Pokazywanie postów oznaczonych etykietą foto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą foto. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 grudnia 2022

KSIĘGA PAMIĘCI - Icchak Riterband / Toronto

Wizyta w moim zrujnowanym domu. Wrażenia

W ciemną, deszczową noc, jesienią 1945 roku, pociąg przywiózł mnie do Jędrzejowa - miasta, w którym się urodziłem, i do którego serce moje pełne było tęsknoty, marniejąc jak zesłaniec w syberyjskich lasach lub w gorącej Azji.
Zadrżałem usłyszawszy okrzyk konduktora. „Stacja Jędrzejów!” Wysiadłem z pociągu i wszedłem do budynku dworca. Prosto w twarz uderzyła mnie gęsta, dusząca para. Słabo oświetlony dworzec pełen był przemytników i przemytniczek z wielkimi koszami i torbami pełnymi kur, gęsi, masła, sera i jaj. Wszyscy czekali na pociąg do Zagłębia.
Zapomniawszy się, zacząłem szukać w tłumie żydowskich pasażerów (…). I niestety nie znalazłem nikogo…
Wyszedłem z budynku dworca i zacząłem się rozglądać za Mosze-woźnicą lub Zusmanem-dorożkarzem, który zwykł każdego dnia wozić Żydów na pociąg lub z powrotem. Niestety, żadnego z nich nie było.
Ruszyłem do miasta piechotą, prosto do hotelu, w którym mieszkał mój krewny, Benjamin Gutman.
Długo pukałem do drzwi jego pokoju ale nikt nie otwierał. Dopiero gdy zawołałem go po imieniu i powiedziałem kto puka, otworzył mi drzwi. Przywitaliśmy się wylewnie, po czym [Benjamin] wyjaśnił mi, że bał się otwierać bo bandy polskich morderców szukają Żydów w hotelach aby ich obrabować i zamordować… Pokazał mi też naładowany rewolwer, który zawsze trzyma pod poduszką…
Byłem śmiertelnie zmęczony i bardzo chciało mi się spać, lecz mimo to siedzieliśmy razem do rana opowiadając sobie nawzajem o swoich przeżyciach z ciemnych lat wojny…
Dzięki Bogu nadchodzi wreszcie ranek - pędzę do domu mojego ojca. Jak gnany burzą biegnę ulicą Klasztorną aż do Pińczowskiej, do domu, w którym urodziłem się i wychowałem. Wszędzie zamknięte. Wszyscy
jeszcze śpią. Wchodzę na podwórko. Łzy ciekną mi po szyi. Przypominam sobie, że w 1939 roku, gdy opuszczałem mój dom, mieszkali w nim wyłącznie Żydzi. Wszyscy sąsiedzi byli sobie tak bliscy, tak serdeczni; jakaż obcość i chłód bije teraz z każdego kąta.
Nagle otwiera się okiennica. Pokazuje się stara gojka i obserwuje mnie z każdej strony, po czym mówi: „Żydku, chodź do środka! Rozumiem” - mówi - „że kiedyś tutaj mieszkałeś, ale my nie jesteśmy winni. Wszystko zrobili Niemcy…”
Chciała mnie poczęstować szklanką herbaty opowiadając, jak wielką przysługę oddała jędrzejowskim Żydom. Nie odpowiedziałem ani słowem; podziękowałem tylko i wyszedłem…
Naprzeciwko znajdowało się mieszkanie mojego ojca błogosławionej pamięci. Tutaj straże są już na posterunku. Mieszka tu teraz polski szewc Dudek. Rozpoznał mnie i wykrzyknął: „Oj, ty jeszcze żyjesz!” Widać było, że boi się, że przyszedłem do niego aby odzyskać moją spuściznę!
Rozejrzałem się (…) po pokojach mojego ojca - widziałem dużo mebli z jego mieszkania, szaf i książkowych regałów.
Tutaj też nie powiedziałem ani słowa i szybko wyszedłem przez frontowe drzwi. Naprzeciwko mieszkał Polak Czaper. On też od razu mnie rozpoznał i zaprosił do siebie. Jego żona ugościła mnie szklanką ciepłego mleka; również jej córki zebrały się wokół mnie i zaczęły opowiadać jak prowadzono jędrzejowskich Żydów przez ulicę Skroniowską aż na targowisko, ilu ich było i kogo zastrzelono po drodze. Nie chciałem więcej słuchać - pożegnałem się i wyszedłem…
Pomyślałem, że może nawet było w Jędrzejowie kilku „dobrych” Polaków, którzy nie zamordowali żadnego Żyda, ale majątek żydowski zrabowali cały…
Wyszedłem na ulicę. Był ponury, wilgotny dzień. Drobny deszcz muskał moją twarz. Stałem jak skamieniały na rogu rynku. Otwierają się sklepy. Nie ma już tego, co było kiedyś żydowską własnością. Wszystkim rządzili teraz nowi „kupcy”, którzy zbiegli się z okolicznych wsi…
W oknach zdjęcia i święte obrazy, które wstawiano w czasach nazistowskich rządów aby pokazać, że nie ma tam żadnych Żydów.
Jędrzejów nigdy nie miał tylu knajp co dziś. Wszędzie jest ich pełno. Już o 9 rano przy stołach siedzą mężczyźni i kobiety, przemytnicy i przemytniczki, pijąc i wciskając sobie do ust tłuste kawałki wieprzowiny. Smalec cieknie im z pysków. Święty obraz wiszący pośrodku nie przeszkadza im by używać języka tak wulgarnego, że nawet kozacy czerwieniliby się słysząc go…
Pamiętam, że był tu kiedyś sklep jędrzejowskiego Żyda uczonego w księgach, który zawsze studiował tutaj Gemarę [zbiór komentarzy rabinicznych do Miszny, część Talmudu - przyp. MM] lub zatopiony był w chasydzkich księgach.
