Garść wspomnień
Z przeszłości mojej przypominam sobie jak moja mama, niech spoczywa w pokoju, prowadziła mnie w mroźny, zimowy dzień do chederu. Ubierała mnie w ciepłe wełniane ubrania, a następnie grube palto, natomiast głowę, razem z uszami, otulała ciepłym baszłykiem, do kieszeni wkładała zaś świeże rogaliki i czerwone zimowe jabłko. Odprowadziwszy mnie do samych drzwi, dawała mi kilka buziaków i mówiła: „Idź zdrów mój drogi synku, i ucz się Tory, bo Tora jest najlepszym towarem” [żydowskie powiedzenie w języku jidysz - w przenośni: Tora jest najlepszym, czym może zajmować się Żyd - przyp. MM].
Moja dobra mama odprowadzała mnie swoim słodkim spojrzeniem aż do końca ulicy. Zgłębiałem Torę z wielkim zapałem, aż naszła mnie ochota by zjeść moje rogaliki z masłem i smaczne jabłko. Podczas przerwy w zajęciach obmyłem dłonie [chodzi o rytualne obmycie dłoni przed posiłkiem - przyp. MM] i zabrałem się do jedzenia. Moi ubodzy koledzy stanęli wokół mnie i patrzyli, niemal zaglądając do moich ust… Zrozumiałem, że byli głodni, biedactwa, więc podzieliłem się z nimi wszystkim do ostatniego okruszka.
Wracając do domu moja kochana mama zapytała mnie: „Synku, czy zjadłeś wszystko? Czy smakowało ci?” Zamilkłem i pomyślałem, że tak kochającej mamy nie wolno mi oszukiwać ale bałem się powiedzieć prawdę. Jednakże mama od razu zrozumiała i zapytała mnie: „Czy dałeś coś synku twoim biedniejszym przyjaciołom?” Opowiedziałem jej wtedy całą prawdę, a ona odparła: „Dobrze zrobiłeś, tak właśnie należy robić wobec przyjaciół!”.
Następnego ranka mama wypchała moje kieszenie po brzegi jedzeniem i owocami. Zapytałem ją: „Mamo, dlaczego dajesz mi aż tyle? Nie dam rady tego wszystkiego przejeść”.
„Moje dziecko! To nie tylko dla ciebie ale też dla twoich biednych kolegów. Niech wam będzie na zdrowie!”
Teraz już co dzień moja dobra mama, niech pokój będzie z nią, dawała mi jedzenie również dla moich ubogich kolegów i w ten sposób zakorzeniła we mnie poczucie współczucia i wielkie przykazanie [micwę]: „Będziesz miłował bliźniego jak siebie samego" [Księga Kapłańska 19:18].
Rewolucja przybywa do Jędrzejowa
Słyszeliśmy o strajkach jakie miały miejsce w Warszawie, Łodzi, Radomiu i Kielcach. Również nasz Jędrzejów dotknęła ta „epidemia”.
Dowiedziawszy się więcej w bejs midraszu, nas też zabrał ze sobą ten nurt [nowych] czasów. Wkrótce przemyciliśmy do bejs midraszu trefne [w znaczeniu - nieodpowiednie - przyp. MM] broszury i literaturę propagandową i trzymaliśmy je pod naszymi egzemplarzami Gemary lub innymi świętymi księgami, które studiowaliśmy.
