszkał Jeszaja felczer. Siedzieliśmy za stołem przy otwartych oknach, mieliśmy gości. Ojciec mój, niech spoczywa w pokoju, był w bardzo dobrym nastroju - opowiadał wesołe historie ze swojego życia. Nagle wbiegła Róża, córka felczera, krzycząc: „Żydzi! Pali się!”. Wybiegliśmy na ulicę. Niebo było czerwone jak ogień. Znad spichlerzy zbożowych przy ulicy Skroniowskiej unosiła się chmura gęstego, czarnego dymu. Wbiegliśmy z powrotem do domu by czym prędzej spakować pościel i ubrania, po czym wybiegliśmy z nimi z na ulicę Kielecką. Ulica była pełna ludzi - starych i młodych, małych dzieci, starców i staruszek. Nieszczęśni stoją z garstką rzeczy, które udało im się uratować, wokół strażacy biegają zaaferowani w tę i z powrotem z beczkami wody. Żydzi pomagają im nosić wiadra z wodą ale po drodze, biegnąc do gaszenia, wylewają ich zawartość niemal w całości. Kobiety załamują ręce, mężczyźni recytują psalmy i proszą Boga by miał litość i zatrzymał ogień. Ale Bóg nie ma litości. Ogień rozprzestrzenia się coraz dalej i wkrótce prawie połowa miasta idzie z dymem.

Po tej wielkiej tragedii zrozumieliśmy, że winne jej jest całe społeczeństwo [Jędrzejowa]. Zawsze odnosiliśmy się z lekceważeniem do tych kilku chrześcijan i żydów, którzy byli miejskimi strażakami. Nazywaliśmy ich purimowymi przebierańcami [„purim-szpilers” - przebrania to nieodłączny element święta Purim, żydowskiego karnawału - przyp. MM] z uwagi na ich dziwaczne czapki.

[Po tym wydarzeniu] żydzi i goje postanowili wspólnie stworzyć prawdziwy oddział strażacki z niezbędnym wyposażeniem.

Także mój ojciec błogosławionej pamięci przystąpił do strażaków i dumnie nosił swoją białą koszulę, szeroki pas, za którym zawsze nosił toporek, oraz niebieską czapkę z błyszczącym lakierowanym daszkiem.

Bardzo często przeprowadzano tak zwane próbne alarmy, podczas których strażacy odbywali swoje ćwiczenia. Ojciec maszerował wtedy razem z innymi.

Taki był efekt wielkiego pożaru miasta Jędrzejowa.


Jędrzejowscy woźnice

Honorowe miejsce wśród jędrzejowskich woźniców zajmowali Mosze Pisk oraz Jome (Benjamin) Grinski. Wydaje się, że uczciwie zapracowali na swoje przydomki.

„Mosze Pisk” - ponieważ wyzywał i przeklinał ludzi bez litości… [możliwy źródłosłów to "pizg/ pizgać" - przyp. MM]. Natomiast przydomek „Grinski” wziął się z faktu, że Jome bardzo lubił jeść „grinske” [cebularz] - podłużny, dobrze wypieczony placek grubo posmarowany masłem i posypany drobnymi kawałkami cebuli.

Pewnego letniego dnia około południa, pojawił się pośrodku rynku wielki, długi wóz o dziwnej konstrukcji, jakiego Jędrzejów do tej pory nie widział.

Jędrzejowscy Żydzi lubili się popisywać swoją wiedzą i oceniać każdą rzecz zgodnie z jej prawdziwą wartością. Jednak tym razem wszyscy łamali sobie głowy nie wiedząc co sądzić o tym nowym skarbie, który pojawił się w mieście. Wewnątrz wozu nie było nikogo. Po jakimś czasie zebrani wokół gapie zaczęli obwąchiwać i opukiwać wóz ze wszystkich stron jednak nikt nie wiedział co to za pojazd.