Zapuszczam się w uliczki i dochodzę do ulicy Kieleckiej. Przypominają mi się moje młode lata. Tutaj spacerowała nasza młodzież - marzyła, dyskutowała o syjonizmie, nacjonalizmie, komunizmie i innych „-izmach”. Tutaj każdy z nas marzył o nowym świecie idealizmu, prawości i sprawiedliwości. Gdzie oni wszyscy są?
Wracam do miasta. Dochodzę do ulicy Łysakowskiej. Stoję jak wryty… Oto tutaj mieściło się kiedyś stowarzyszenie „Muza”. W tym domu znajdowała się biblioteka im. I. L. Pereca, kółko dramatyczne. Ileż wysiłku zostawił tutaj każdy z nas? Jakaż wielka była nasza radość gdy szybko zgromadziliśmy w bibliotece dwa tysiące książek! Jakąż siłę przyciągania miało to miejsce dla jędrzejowskiej młodzieży z różnych kręgów? Teraz wszystko opustoszało. Ogromna krwawa powódź zmyła wszystko nie zostawiając żadnego śladu. Ból przeszywa serce!
Idę dalej. Dochodzę do ulicy Bóżniczej [jid. Bejs ha-midrasz gas, בית-המדרש-גאַס. Obecnie ulica Daszyńskiego zwana lokalnie Krzywym Kołem - przyp. MM], a później na podwórze wielkiego handlarza stalą, jędrzejowskiego bogacza Dawida Riterbanda błogosławionej pamięci. Widzę jego wnuka, mojego krewnego, który wrócił po Zagładzie aby odzyskać własność swojego dziadka. Ale wszystkie składy, które zawsze wypełnione były po brzegi towarami są dziś puste. Walają się tu stare szmaty i trochę zardzewiałego żelastwa… Nagle w jednym ze składów widzę stos szabasowych świeczników w wielkiej ilości. Gdyby je policzyć, można by zgadnąć ile żydowskich rodzin liczył kiedyś Jędrzejów…
Sprawiało to wrażenie jakby wokół każdego świecznika krążyła święta żydowska dusza, która szuka zemsty za swoje życie, przecięte przed czasem w tak okrutny sposób!
Bałem się ruszać świeczniki; wspominałem ile łez wylały żydowskie matki błogosławiąc płomień w wieczór poprzedzający każdy szabat i w przeddzień każdego święta.
Wyszedłem z podwórka na ulicę, pozostając w pobliżu bejt ha-midraszu [budynek synagogi z oddzielnym pomieszczeniem przeznaczonym do studiowania Talmudu przez chłopców i dorosłych mężczyzn. Wśród chasydów używano często nazwy szul - przyp. MM], który był zamknięty na wielki zamek. Wspiąłem się do okna małego bejt ha-midraszu i zajrzałem do środka… Zobaczyłem spustoszoną ruinę bez dachu, po której hula wiatr; wielki piec, przy którym jędrzejowscy Żydzi grzali się w mroźne zimowe dni i noce, był przewrócony…
Polska spółdzielnia zamieniła bejt ha-midrasz w magazyn nafty. Piękne niebo oświetlało wnętrze bejt ha-midraszu….
Opuszczając to miejsce, widzę naprzeciw siebie żydowską twarz - był to jędrzejowski chłopak Fridberg. Jego ojciec handlował węglem. Uradowaliśmy się obaj - dwaj Żydzi w zrujnowanym żydowskim domu.
Opowiedział mi o swoim życiu w bunkrze wraz z czterema innymi Żydami. Założyli żydowską gminę, która zajmuje się odszukiwaniem w mieście i okolicach ciał martwych Żydów i grzebaniem ich.
Zapytałem go jak może pozostawać wśród tylu wrogów. Odpowiedział, że wytoczył proces gojowi, który zabrał furmankę ze składu węgla jego ojca. Po zakończeniu procesu wyjedzie.
Naiwny chłopak wygrał proces ale przegrał życie… Fridberg wyratował się od nazistów ale padł ofiarą polskiego sąsiada!… Dowiedziałem się, że na żydowskim cmentarzu ostała się w całości macewa mojego ojca. (…) Poszedłem tam. Cmentarz był zaorany, wszędzie pasły się konie i krowy…
Mój ojciec błogosławionej pamięci miał szczęście umrzeć krótko przed wysiedleniem. Zdążył więc spocząć na cmentarzu, a my mogliśmy wystawić mu solidny betonowy pomnik z jego imieniem oraz inskrypcją z datą jego śmierci.
Stałem jak skamieniały i do zmierzchu wylewałem gorące łzy. Wróciłem do mojego krewnego, który niemal siłą chciał mnie zaciągnąć do kina, gdzie puszczano sowiecki film. Znalazłszy się w sali zupełnie zapomniałem w jakim miejscu świata się znajduję i zacząłem szukać znajomych żydowskich chłopców i dziewcząt, którzy zwykli kiedyś wypełniać tę salę. Nikogo z nich tutaj nie było…
Ajent kina Jankowski rozpoznał mnie i pozdrowił mnie spuszczając wzrok. Patrzyłem na ekran ale niczego nie widziałem. Moje oczy i myśli były w dawnym Jędrzejowie. Widziałem wystawę naszej sekcji dramatycznej i słyszałem głosy rozmaitych prelegentów, którzy zwykli przyjeżdżać do Jędrzejowa aby wygłaszać przemowy na tematy literackie i polityczne.
Włóczyliśmy się później z moim krewnym pozbawionymi Żydów ulicami Jędrzejowa, w pośpiechu żegnając się z nimi, rzucając ostatnie spojrzenie na miasto, w którym się urodziłem. Uciekałem jak od plagi myśląc: „Jędrzejowie, widzę Cię teraz po raz ostatni, moje stopy stawiają ostatnie kroki na twojej ziemi! Mojego Jędrzejowa już nie ma!…”
 