Pamiętam broszurę o krzykliwym nagłówku: „Mojżesz - socjalista, który wyzwolił Żydów z niewoli”. Czytaliśmy ją wszyscy w sekrecie, a gdy ktoś wchodził do bejs midraszu, chowaliśmy ją szybko. Broszura była pełna propagandy o wyzwalaniu robotników z burżuazyjnej niewoli. Choć żaden z chłopców z bejs midraszu nie był robotnikiem, a tym bardziej nie był przez nikogo zniewolony, broszura ta wpłynęła na nas tak mocno, że my również zaczęliśmy sympatyzować z masami robotniczymi i bać się ich pracodawców, ich „eksploatatorów”…
Pod wpływem tej agitacji powstała przepaść pomiędzy starszymi i młodzieżą, która zaczęła nienawidzić swoich rodziców za to, że ci wyzyskują swoich pracowników… Były też 2-3 przypadki czeladników zatrudnionych przez ojców w ich warsztatach blacharskich czy krawieckich, którzy ogłosili strajk…
Pamiętam też jak spotykaliśmy się w tamtym czasie z przyjaciółmi: Wolfem synem Nuchyma, Jeszają Mendlem, Aharonem Kockerem i innymi, aby wspólnie dyskutować i snuć plany w jaki sposób sprowadzić rewolucję do Jędrzejowa. Doszliśmy jednak do wniosku, że w naszym małym mieście brak było odpowiedniego „materiału” dla „wielkiej światowej rewolucji”. Postanowiłem zatem porzucić Jędrzejów i wyjechać do Paryża, aby tam oddać wszystkie moje młode siły „wielkiemu planowi wyzwolenia klasy robotniczej od jej krwiopijców” czyli wielkich posiadaczy, którzy bogacili się na krwi i pocie robotników.
Gdy ojciec mój błogosławionej pamięci dowiedział się o moich planach, zwrócił się do mnie z sarkastycznym uśmiechem: „Ha, skoro ty wyjeżdżasz to kto zrzuci cara Mikołaja z tronu?”
W końcu znaleźli się tacy, którzy to zrobili, jednakże mój ojciec, niech pamięć o nim będzie błogosławiona, nie dożył tego dnia…
Wielki pożar w Jędrzejowie
Przypominam sobie, że działo się to w szabatowy letni wieczór. Mieszkaliśmy wówczas przy ulicy Kieleckiej. Od ulicy mieszkał Jeszaja felczer. Siedzieliśmy za stołem przy otwartych oknach, mieliśmy gości. Ojciec mój, niech spoczywa w pokoju, był w bardzo dobrym nastroju - opowiadał wesołe historie ze swojego życia. Nagle wbiegła Róża, córka felczera, krzycząc: „Żydzi! Pali się!”. Wybiegliśmy na ulicę. Niebo było czerwone jak ogień. Znad spichlerzy zbożowych przy ulicy Skroniowskiej unosiła się chmura gęstego, czarnego dymu. Wbiegliśmy z powrotem do domu by czym prędzej spakować pościel i ubrania, po czym wybiegliśmy z nimi z na ulicę Kielecką. Ulica była pełna ludzi - starych i młodych, małych dzieci, starców i staruszek. Nieszczęśni stoją z garstką rzeczy, które udało im się uratować, wokół strażacy biegają zaaferowani w tę i z powrotem z beczkami wody. Żydzi pomagają im nosić wiadra z wodą ale po drodze, biegnąc do gaszenia, wylewają ich zawartość niemal w całości. Kobiety załamują ręce, mężczyźni recytują psalmy i proszą Boga by miał litość i zatrzymał ogień. Ale Bóg nie ma litości. Ogień rozprzestrzenia się coraz dalej i wkrótce prawie połowa miasta idzie z dymem.
Po tej wielkiej tragedii zrozumieliśmy, że winne jej jest całe społeczeństwo [Jędrzejowa]. Zawsze odnosiliśmy się z lekceważeniem do tych kilku chrześcijan i żydów, którzy byli miejskimi strażakami. Nazywaliśmy ich purimowymi przebierańcami [„purim-szpilers” - przebrania to nieodłączny element święta Purim, żydowskiego karnawału - przyp. MM] z uwagi na ich dziwaczne czapki.
[Po tym wydarzeniu] żydzi i goje postanowili wspólnie stworzyć prawdziwy oddział strażacki z niezbędnym wyposażeniem.
Także mój ojciec błogosławionej pamięci przystąpił do strażaków i dumnie nosił swoją białą koszulę, szeroki pas, za którym zawsze nosił toporek, oraz niebieską czapkę z błyszczącym lakierowanym daszkiem.
Bardzo często przeprowadzano tak zwane próbne alarmy, podczas których strażacy odbywali swoje ćwiczenia. Ojciec maszerował wtedy razem z innymi.
Taki był efekt wielkiego pożaru miasta Jędrzejowa.
Jędrzejowscy woźnice
Honorowe miejsce wśród jędrzejowskich woźniców zajmowali Mosze Pisk oraz Jome (Benjamin) Grinski. Wydaje się, że uczciwie zapracowali na swoje przydomki.