Wreszcie pojawił się właściciel wozu i ogłosił, że jest to „zagraniczny wynalazek, który nazywa się omnibus”. Zakupił go za granicą i zamierza wozić nim pasażerów z miasta na stację kolejową i z powrotem. Omnibus mógł pomieścić 30 pasażerów.

Mosze Pisk pojął wnet, że ten „zagraniczny wynalazek” odbierze zarobek jędrzejowskim woźnicom, którzy posiadają jedynie małe furki zaprzężone w ledwie żywe szkapy. Począł więc obrzucać najgorszymi obelgami z tochachy te „nowe wynalazki”, które odbierają chleb ubogim woźnicom. [mianem tochachy określa się fragmenty Tory mówiące o tragicznych konsekwencjach ewentualnego złamania przez Żydów przymierza z Bogiem - przyp. MM], 

Jomele Grinski, który właśnie napchał sobie usta pysznym cebularzem, od razu podchwycił wątek. Począł szybko wypluwać okruchy i, wtórując przekleństwom miotanym przez swego odwiecznego konkurenta Mosze Piska, wykrzyknął: „Amen! Amen! Czarny koniec wszystkim omnibusom!”


Reb Hirsz Ber syn Mordechaja Rubina błogosławionej pamięci

Hirsz Ber, syn Mordechaja Rubina, chłopiec około lat 20. Szlachetność wypisana była na jego twarzy, promieniującej jedwabiem i aksamitem. Wielki uczony [chodzi o znajomość Tory oraz tekstów dotyczących np. prawa żydowskiego], znawca najtrudniejszych i najgłębszych zagadnień Gemary, Tosafot [średniowieczne komentarze do Talmudu], Rambam [akronim oznaczający Majmonidesa - od rabbi Mosze ben Majmon], Maharszy [przydomek rabina Samuela Eidelsa - od hebrajskich słów "Nasz Nauczyciel, rabbi Szmuel Eidels].

W bejs midraszu wystawiono długie stoły. Przy każdym z nich kilku chłopców studiuje pod okiem starszych kolegów. Zaczynają od Gemary, następnie przechodzą do komentatorów Talmudu, a później do czterech części "Szulchan aruch" [we współczesnym judaizmie podstawowy kodeks halachy czyli prawa żydowskiego - przyp.MM]. Rzecz jasna, przede wszystkim - do Jore Dea [jedna z części "Szulchan aruch" - przyp. MM]. Nasz reb Hirsz Ber był wielkim znawcą całego "Szulchan aruch". Siedzieć przy jego stole i studiować razem z nim było wielkim zaszczytem - nie każdy z chłopców z bejs midraszu miał ten przywilej.

Reb Hirsz Ber przechadzał się pomiędzy stołami i kiedy dostrzegał, że grupa chłopców spiera się zawzięcie nie znając prawdziwego znaczenia [tekstu], podchodził do nich z uśmiechem na twarzy, po czym tłumaczył wszystko. Interesował się przy tym ich sytuacją i z wielką radością udzielał wskazówek i niezbędnej pomocy.

Mam przed oczami jego obraz - Hirsz Ber jak żywy; takim, jakim go widziałem w moim opuszczonym mieście Jędrzejowie. Widzę go z pięknym złotym zegarkiem na podwójnym łańcuszku, który dostał w prezencie na swe zaręczyny. Niestety to tylko sen! Przecięte zostało młode życie jego i jego przyjaciół z bejs midraszu!

Żal tych, którzy odeszli, a których znaleźć nie można! [cytat z Talmudu (Sanhedrin), j. aramejski. Tłumaczenie za: ŻIH חבל על דאבדין ולא משתכחין]


*


Księgi Pamięci Żydów jędrzejowskich - tłumaczenie z języka jidysz
[Sefer-HaZikaron LeYehudi Yendzhyev pod redakcją Shimshona Dov Yerushalmi, Tel Aviv, 1965]

Autor tłumaczenia: MICHAŁ MAZIARZ 

Zrealizowano w ramach stypendium z Funduszu Popierania Twórczości ZAiKS.