*

Tłumaczenia wybranych tekstów z Księgi Pamięci Żydów jędrzejowskich
[Sefer-HaZikaron LeYehudi Yendzhyev pod redakcją Shimshona Dov Yerushalmi, Tel Aviv, 1965]

Autor tłumaczenia z języka jidysz: MICHAŁ MAZIARZ 

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego





 

poniedziałek, 26 grudnia 2022

KSIĘGA PAMIĘCI - Eliezer Rubinsztajn / Tel Awiw - cz. 2/2

cz. 2/2 
 

Eliezer Rubinsztajn i Josef Śledzik, w towarzystwie jędrzejowskiej rodziny rzemieślniczej, niosą sztandar do synagogi.
 
W roku 1919 stowarzyszenie rzemieślników nawiązało kontakt z centralą amerykańskiego Jointu w Warszawie i otrzymało od niej produkty żywnościowe dla ubogich rzemieślników i ich rodzin. W ramach stowarzyszenia powstał specjalny komitet, który prowadził akcje pomocowe oraz zakładał stołówki dla dzieci w wieku szkolnym.

W skład komitetu wchodzili: Zysze Szwarcbard, Mendel Rubinsztajn, Alter Jechiel Topiol, Henich Isakow [Ajsakow], Jakow Herszkowicz, Abram Toporski, Mosze Nurik, Izrael Waler, Szmul Sakowski, Josef Śledzik i Lejbl Sobkowski.

Powstał także komitet kobiecy, w którym zasiadały: Racl Rubinsztajn, Ruchla Goldman i Chana Sobkowski.

W roku 1929 stowarzyszenie podjęło decyzję o stworzeniu własnego sztandaru, który miał symbolizować wszystkie działania stowarzyszenia na rzecz rzemiosła. Powołana została komisja do spraw proporca, składająca się z dziesięciu towarzyszy oraz autora niniejszych słów, która wspólnie z towarzyszem Natanem Toporskim podjęła się zadania stworzenia sztandaru. Przygotowania trwały prawie cały rok. Ale warto było. Sztandar był piękny i estetyczny. Jego prezentacja przekształciła się w wielkie święto dla żydowskich rodzin z Jędrzejowa.

Na środku rynku ustawiliśmy drewnianą trybunę długą na piętnaście metrów i szeroką na dziesięć. Sztandar rozłożyliśmy na wielkim stole, na którym leżał także pozłacany młotek oraz srebrne ćwieki.