„Mosze Pisk” - ponieważ wyzywał i przeklinał ludzi bez litości… [możliwy źródłosłów to "pizg/ pizgać" - przyp. MM]. Natomiast przydomek „Grinski” wziął się z faktu, że Jome bardzo lubił jeść „grinske” [cebularz] - podłużny, dobrze wypieczony placek grubo posmarowany masłem i posypany drobnymi kawałkami cebuli.
Pewnego letniego dnia około południa, pojawił się pośrodku rynku wielki, długi wóz o dziwnej konstrukcji, jakiego Jędrzejów do tej pory nie widział.
Jędrzejowscy Żydzi lubili się popisywać swoją wiedzą i oceniać każdą rzecz zgodnie z jej prawdziwą wartością. Jednak tym razem wszyscy łamali sobie głowy nie wiedząc co sądzić o tym nowym skarbie, który pojawił się w mieście. Wewnątrz wozu nie było nikogo. Po jakimś czasie zebrani wokół gapie zaczęli obwąchiwać i opukiwać wóz ze wszystkich stron jednak nikt nie wiedział co to za pojazd.
Wreszcie pojawił się właściciel wozu i ogłosił, że jest to „zagraniczny wynalazek, który nazywa się omnibus”. Zakupił go za granicą i zamierza wozić nim pasażerów z miasta na stację kolejową i z powrotem. Omnibus mógł pomieścić 30 pasażerów.
Mosze Pisk pojął wnet, że ten „zagraniczny wynalazek” odbierze zarobek jędrzejowskim woźnicom, którzy posiadają jedynie małe furki zaprzężone w ledwie żywe szkapy. Począł więc obrzucać najgorszymi obelgami z tochachy te „nowe wynalazki”, które odbierają chleb ubogim woźnicom. [mianem tochachy określa się fragmenty Tory mówiące o tragicznych konsekwencjach ewentualnego złamania przez Żydów przymierza z Bogiem - przyp. MM],
Jomele Grinski, który właśnie napchał sobie usta pysznym cebularzem, od razu podchwycił wątek. Począł szybko wypluwać okruchy i, wtórując przekleństwom miotanym przez swego odwiecznego konkurenta Mosze Piska, wykrzyknął: „Amen! Amen! Czarny koniec wszystkim omnibusom!”
Reb Hirsz Ber syn Mordechaja Rubina błogosławionej pamięci
W bejs midraszu wystawiono długie stoły. Przy każdym z nich kilku chłopców studiuje pod okiem starszych kolegów. Zaczynają od Gemary, następnie przechodzą do komentatorów Talmudu, a później do czterech części "Szulchan aruch" [we współczesnym judaizmie podstawowy kodeks halachy czyli prawa żydowskiego - przyp.MM]. Rzecz jasna, przede wszystkim - do Jore Dea [jedna z części "Szulchan aruch" - przyp. MM]. Nasz reb Hirsz Ber był wielkim znawcą całego "Szulchan aruch". Siedzieć przy jego stole i studiować razem z nim było wielkim zaszczytem - nie każdy z chłopców z bejs midraszu miał ten przywilej.
Reb Hirsz Ber przechadzał się pomiędzy stołami i kiedy dostrzegał, że grupa chłopców spiera się zawzięcie nie znając prawdziwego znaczenia [tekstu], podchodził do nich z uśmiechem na twarzy, po czym tłumaczył wszystko. Interesował się przy tym ich sytuacją i z wielką radością udzielał wskazówek i niezbędnej pomocy.
Mam przed oczami jego obraz - Hirsz Ber jak żywy; takim, jakim go widziałem w moim opuszczonym mieście Jędrzejowie. Widzę go z pięknym złotym zegarkiem na podwójnym łańcuszku, który dostał w prezencie na swe zaręczyny. Niestety to tylko sen! Przecięte zostało młode życie jego i jego przyjaciół z bejs midraszu!
Żal tych, którzy odeszli, a których znaleźć nie można! [cytat z Talmudu (Sanhedrin), j. aramejski. Tłumaczenie za: ŻIH חבל על דאבדין ולא משתכחין]
*