wtorek, 6 października 2026

KSIĘGA PAMIĘCI - Kalman Chęciński / Holon cz. 2

 ב

Pierwsza wojna światowa zbliżała się do końca dzięki rewolucjom, które wybuchły w carskiej Rosji, Niemczech i Austrii. Polska odzyskała niepodległość po wielu latach niewoli i stała się niezależną republiką. Jędrzejowski kahał [gmina żydowska] razem z całym polskim żydostwem widziały w odnowieniu polskiej państwowości również własną emancypację. Mieliśmy nadzieję na narodową autonomię - dla Żydów był to powód do radości tak samo jak dla społeczności polskiej. Mieliśmy nadzieję na lepsze jutro i wierzyliśmy, że marszałek Józef Piłsudski, wraz z polską niepodległością, przyniesie wolność także Żydom.
Wybrany został pierwszy niepodległy Sejm (polski parlament), w skład którego weszli także żydowscy deputowani - przede wszystkim Icchak Grynbaum [inna pisownia nazwiska: Grünbaum] i Apolinary Maksymilian Hartglas. Stworzyli oni koło skupiające wszystkich żydowskich deputowanych z Sejmu i Senatu.
Już w pierwszych miesiącach niepodległości Polska zmobilizowała do armii kilka roczników [rekrutów] - wybuchła krótka acz krwawa wojna z na wpół upadłą armią bolszewicką. Zaczęło się od żądań terytorialnych, po których Armia Czerwona doszła aż nad brzeg Wisły. Dzięki francuskiej pomocy militarnej została jednak odparta pod Warszawą. Po tym nastał pokój. W szeregach nowej polskiej armii w wojnie wzięło udział wielu Żydów.
W tamtym czasie rozgorzała wielka [anty-] żydowska heca - żydowskie życie [znów] stało się bezwartościowe. Miały miejsce pogromy w Kielcach [prawdopodobnie chodzi o tzw. pierwszy pogrom kielecki 11-12 listopada 1918 - wystąpienia antyżydowskie, w których zginęło 4 Żydów, a 250 zostało rannych - przyp. MM] i okolicznych miejscowościach. W Jędrzejowie doszły nas wieści, że na czwartkowym targu, gdy kupcy będą ze swoimi towarami na ulicach, chłopi, podburzani ciągle przez „endeków” (reakcyjną i antysemicką partię polską), przyjdą rabować żydowski dobytek. Mówiło się też, że chłopi przyjdą uzbrojeni w noże i siekiery by dokonać masakry na Żydach. Również w miasteczku Wodzisław niedaleko Jędrzejowa spodziewano się pogromu. Atmosfera w naszej okolicy była napięta ponieważ wiedzieliśmy, że polska policja nie przeciwstawi się pogromszczykom nawet gdyby chciała, i nie zapanuje nad sytuacją jeśli dojdzie do krwawego ataku.
Jędrzejowska gmina żydowska, na czele z inżynierem Mosze Tenenbaumem, Jakubem (Kawke) Ingberem, Mosze Zylbersztajnem zwołała zebranie w miejskim bejs midraszu gdzie postanowiono wystosować manifest do marszałka Józefa Piłsudskiego oraz żydowskich posłów na Sejm, między innymi Icchaka Grynbauma. [W manifeście] wzywano by wystąpili z interpelacją w Sejmie aby zapewnić bezpieczeństwo życiu i własności Żydów w obliczu nowych pogromów, [spodziewanych] jako następstwo tych, które już miały miejsce. Wybrana została delegacja w postaci dwóch osób, które pojadą do Warszawy by wręczyć polskiemu marszałkowi petycję gminy. Delegatami byli inżynier Mosze Tenenbaum i Jakub (Kawke) Ingber. Interwencja odniosła właściwy skutek. Z Warszawy wysłano zdecydowany rozkaz do policji i innych organów władzy w Jędrzejowie by te nie dopuściły do pogromu. W ten sposób miasto nasze uniknęło wielkiego nieszczęścia. (Dla