Poza rzemieślnikami do uczestnictwa w naszym wielkim święcie zaproszonych zostało także stu prominentnych mieszkańców miasta.

Eliezer Rubinsztajn i Natan Toporski jako młodzi chłopcy

Chazan [kantor] wraz z chórem przygotował stosowne modlitwy, po których znamienitych gości zapraszano, zwracając się do nich po nazwisku, by każdy z nich przybił do drzewca sztandaru srebrny ćwiek. Każdy z gości wznosił toast. Orkiestra grała wesołe marsze, a kantor wraz z chórem zaśpiewali Pieśń Syjonu i Jerozolimy [שירי ציון וירושלים].

Po zakończeniu uroczystej ceremonii autor niniejszego tekstu miał zaszczyt wnieść sztandar do bejs-hamedreszu w otoczeniu przyjaciół: Natana Toporskiego, Juwala Wolfowicza, Abrama Toporskiego, Józefa Śledzika, Fiszla Zylberszaca i Natana Goldberga. W bejs-hamedreszu kantor [hot gemacht] „El mole rachamim” dla dusz przyjaciół, którzy nie dożyli tej wielkiej radości [od słów „El mole rachamim“ (Boże pełen miłosierdzia) zaczyna się żydowska pieśń za umarłych - przyp. MM].

Z synagogi goście i przyjaciele stowarzyszenia rzemieślników przeszli do jego siedziby, gdzie stoły były już zastawione. Radosne świętowanie trwało aż do wschodu słońca. Obchody zakończyło odśpiewanie hymnu narodowego - Hatikwy.

Niestety sztandar nie przetrwał - został spalony wraz z tymi, których był symbolem… Nie ma sztandaru i nie ma Żydów w naszym niegdyś drogim mieście Jędrzejowie.

*

Tłumaczenia wybranych tekstów z Księgi Pamięci Żydów jędrzejowskich
[Sefer-HaZikaron LeYehudi Yendzhyev pod redakcją Shimshona Dov Yerushalmi, Tel Aviv, 1965]

Autor tłumaczenia z języka jidysz: MICHAŁ MAZIARZ 

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego








KSIĘGA PAMIĘCI - Lejbusz Edelist / Toronto

Co się stało z naszymi braćmi podczas drugiej wojny światowej


Kiedy poproszono mnie o spisanie moich wspomnień o Jędrzejowie, okazało się to trudnym zadaniem.
Od 1928 roku mieszkam w Kanadzie. Pamiętam, że urodziłem się w Jędrzejowie, tam mieszkali moi drodzy rodzice - mój ojciec, błogosławionej pamięci Jekl Edelist i moja mama Chana Fejga. Moja rodzina była, dzięki Bogu, liczna [w oryginale: kenejna hore czyli  „bez złego oka” - słowa wypowiadane by ustrzec się uroku. Za: https://delet.jhi.pl/pl/psj?articleId=17776]. Dom był pełen dzieci - moich braci i sióstr. Większość z nich została wymordowana przez Hitlera, niech jego imię będzie wymazane.
Pamiętam dwie rzeczy z mojego dzieciństwa.
Po pierwsze, mój tata błogosławionej pamięci  chciał abym został rabinem, ale nigdy do tego nie doszło. Owszem, uczyłem się w jesziwie. Moim nauczycielem był Josele z Chełma, zięć Jechiela Szejnfelda z Kielc i wnuk Judla Kaminera z Podzamcza, rabinów z Góry Kalwarii, a mówiąc wprost - mój teść.

Reb Josele z Chełma był ważną postacią podczas Strasznych Dni [w judaizmie dziesięć dni nowego roku - od święta Rosz Ha-szana do Jom Kipur - przyp. MM] na dworze dynastii Ger [jedna ze słynnych chasydzkich dynastii wywodząca się z Góry Kalwarii - Ger w języku jidysz - przyp. MM ]. Jego niguny śpiewane są do dziś w sztiblach Ger na całym świecie.

Druga rzecz, którą pamiętam (mówi się, że pamiętamy tylko głupstwa) to to, co wyrabialiśmy będąc uczniami bet-hamidraszu. To były naprawdę straszne głupstwa, których żałuję do dzisiaj - i być może żałują ich razem ze mną wszyscy, którzy brali w nich udział?
W miesiącu tamuz [dziesiąty miesiąc kalendarza żydowskiego - czerwiec-lipiec w kalendarzu gregoriańskim - przyp. MM], w pierwszą jorcajt [rocznicę śmierci - przyp. MM] Benjamina Zewa Hercla błogosławionej pamięci [Teodor Herzl, ideologiczny twórca Państwa Izrael. Chodzi więc o rok 1905 - Herzl zmarł 3 czerwca 1904 r.], jędrzejowscy syjoniści chcieli urządzić ceremonię w bet-hamidraszu. Syjonizm był wtedy trefny [w znaczeniu: zakazany - przyp. MM] wśród ludzi religijnych. Dlatego wszyscy uczniowie bet-hamidraszu zaczęli modlić się na głos aby zagłuszyć głos chazana, który odmawiał słowa upamiętnienia. I udało im się!

Myślę, że Księga Pamięci służy właśnie przywoływaniu takich kuriozów [jak opisane powyżej]. Chodzi o to by opowiedzieć naszym dzieciom, a potem ich dzieciom, co mogło się wydarzyć w miasteczku ich przodków.

A teraz kilka zdań o tym jak zareagowaliśmy na wielkie nieszczęście, które spotkało polskich Żydów i naszych jędrzejowskich męczenników. Dowiedziawszy się, że żyje jeszcze niewielka liczba jędrzejowskich Żydów, którzy znajdują się w Niemczech, szybko zorganizowaliśmy Jędrzejowskie Towarzystwo Pomocowe i choć było nas niewielu - mój brat Chaim, Abram Pleszowski, jego siostra Bajla, Rubinsztajn, Gołda Zernicka i ja - pracując ponad siły wysłaliśmy do Niemiec tyle paczek z żywnością ile tylko mogliśmy. Nawiązaliśmy również kontakt z ludźmi z Jędrzejowa w Nowym Jorku, którzy wydelegowali do nas przyjaciół - Mosze Chencińskiego i Berla Mordkowicza. Wspólnie opracowaliśmy plan akcji pomocowych dla naszych jędrzejowskich współziomków i robiliśmy wszystko, aby  mogli jak najszybciej opuścić te przeklęte Niemcy i znaleźć schronienie w Izraelu lub w innym kraju, w którym Żydzi mogą być wolni.

Z radością i zadowoleniem przyjęliśmy decyzję o wydaniu Księgi Pamięci poświęconej naszej zniszczonej żydowskiej społeczności, naszym męczennikom. Postanowiliśmy pomóc w urzeczywistnieniu tak ważnej inicjatywy. Szczególne podziękowania należą się jędrzejowskiemu ziomkostwu z Nowego Jorku za zorganizowanie tej świętej pracy również w Kanadzie.

Każdy z nas, pochodzący z Jędrzejowa, z podziwem brał do ręki Księgę Pamięci i błogosławił tych, którzy wystawili naszemu miastu ten historyczny pomnik.
 

*

Tłumaczenia wybranych tekstów z Księgi Pamięci Żydów jędrzejowskich
[Sefer-HaZikaron LeYehudi Yendzhyev pod redakcją Shimshona Dov Yerushalmi, Tel Aviv, 1965]

Autor tłumaczenia z języka jidysz: MICHAŁ MAZIARZ 

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego







 
 
 

niedziela, 25 grudnia 2022

KSIĘGA PAMIĘCI - Mosze Wajcman / Nowy Jork

Czwartek w Jędrzejowie (wspomnienia)


Moje wspomnienia z miasteczka Jędrzejów, w którym się urodziłem, budzą we mnie obrazy z przeszłości. Moje oczy do dziś widzą wszystkie ulice i uliczki, które były mi zawsze tak drogie.
Widzę piękne zielone pola dookoła naszego sztetl, piękne sady owocowe, pełne soczystych jabłek i gruszek, które zdobiły miasto ze wszystkich stron.
Pamiętam jędrzejowskie szabaty w latach mojej młodości - w piątek wieczór chłopcy i dziewczęta z różnych grup społecznych, wykształceni i prości, wychodzili na drogę do lasku w Podchojnach, a spacerując śpiewali różne ludowe piosenki. Ze wszystkich, które zwykliśmy śpiewać, szczególnie utkwiła mi w pamięci pieśń „Kinder-jorn” [„Lata dziecięce” - piosenka Mordechaja Gebirtiga - przyp. MM]:
Och, moje dziecięce lata, na zawsze pozostaniecie żywe w mojej pamięci!
Trzymając pióro w dłoni aby zapisać garść wspomnień, odkrywa się przed moimi oczyma miejsce, w którym urodziłem się i wychowałem, wszystkie zaułki miasta, w którym przeżyłem to, co najpiękniejsze i najdroższe - dusza moja.
Pamiętam także coś z jędrzejowskiej rzeczywistości - czwartkowy targ.
[Przypominam sobie, że] w środę wieczorem żydowscy sklepikarze i handlarze zaczynali zerkać w niebo. Zawsze gdy pojawiały się chmury, zwykli z drżącym sercem prosić Boga: „Dobry Boże! Wstrzymaj deszcz do piątku - targ musi się odbyć!”
A kiedy Bóg wsłuchiwał się w ich prośby i w czwartek rano wychodziło słońce, kupcy i rzemieślnicy wznosili ręce ku niebu i cicho szeptali słowa wdzięczności dla Stworzyciela Wszechświata, który nie nie zostawił swojego Ludu Izraela…
O świcie ulice i uliczki były jeszcze puste. Z daleka słychać było końskie rżenie - był to pierwszy sygnał, że nadchodzą. Ze wszystkich stron zaczynały się zjeżdżać chłopskie fury załadowane wszystkim co najlepsze, kurami i jajkami, owocami i warzywami, z chłopką i jej dziećmi, którym trzeba było kupić jakieś „mecyje”.
Z drugiej strony dochodziło skrzypienie drzwi. Żydowski Jędrzejów też chciał się załapać. Żydzi biegli w tałesach i tefilin chcąc zdążyć na wspólną modlitwę. Wszyscy kłócili się o pierwszy minjan [kworum modlitewne niezbędne do wspólnej modlitwy, wynoszące dziesięciu dorosłych mężczyzn – przyp. MM]. Krótko mówiąc, dziś każdy się spieszy, cóż począć?