zilustrowania tamtego okresu w Polsce drukujemy w Księdze Pamięci reprodukcje oryginału oraz bardzo interesującego memorandum wraz z hebrajskim tłumaczeniem). Pomimo obietnic, że władze zatrzymają prześladowania Żydów, pobicia w pociągach czy napady na ulicach zdarzały się nadal w mniejszych i większych miejscowościach. I to mimo to, że w tym czasie wojna z bolszewikami trwała w pełni, miały miejsce krwawe potyczki, w których wielu żydowskich chłopców przelewało swoją krew za Polskę. Przybył też wtedy generał Haller ze swoją armią składającą się z antysemitów, endeków i innych podejrzanych typów, i zaczęli napadać na Żydów, a w szczególności golić im brody w pociągach i na ulicach. Zdarzały się także krwawe przypadki wyrzucania żydowskich pasażerów przez okna pędzących pociągów.
W tamtym czasie zdarzyła się w nowej Polsce jeszcze jedna straszna rzecz. Władze wojskowe rozkazały usunąć żydowskich oficerów i żołnierzy z różnych formacji i internować ich jako „nielojalnych obywateli” w owianym złą sławą obozie internowania w Jabłonnej. Niełatwo jest opisać udręki, zniewagi, ból i cierpienie, których żydowscy żołnierze doświadczyli w polskiej armii, a to wszystko - jak już mówiłem - [w czasie] gdy przelewali swoją krew na frontach wojny przeciwko bolszewikom.
Tuż przed mobilizacją do polskiej armii byłem, razem z moimi przyjaciółmi, w ferworze pracy społecznej, jak również na rzecz partii Poalej Syjon w Jędrzejowie. Moi przyjaciele Izrael Gurtman, Herszel Trajster, Mendel Dancygier, Rywka Zaromb, Chana Kamrat i wielu innych, wspierali mnie w codziennej pracy. Działalności [tej] przewodził znany działacz jędrzejowski, błogosławionej pamięci Jehuda Dan. Pewnego ranka musieliśmy jednak przerwać naszą rozległą działalność i wrócić do wojska by walczyć za sprawę, która nie była naszą. W przygnębiającym nastroju i z ciężkim sercem, zostaliśmy zmobilizowani. Każdego z nas skierowano w inne miejsce, a po krótkim szkoleniu zostaliśmy wysłani na front.
Traf chciał, że jako drukarza z zawodu, przydzielono mnie do sztabowej drukarni. Najpierw przeszkolono mnie jak obchodzić się z karabinem maszynowym po czym zostałem skierowany do pomocy przy drukowaniu poufnych rozkazów. Moja praca przebiegała normalnie - mój szef nie mógł na mnie narzekać, nie miał też wobec mnie żadnych uwag. W krótkim czasie stałem się jednym z ekspertów w tej pracy.
W tamtym czasie polska armia dotarła na przedpola Kijowa. Nie trwało to jednak długo - bolszewicy rozpoczęli kontrofensywę, którą dowodził przede wszystkim generał Budionny. Polska otrzymała mocny cios. Armia była zmuszona do stopniowego wycofywania się i nie była w stanie zatrzymać potęgi postępującej Armii Czerwonej, która dotarła aż pod Warszawę. Była obawa, że Warszawa również padnie. Polska skoncentrowała wszystkie swoje siły w okolicach stolicy. Z Paryża przybył pilnie generał Foch, „anioł zbawiciel”, który miał dowodzić polską obroną i kontrofensywą.
W tych decydujących dniach, gdy powoływano każdego, kto był w stanie nosić broń, mnie również zmobilizowano i wysłano na front. Jednakże w ostatniej chwili, gdy mieliśmy już odjeżdżać, nasz generał zdołał przekonać wyższe instancje by najbardziej niezbędni fachowcy zostali by dalej pracować w drukarni. W ten oto sposób zostałem ocalony od wielkiego niebezpieczeństwa, które czyhało na polu bitwy.
A nad Wisłą zdarzył się cud! Polska armia odepchnęła bolszewików i dotarła daleko wgłąb Białorusi. W roku 1921 rozpoczęły się rozmowy pokojowe pomiędzy rządem polskim a przedstawicielami bolszewików. W efekcie 12 października 1920 roku podpisano w Rydze porozumienie o zawieszeniu broni, a następnie, 18 marca 1921 w tym samym miejscu podpisano traktat pokojowy.
Sztab, w którym pracowałem skierowano w inne miejsce. Ponownie zaczął się okres spokoju i na powrót mogłem się oddać mojej normalnej pracy.
W lutym 1922 roku spadło na mnie nagle wielkie nieszczęście. Zostałem aresztowany przez polską żandarmerię wojskową za przestępstwo, którego nie popełniłem. Zarzucono mi szpiegostwo na rzecz reżimu bolszewickiego. Zostałem wysłany do Warszawy gdzie dochodzenie prowadził najwyższy polityczny sędzia śledczy. Powiedziano mi, że był to Żyd przechrzta. Zarzucono mi również współpracę z Partia Komunistyczna oraz szerzenie propagandy wśród wojskowych. Było to fałszywe oskarżenie. Nigdy w życiu nie miałem do czynienia z komunizmem, a tym bardziej szpiegostwem. Śledztwo prowadzono z pełną surowością. Osadzono mnie na Pawiaku, owianym złą sławą warszawskim więzieniu, w którym przesiedziałem ponad rok. Przez cały czas trwania śledztwa siedziałem w pojedynczej celi, rozmyślając dużo nad swoim losem. Nie jeden raz byłem zrozpaczony i przestawałem wierzyć w sprawiedliwość. Traciłem nawet nadzieję na uwolnienie ale zwykle po trudniejszych chwilach stawałem się silniejszy. Wielkie było moje pragnienie by dowieść swojej niewinności. To dawało mi siłę by znieść moją rozpaczliwą sytuację.
Mój brat Dawid przygotowywał się w tym czasie do aliji [powrót do kraju przodków - przyp. MM] do Ziemi Izraela. Chciał się ze mną pożegnać jednakże odmawiano mu pozwolenia na widzenie. Był tym bardzo przygnębiony i ze łzami w oczach i modlitwą w sercu prosił by dostąpił radości zobaczenia mnie w Ziemi Izraela. Ja w tym czasie cierpiałem za murami więzienia, śniąc o wolności, sprawiedliwości, uczciwości i o tym, by dostąpić łaski zobaczenia ponownie moich rodziców.
Mój brat Dawid, który opuścił diasporę, zwracał się mnie zza więziennych murów: „Bądź zdrów, bracie mój, nie trać wiary w sprawiedliwość - ona zwycięży, a ty będziesz wolny, skończy się twoje cierpienie”.
W międzyczasie zakończyło się śledztwo i mój ojciec przyjechał by zobaczyć się ze mną w więzieniu. Przez długie minuty nie byłem w stanie otworzyć ust. Było mi ciężko go pocieszyć, a za jego pośrednictwem - także moją matkę, moich braci i siostry. Ale nadeszła chwila gdy zacząłem mówić do ojca prosto z serca. Powiedziałem mu żeby się nie martwił i prosiłem, żeby powiedział wszystkim, że jestem niewinny, a cierpię tylko dlatego, że jestem Żydem. Powiedziałem też ojcu, że sprawiedliwość zwycięży i że dostąpię jeszcze radości bycia na powrót z rodziną, tak jak dawniej. Po rozmowie trwającej ledwie 20 minut ojciec opuścił mnie. Był załamany ale pocieszał mnie i mówił, żebym nie rozpaczał, abym dbał o siebie i był silnym. Później odwiedzili mnie jeszcze przyjaciele i krewni.
Podczas widzenia z moim ojcem dowiedziałem się, że mój przyjaciel Gurtman prawdopodobnie stracił życie na froncie, natomiast mój młodszy brat Abraham zaginął. Niedługo później odnalazł się w szpitalu, do którego trafił z frontu. O tym, że Gurtman jednak żyje dowiedzieliśmy się gdy powrócił do Jędrzejowa w 1923 roku z bolszewickiej niewoli.
Po tym jak śledztwo zostało zakończone, zdałem sobie sprawę ze swojej sytuacji. Znajdowałem się w gronie 15 oskarżonych, wśród których była jedna kobieta, a także jeden Polak - endek, który zdradził swoją ojczyznę za pieniądze…
Zażądałem konfrontacji z człowiekiem, który cały czas usiłował udowodnić moją winę. Stojąc z nim twarzą w twarz, przyparłem go do muru pokazując, poprzez materiały, którymi chciał mnie obciążyć, że jestem Bogu ducha winny i że nigdy nie miałem do czynienia z działalnością szpiegowską, o którą mnie oskarżał. Notatki sporządzone na dokumentach będących w rękach prowadzącego śledztwo posłużyły jako dowód, dzięki któremu prawdziwy winny został zdemaskowany i niezwłocznie aresztowany. Okazało się, że jest nim 17-letni Polak, komunista, który został specjalnie wysłany do pracy w archiwum by służyć swojej partii. Dopiero wtedy polska władza przekonała się o mojej niewinności. Przesiedziałem jednakże w więzieniu 23 miesiące. Sam proces trwał trzy dni. Byłem jedynym z oskarżonych, który został uwolniony. Muszę wspomnieć, że w akcie oskarżenia, który skierował przeciwko mnie sędzia śledczy, podkreślał on ciągle, że grozi mi kara śmierci. Można więc sobie wyobrazić moją radość, gdy moja niewinność została dowiedziona. Zaskoczenie było tak wielkie, że straciłem przytomność. Mój adwokat, znany publicysta syjonistyczny i poseł na Sejm, doktor Apolinary Hartglas, ocucił mnie i powiedział: „Człowieku, weź się w garść! Jesteś wolny!”. Doktor Hartglas bronił mnie jako wyjątkowego przypadku, który służył obronie całej żydowskiej społeczności.
Po uwolnieniu wypuszczono mnie wprost na warszawskie ulice. Byłem tak zdezorientowany, że nie wiedziałem dokąd pójść. Napotkałem przyjaciela Izraela Riterbanda, niech spoczywa w pokoju, który przyjechał do mnie gdy tylko dotarły do niego wieści o moim uwolnieniu. Udaliśmy się razem na pocztę skąd nadaliśmy telegram, że tego samego wieczoru wracam do domu.
Przybyłem do Jędrzejowa o piątej nad ranem. Moje spotkanie z rodzicami i resztą rodziny przerodziło się w święto pełne łez - coś pięknego! Mieli przed sobą tego, który wyratował się od śmierci!
Wróciłem do domu 24 stycznia 1924 roku. Spotkałem tam wielu moich towarzyszy i przyjaciół. Niektórych nie było już w Jędrzejowie. Bezgranicznie radosne było zwłaszcza moje spotkanie z tymi, którzy powrócili z rosyjskiej niewoli. Wiele wieczorów spędziłem z moim dobrym przyjacielem Izraelem Gurtmanem, opowiadając sobie wzajemnie o wszystkim co się wydarzyło podczas naszej rozłąki.
Życie powoli wracało do porządku. Zaangażowałem się znów w działalność społeczną w Jędrzejowie razem z przyjaciółmi, którzy tam jeszcze pozostali. Tak zakończył się pewien rozdział historii mojego życia (…).

*

Księgi Pamięci Żydów jędrzejowskich - tłumaczenie z języka jidysz
[Sefer-HaZikaron LeYehudi Yendzhyev pod redakcją Shimshona Dov Yerushalmi, Tel Aviv, 1965]

Autor tłumaczenia: MICHAŁ MAZIARZ 

Zrealizowano w ramach stypendium z Funduszu Popierania Twórczości ZAiKS.