Czwartkowy targ - rok 1890.


Składy [wokół Rynku] otwierają się szybko, również wszystkie stragany wypełniają się produktami. Efraim jest pierwszym, który rozkłada swoje produkty, owoce i warzywa - od bramy aż do zakładu Minca.
Wkrótce pojawiają się także tandeciarze ze swoimi ubraniami (...), szewcy z butami. Dalej dołączają kolejni kupcy - ktoś z galanterią, ktoś z zabawkami, wreszcie ktoś z jedzeniem i zimnym bimbrem.
Większość chłopów, którzy przybywają do miasta z własnymi plonami, przyjeżdża z dużym opóźnieniem. To chłopi, których energiczni kupcy zatrzymali na rogatkach miasta wykupując cały towar. Ale nie wszyscy chłopi dają się zatrzymać. Ci z nich, którzy mają żyłkę do handlu będą windować ceny do tych, które płaci się w mieście - ich, broń Boże, nie oszukasz…

Czwartkowy targ w Jędrzejowie - rok 1898.

Około godziny 10 rano jarmark jest już w pełnym rozkwicie. W miasteczku jest tłoczno i gwarno. Tak jest do południa. Później targ zaczyna się kurczyć. Chłopi kończą swoje zakupy, przeliczając pieniądze, które im jeszcze zostały.

Jeśli jarmark był udany, kupują coś jeszcze lub idą do szynku zabawić się.

Żydowscy kupcy i rzemieślnicy również podliczają rachunki i pozostały zarobek. Zastanawiają się komu trzeba udzielić pożyczki [niskoprocentowa lub bezprocentowa pożyczka udzielana Żydom w potrzebie przez społeczną kasę pożyczkową Gemilus Chesed - przyp. MM], a kto może jeszcze zaczekać do jarmarku w innym miasteczku. Planują gdzie i kiedy jechać aby załapać się na kolejny dobry jarmark lub dzień targowy. Podliczają rachunek zysków.

Tak żyli i handlowali nasi jędrzejowscy bracia, brali śluby, dawali hojne posagi, zakładali rodziny - do czasu gdy przyszedł diabeł i unicestwił wszystko na tym bożym świecie. Zawsze będziemy nosić pamięć o nich głęboko w naszych sercach.

Tak jędrzejowscy Żydzi handlowali butami w dzień targowy - rok 1898.







 

*

Tłumaczenia wybranych tekstów z Księgi Pamięci Żydów jędrzejowskich
[Sefer-HaZikaron LeYehudi Yendzhyev pod redakcją Shimshona Dov Yerushalmi, Tel Aviv, 1965]

Autor tłumaczenia z języka jidysz: MICHAŁ MAZIARZ 

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego



sobota, 24 grudnia 2022

KSIĘGA PAMIĘCI - Jakow Wilczkowski

Urodziłem się w Jędrzejowie. Moimi rodzicami byli Mosze i Cerka (z Sędziszowa). Mieszkaliśmy przy ulicy Kieleckiej pod numerem 2. Moi rodzice mieli sklep z owocami i artykułami spożywczymi przy ulicy Kościelnej 1. Obecnie mieszkam w Ramat-Gan przy Rehovot HaNahar 19.

Krótko po wybuchu wojny wyjechałem wraz z ojcem do Chmielnika. Stamtąd ojciec mój uciekł dalej - do Staszowa. Szybko wrócił jednak do Chmielnika i pozostaliśmy razem u mojego wuja Menachema Mendla Wilczkowskiego. Wróciliśmy stamtąd do Jędrzejowa i zatrzymaliśmy się wszyscy, razem z moją matką, trzema siostrami: Ester, Libe i Belą, jak również moim młodszym bratem Szmulem, we wsi u znajomego chłopa, któremu dobrze zapłaciliśmy za niedogodności z tym związane. Nasz sklep stał się bezpański i nazistowscy żołnierze zrabowali wszystko.

Zaczęło się wyłapywanie ludzi do pracy prosto z ulicy, a nawet z ich własnych domów. Nasi „dobrzy” sąsiedzi, Polacy, świętowali i pokazywali gdzie jest teraz miejsce Żydów.

Zaczęła się praca przymusowa - uprzątanie ruin zbombardowanych domów, sprzątanie ulic i chowanie zabitych. Wkrótce zaciągnięto do pracy jeszcze więcej ludzi - tak dużo jak to było możliwe, aby znęcać się nad jak największą liczbą Żydów.

Pewnego dnia zgromadzono kilkuset młodych chłopców i wysłano ich do Cieszanowa. Przebywałem tam przez osiem tygodni. Następnie wysłano nas do Lublina, do dużego obozu przy ulicy Lipowej 7, gdzie znajdowało się już wtedy kilka tysięcy Żydów. Pracowałem w stolarni kierowanej, co oczywiste, przez SS-mana.

Warunki tam były jeszcze do przeżycia bo nadal dostawaliśmy paczki żywnościowe z domu.

Dotarłem do Kraśnika - tamtejszy Judenrat pomógł mi w dalszej podróży.

Judenratom z okolic Lublina niech będzie na zawsze zapamiętane, że pomogły zbiegłym Żydom uciec jak najdalej…

W ten sposób dowlokłem się jakoś do domu. Tam pozostałem do połowy 1942 pracując na kolei jako stolarz.

Podczas pierwszego wysiedlenia z Jędrzejowa cała moja rodzina została wysłana do Treblinki. Ze smutkiem i bólem wspominam fakt, że mogłem uchronić mojego ojca od pierwszej deportacji załatwiając mu pracę jako stolarz, ale on nie chciał opuścić mojej matki i mojego rodzeństwa. Zdecydował się dzielić z nimi ten gorzki los. Nie wiem czy udałoby mi się go uratować, ale może zostałby przy życiu…

Po pierwszym wysiedleniu nie dopuszczono mnie więcej do pracy na kolei. Pozostałem w małym getcie żeby pracować przy likwidacji dobytku wysiedlonych jędrzejowskich Żydów.

W lutym 1943 roku wszystkich nas pozostałych dotąd w mieście wysłano do Skarżyska gdzie zostaliśmy zatrudnieni w fabryce „HASAG” (Hugo-Schneider Aktiengesellschaft). Tam również pracowałem jako stolarz aż do połowy 1944 roku. Armia rosyjska dotarła wtedy nad Bug, a nas wysłano do Buchenwaldu.

Przez pierwsze dziesięć dni dawano nam bardzo dobre jedzenie i pozwolono odpocząć. Nie rozumieliśmy jakie plany mieli naziści. Jak się później okazało, chcieli aby nasi nowi zarządcy widzieli nas zadbanymi i zdolnymi do pracy. Po „dziesięciu sytych dniach” zaczęły się dni bólu i niedoli. Z jednej strony harówka, a z drugiej - złe jedzenie, którego w dodatku było bardzo mało. Tak naprawdę ledwo starczało żeby utrzymać nasze dusze przy życiu. A ponadto - bezlitosne bicie bez końca…

Nasz nowy „raj” nazywał się Schlieben, 90 km od Lipska. Pracowaliśmy tam w grupach po 25 osób i produkowaliśmy narzędzia dla robotników.

W tej gehennie przetrwałem do 25 kwietnia. Przetransportowano nas wtedy do Theresienstadt, gdzie pozostałem do 9 maja 1945 roku kiedy wyzwoliła nas Armia Czerwona.

Jak się później dowiedzieliśmy, nazistowscy mordercy rozpoczęli przygotowania do zabicia wszystkich Żydów i innych więźniów, którzy znajdowali się wtedy w obozie. Na szczęście szybki triumf Armii Czerwonej pogrzebał ten szatański plan. Niestety bardzo wielu więźniów nie miało tyle szczęścia - zmarli po wyzwoleniu obozu, właściwie padali jak muchy.

Szybko wyruszyłem do Jędrzejowa mając nadzieję, że odnajdę tam kogoś z moich bliskich. Z największym bólem przekonałem się, że czeka mnie gorzkie rozczarowanie. Bałem się nawet podejść do naszego domu i sklepu bo polscy antysemici mordowali każdego Żyda, który miał czelność pokazać się w swoim zniszczonym domu…

Będąc w Jędrzejowie przez trzy dni ukrywałem się ciągle przed wrogimi spojrzeniami. W końcu wyjechałem do Wrocławia.

Później z Landsbergu w strefie amerykańskiej wyruszyłem do Holandii, gdzie pracowałem przez trzy lata w dużej fabryce radioodbiorników „Philips”.

W roku 1950 przyjechałem do Izraela, gdzie żyję szczęśliwie.

*

Tłumaczenia wybranych tekstów z Księgi Pamięci Żydów jędrzejowskich
[Sefer-HaZikaron LeYehudi Yendzhyev pod redakcją Shimshona Dov Yerushalmi, Tel Aviv, 1965]

Autor tłumaczenia z języka jidysz: MICHAŁ MAZIARZ 

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego



KSIĘGA PAMIĘCI - I-l D-cz (Izrael Dutkiewicz)

Hilel Dutkiewicz błogosławionej pamięci

Hilel Dutkiewicz
 

Będąc młodym chłopcem, może nawet nie mając lat 16, Hilel Dutkiewicz porzucił swój przytulny dom rodzinny w Jędrzejowie i tuż po pierwszej wojnie światowej, w 1918 roku, udał się do Erec Isroel [Ziemi Izraela - przyp. MM], nie posiadając pozwolenia na podróż (certyfikatu od władz angielskich), (...) wierząc mocno, że dzięki swej silnej woli uda mu się, jak i jego przyjaciołom, dotrzeć do Ziemi Izraela.

I udało im się choć nie tak łatwo to sobie przedstawiali…

Długo, bardzo długo wędrowała grupa ponad stu chaluców z Polski przez Katowice, Wiedeń i rozliczne europejskie miasta portowe, cierpiąc głód i niedostatek aż nadeszło wybawienie i mogli radować się przekraczając ostatnią granicę by wreszcie dotrzeć do Erec Isroel!

Hilel Dutkiewicz przeświadczony był o swojej słuszności, o tym, że że jego droga jest właściwa i że będzie budował swoją własną przyszłość w kraju swoich marzeń - w Ziemi Izraela!

Hilel był jednym z założycieli kwucy Geva [kwuca - rolnicza wspólnota gospodarcza - przyp. MM] w dolinie Jezreel, w którą włożył mnóstwo trudu i sił - za dnia pracował, wieczorami zaś trzymał wartę (...) . Kilka lat później wyjechał do Niemiec ale także tam pozostał wierny swoim ideałom i pracował na rzecz Kraju Izraela.

Gdy Hitler, niech jego imię będzie wymazane, doszedł do władzy w Niemczech, Hilel Dutkiewicz wyjechał i począł wędrować z kraju do kraju. Był w Holandii, Belgii, Francji i Włoszech.

Tam poznał swoją przyszłą żonę Fridę i wziął z nią ślub w Mediolanie. Stamtąd wyjechali razem do południowej Afryki gdzie urodził się ich syn Szlojmele. W 1941 roku dotarli do Ameryki.

Odnosił tam duże sukcesy w nowym biznesie. Jednocześnie, obudziła się w nim tęsknota za Izraelem. Wspierał hojnie izraelskie fundacje , kilkakrotnie odwiedzał Kraj i postawił sobie za ostateczny cel zamieszkać kiedyś w Izraelu.

Niestety, nie miał szczęścia doczekać urzeczywistnienia swoich snów za życia. W1960 r. zmarł po dwuletniej, ciężkiej chorobie w wieku 57 lat.

Jego ostatnią wolą wobec żony i syna było:

„Pochowajcie mnie w Izraelu. Niech choć moje kości tam spoczną!”

Jego wola została wypełniona i na jerozolimskim cmentarzu odpoczywa snem wiecznym dwóch braci. Ich groby znajdują się obok siebie, a napis na macewie głosi:

„Tu spoczywa dwóch braci, Hilel i Szmul Dutkiewicz błogosławionej pamięci”.

Zmarły Hilel osiągnął swój cel choć niestety trochę zbyt późno.

"Kochający się i mili przyjaciele, za życia i w śmierci nie są rozdzieleni" [nawiązanie do słów Dawida na wieść o śmierci Saula i Jonatana - 2 Księga Samuela (2 Sm 1, 23) - tłumaczenie za Biblią Tysiąclecia]

 

*

Tłumaczenia wybranych tekstów z Księgi Pamięci Żydów jędrzejowskich
[Sefer-HaZikaron LeYehudi Yendzhyev pod redakcją Shimshona Dov Yerushalmi, Tel Aviv, 1965]

Autor tłumaczenia z języka jidysz: MICHAŁ MAZIARZ 

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego