Pokazywanie postów oznaczonych etykietą getto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą getto. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 sierpnia 2021

Getta

Od jesieni 1939 roku władze hitlerowskie rozpoczęły na terytoriach okupowanych organizować getta. Były to izolowane zamknięte dzielnice w miastach lub ośrodki miejskie i wiejskie, przeznaczone wyłącznie dla Żydów (niemiecki. judische Wohnbezirke). Getta były skrajnym przykładem niemieckiej polityki dyskryminacji rasowej i środkiem eksterminacji ludności żydowskiej.

Inicjatorem tworzenia gett był szef Sipo (Sicheritspolizei, policja bezpieczeństwa III Rzeszy, wspólna nazwa dla tajnej policji politycznej /Gestapo/ i kryminalnej /Kripo/) i SD (Sicherheitsdienst, organ kontrwywiadu i wywiadu, tworzący z tajną policją polityczną /Gestapo/ i kryminalną /Kripo/ państwowy aparat bezpieczeństwa III Rzeszy, przemianowany 27 września 1939 roku na RSHA - Reichssicherheitshauptamt, Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy) generał Reinhard Heydrich. Był on współtwórcą obozów koncentracyjnych i jednym z głównych organizatorów masowych mordów przeciwników politycznych Hitlera w Niemczech. 21 września 1939 roku Heydrich wydał specjalną instrukcję podległym mu organom SD, SS i policji, w sprawie organizacji gett żydowskich. Z inicjatywą tworzenia gett występowali także lokalni przywódcy NSDAP, cywilna administracja terytoriów okupowanych, Wermacht i działacze mniejszości niemieckiej.

Getta podlegały władzom administracji ogólnej (wydziałom przesiedleń w urzędach szefów dystryktów i bezpośrednio komisarzom dzielnic żydowskich) oraz policji bezpieczeństwa (Referatowi IV B 4 do spraw żydowskich w RSHA i jego odpowiednikom w poszczególnych dystryktach). Organami pomocniczymi były Judenraty i policja gettowa. Zajmowały się ona pomniejszymi sprawami administracyjnymi wewnątrz getta. Policja żydowska ułatwiała Niemcom eksterminację ludności gett, między innymi przez utrzymywanie jej w psychozie bierności.
Pierwsze getto założono na okupowanych ziemiach polskich, w mieście Piotrków Trybunalski (październik 1939 roku). Następne były getta w Puławach i Radomsku (grudzień 1939 rok), Jędrzejowie (marzec 1940 rok). Następne tworzono w Łodzi, Warszawie, Lublinie, Krakowie i Radomiu.

Początkowo getta miały charakter otwarty, jednakże za przekraczanie ich granic groziły surowe kary. Od 1940 roku getta zostały całkowicie zamknięte. Ich teren otoczono murami lub drutem kolczastym. Ludność żydowską stłoczono na bardzo małej powierzchni (7-10 osób na jedną izbę mieszkalną), nie zapewniając jej żadnych warunków przeżycia. Wcześniej ograbiona z majątku, ludność była dziesiątkowana przez epidemie chorób zakaźnych (tyfus plamisty) i głód. Opuszczanie getta karane było karą śmierci.

Źródło:

wtorek, 5 stycznia 2021

Na granicy getta

Józef Waldemar Wiejacz – okupacja  
Przez całą okupację niemiecką ojciec mój pracował, podobnie jak przed wojną, w warsztatach naprawczych kolei wąskotorowej. Wychodził o 6 rano, wracał po 12 godzinach. Wkrótce do pracy w tych samych warsztatach poszedł mój 12-letni wtedy brat, Janek, który wyuczył się tam zawodu ślusarza. W 1940 r. urodził się mój młodszy brat Irek. Ja natomiast zacząłem chodzić do szkoły, która mieściła się przy ulicy Kościelnej, naprzeciwko kościoła Świętej Trójcy, blisko granicy getta. Wspominam o tym, gdyż kilkakrotnie widziałem zastrzelone żydowskie dzieci ułożone na skarpie płynącej obok rzeczki w taki sposób, abyśmy wszyscy mogli je zobaczyć. Ich przewinieniem było to, że samowolnie opuściły teren getta. Byliśmy tym wstrząśnięci.
(...)
 

Źródło:
Opowieści o świcie i zmierzchu. Rzecz o dawnym Jędrzejowie i nie tylko - Andrzej Kalinin, Zbigniew Ciałowicz, Józef Gierczak, Jan Hatys, Jan Zając - Wydawnictwo Literackie "Li-TWA", 2011.

http://www.andreovia.pl/opowiesci-odcinek-5

 

wtorek, 29 grudnia 2020

Skarbnik

Abram Zylberszac

Data urodzenia: 11.9.1889

Adres w getcie: Pińczowska 16

Praca w getcie: skarbnik Komitetu Opiekuńczego

 

Źródło:

Żydowski Instytut Historyczny, zasób Żydowska Samopomoc Społeczna 1940-1942, sygn. 211/483/25810

środa, 16 grudnia 2020

Józef Jaskulski - relacja

Urodziłem się w Oksie pow. jędrzejowskim w roku 1896. Rodzice moi zajmowali się rolnictwem posiadając 20 morgów ziemi. Ja początkowo pomagałem im w rolnictwie dorywczo, o ile mnie czas studjów moich w szkole średniej pozwalał. Po ukończeniu szkoły średniej w Jędrzejowie udałem się na studja wyższe do Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie (SGGW), którą ukończyłem w 1933 r. i otrzymałem tytuł inż. rolnego. Specjalizacją moją była polityka ekonomiczna.
Kiedy otrzymałem dyplom wróciłem w swoje ojczyste strony do Jędrzejowa i tam pracowałem do 1938 r., czyli przez cztery lata w charakterze instruktora rolnego w powiecie. Wtedy właśnie w tym okresie miałem kontakty z inteligencją tak polską jak i żydowską. Wśród nich zaprzyjaźniłem się z rodziną nieżyjącego już p. Brajborta*. Wówczas p. Brajbort prowadził handel nawozami sztucznymi. Tenże p. Brajbort często mnie gościł. Ja otrzymywałem od niego takie w każdym bądź razie miłe podejście i towarzyskie i wszechstronne, ze mnie to zobowiązywało wszechstronnie w stosunku do niego. Nawiązała się między nami serdeczna przyjaźń. Dlatego też w późniejszym okresie, kiedy przeprowadziłem się do Warszawy, to zawsze nie omieszkałem ich odwiedzić kiedykolwiek przyjeżdżałem do Jędrzejowa i byłem ich gościem.
W 1939 r. wybuch wojny zastał mnie w Warszawie, gdzie byłem zatrudniony w mleczarstwie tzw. mleczarni miejskiej „Agril”. W tej mleczarni pracowałem przez okres niemal całej wojny. Ponieważ moja praca w tej mleczarni była dość łatwa i nie absorbowała dużo mojego czasu mogłem często wyjeżdżać, czyli pracę opuszczać.
Moi szefowie byli na tyle względni, że pozwalali mi na częste wyjazdy do Jędrzejowa i do Kielc, gdzie również miałem sporo znajomych, więc informowałem ludzi, bo już wtedy tworzyły się getta. Więc na przykład w Jędrzejowie informowałem o tym jak przebiega akcja w Warszawie, bo oni nie mieli możliwości, więc wszyscy byli żądni i ciekawi. W Jędrzejowie więc poza p. Brajbortem całą inteligencję żydowską odwiedzałem, tam miałem kolegę, Strumpf się nazywał, który teraz jest w Ameryce. Poza tem był tam niejaki p. Wargoń, tam też u nich bywałem, on handlował zbożem, ich także informowałem o tem jak sytuacja wygląda. Przede wszystkiem moja bazą był p. Brajbort. Już w r. 1942 było w Jędrzejowie getto stworzone.
Pewnego razu przyjeżdżam do Jędrzejowa, p. Brajbort kiedy mu sytuację przedstawiłem, że jest nadzwyczajna, słuchy mnie dochodzą, że jest Treblinka, że tam transporty do Treblinki dochodzą na zniszczenie, powiedziałem o tem, że z Kielc informują o tem wszystkim, na co p. Brajbort odpowiedział: Wiem o tem i jestem zorjentowany, to ciężki los Żydów z Jędrzejowa czeka, wobec tego jako przyjaciel, jeżeli by pan mógł coś mi zrobić, to byłbym panu wdzięczny. Służę do pańskiej dyspozycji – odpowiedziałem.
Pytanie: Czy to były rozmowy, które Pan prowadził z p. Brajbortem w okresie kiedy jego rodzina znajdowała się już getcie i można się było do nich dostać?
Tak, to było w tym okresie i można było ich w getcie odwiedzać. Co prawda gettem obejmowane było ich mieszkanie, gdzie oni przedtem mieszkali, tak że nie mieli trudności i nie musieli się przenosić. Dopuszczalne były jednak odwiedziny, getto nie było zamknięte gdyż to było przed akcjami.
P. Brajbort więc zwrócił się do mnie mówiąc: Ja nie zamierzam absolutnie się ukrywać, bo mnie na to nie będzie stać, ale jeśli odnośnie mojej córki i zięcia i jej dziecka, jeżeli Pan mógłby coś przedsięwziąć to bardzo bym był wdzięczny. Ja mówię - służę chętnie.
No i ustaliliśmy z nim, że ja właśnie tą córkę, obecnie Mauerową – Lolę Brajbort z córeczką maleńkiem wówczas dzieckiem zabiorę i chwilowo umieszczę u swej siostry w Oksie. Tak właśnie zrobiłem. Wziąłem wóz tam z Jędrzejowa, ją na wóz i akuratnie żeśmy tak utrafili, że przed wysiedleniem ja ją łącznie z dzieckiem zabrałem. To było w 1942 roku na dwa miesiące przed wysiedleniem. Natomiast odnośnie p. Mauera męża Loli, to on jeszcze pozostał w mieszkaniu w getcie przy teściu, z tem właśnie, że ustaliliśmy, że jeśli będzie mu coś zagrażać dalsza akcja z mojej strony będzie podjęta, mimo że byłem w Warszawie, ale zawsze miałem możność poruszania się i ewentualnego przyjazdu. Tą córkę z dzieckiem odwiozłem do mojej siostry i tam pozostali.
No i dowiaduję się, ze jest wysiedlenie – przyjechałem i rzeczywiście widziałem, jak wysiedlali. P. Mauer jednak do tego wysiedlenia nie poszedł, został przez nich samych tj. Niemców wyznaczony do porządkowania rzeczy, które pozostały u Niemców i do ich segregacji. To były rzeczy, które pozostały po Żydach, po ich wysiedleniu.
Tak więc z p. Mauerem byłem w kontakcie. Wtedy Niemcy ogłosili, że pozostali Żydzi mogą sobie być w getcie zamkniętym i nic im nie grozi. Chwilowo żona p. Mauera Lola uwierzyła temu no i myśmy uwierzyli, że tak będzie. Więc wróciła do Jędrzejowa aby z mężem zamieszkać, ale nie długo z nim była. Naraz bowiem jest akcja, prowadzono pińczowskich Żydów i tych jędrzejowskich do nich dołączają.
Mnie akurat w Jędrzejowie nie było byłem w Warszawie, dano mi znać i ja przyjeżdżam. Oni natomiast, ta p. Lola i jej córka szczęśliwie zostały wyprowadzone i ulokowane u drugiej mojej siostry w Jędrzejowie. To wszystko odbyło się podczas tej akcji. Niestety nie było już innej rady, jednak sytuacja była już taka niebezpieczna, że trzeba było się zabrać do warszawy. I wtedy p. Lolę z córeczką zabrałem do Warszawy, do siebie do mieszkania, a p. Mauer pozostał tymczasem nadal w Jędrzejowie. Jego brat znowuż u jednego gospodarza w innym miejscu się przechowywał. Pozostało tam kilku Żydów, którzy się razem przechowali jak naprzykład jeden który obecnie jest w Ameryce, p. Rubinek Ryszard, następnie dwaj bracia Kluska, wszyscy oni przechowali się w Jędrzejowie u niejakiego p. Gałka. W tym okresie też getta już nie było po wysiedleniu Żydów zostało zlikwidowane. Oni więc byli w tym ukryciu i myśmy donosili im tylko żywność i pieniądze. Było ich razem 5-ciu. Dwaj bracia Rubinek, dwaj bracia Kluska i p. Mauer.
Jeden z tych Rubinków nie wytrzymał tam i zmarł naturalną śmiercią, a wszyscy inni się przechowali. Ukrywali się w bunkrze, jak już wspomniałem poprzednio u p. Gałki
Pytanie: Jak długo oni się tam przechowywali?
Przez kilka miesięcy tam się znajdowali aż sytuacja stała się ponownie niebezpieczna, a że to był lipiec sam p. Mauer zgłosił się i poszedł do Skarżyska, a później ze Skarżyska do Częstochowy. Tak przetrwał aż zgłosił się do Arbeitsamtu, a potem go wysłali. Ja natomiast zająłem się wyłącznie p. Lolą i jej dzieckiem.
Pytanie: Jaki był los p. Brajborta?
Naturalnie podzielił los wszystkich wysiedlonych, pojechał do Treblinki z żoną, drugą córka i zięciem. Oni już zostali w Treblince zagazowani. do pierwszej akcji jeszcze ich widywałem, a potem jak zostali wysiedleni, więcej już nie wrócili.
Pytanie: Jak był los p. Loli Brajbort (Mauer) i jej dziecka?
Otóż, jak poprzednio opowiedziałem, przyjechała do mnie do Warszawy i zamieszkała na ul. Wilczej 24a. Tam jakiś czas zatrzymaliśmy się i zaczęliśmy rozmyślać co dalej robić. Ponieważ i w Warszawie akcja była i niepewnie było, zawiozłem jej córeczkę do jeszcze trzeciej siostry mojej, która obecnie mieszka koło Warszawy, a wtedy mieszkała w Sokołowie Podlaskim. Moja siostra miała też córeczkę niedużą i obydwie zaprzyjaźniły się bardzo, a p. Mauerowa chwilowo zamieszkała u mnie.
Obecnie córeczka p. Mauerowej wyszła tu już za mąż i z męża się nazywa Feller, na imię nieczytelne wtedy wołaliśmy na nią Lala, była na aryjskich papierach. Także p. Lola była na aryjskich papierach i nazywała się Więckowska. Tak więc p. Mauerowa była u mnie, a jej córeczka u mojej siostry.
Był czas, że rzeczywiście ludzie „kapo” chodzili po Warszawie, wywęszyli to wszystko i pani Lola miała nawet przykrość, bo trzeba było dać okupu 100 dolarów. Powodem też było, że p. Lola zaprzyjaźniła się z drugą Żydówką, która utrzymywała kontakt z pewnym aryjczykiem, już żonatym. Więc sytuacja bardzo niewyraźna, bo żona tamtego prześladowała tą Maryjkę Żydówkę zaprzyjaźnioną z p. Lolą, i tak doszli do p. Loli i ona musiała dać odczepnego 100 dolarów i odczepili się.
Chwilowo więc musiałem p. Lolę umieścić na Żoliborzu. Ale jak to wszystko już przeszło minęło, uspokoiło się, pojechałem po p. Lolę zabrałem do siebie i dzieciaka też przywiozłem i zamieszkali u mnie na ul. Wilczej 24.
Pytanie: Czy na Żoliborzu miał Pan przyjaciela, u którego ona czasowo przebywała?
Na Żoliborzu dostaliśmy z organizacji mieszkanie niejakiego Jagiełło. Z organizacji AK otrzymaliśmy ten adres i tam, przez okres kilkumiesięczny przebywała do chwili, jak już zaznaczyłem, aż ucichło, wtedy ją zabrałem spowrotem, sprowadziłem też jej córeczkę i nieczytelne zamieszkaliśmy.
Przed rozpoczęciem powstania przewidywaliśmy znowu, że sytuacja stanie się ciężka, że razem możemy tu zginąć, wobec czego poszła z dzieckiem znowu na Żoliborz. Tam ją powstanie zastało.
Przy likwidacji powstania ona innym etapem wyszła a ja innym. Dopiero listownie na adres Jędrzejowa ona zawiadomiła, że jest w Samsonowie koło Kielc i prosiła o dosłanie jej rzeczy, bo wyszła bez niczego.
Pytanie: Jakie były jej środki materjalne i aprowizacyjne przez cały czas?
Ja z własnych funduszów względnie też jej, bośmy mieli wszystko to razem. Część prawda wzięliśmy nawet z Jędrzejowa, bo przecież to byli ludzie zamożni, ale wiele ona o to nie dbała, gdyż świetnie opanowała technikę szydełkowania i w tym okresie zarobkowała. Miała bardzo dużo pracy i po zakończeniu powstania pozostało jej jeszcze wiele z tej pracy, tak dużo jej naniesiono. Zarabiała dobrze, tak że materjalnie dość możliwie było.
Po tym wysiedleniu, gdyśmy się skontaktowali także jej mąż został już oswobodzony i poprzez moją siostrę z Jędrzejowa dowiedział się o mnie, więc dałem mu adres żony jego. Pojechał do Samsonowa no i przywiózł ją do Jędrzejowa i wszyscyśmy się tam spotkali.
Tak wyglądała cała epopea.
Pytanie: A pan inżynier podczas okupacji kontynuował swoje zatrudnienie?
W czasie okupacji właśnie pracowałem w "Agrilu", ale później Niemcy w czasie powstania to zniszczyli. W Jędrzejowie oni mieszkali w swoim mieszkaniu, które spowrotem odzyskali, do lipca mniejwięcej, a potem wyjechali do Wrocławia. A ja w październiku w ślad za nimi pojechałem.
Pytanie: Co się stało z tą grupka ludzi ukrywających się w tym bunkrze u Gałki?
Oni się uratowali. Ci dwaj bracia Kluskowie są i wyjechali do Australji. Także Rubinek Ryszard jest w Australji. Kontaktujemy się ze sobą i serdeczny bardzo łączy nas stosunek. Ten drugi Rubinek zmarł, był chory na gruźlicę i dlatego nie wytrzymał warunków ściśnienia w bunkrze.
Zamieszkaliśmy we Wrocławiu. P. Mauer prowadził tam wytwórnię wody sodowej, ja natomiast, jako naczelnik aprowizacji miasta Wrocławia pracowałem, tak więc kontakt nasz nadal trwał. Także Wargonia odwiedzałem, może nie wszystko ci się dotyczy niego wiedziałem, gdyż Wargoń podczas wysiedlenia jednak nie był jak inni posłuszni, tylko uciekł. Nie podporządkował się, uciekł i schował się. Również siostra Wargonia się uratowała. Mieli trochę pieniędzy u właścicieli ziemskich w Jędrzejowie, które po wyzwoleniu otrzymali spowrotem i tak im się też udało.
Tam we Wrocławiu zgrupowała się więc cała kolonja uratowanych ludzi z Jędrzejowa.
Mauerowie opuścili Polskę w 1946 roku. Wyjechali z Wrocławia do Bergen Balzen [Belsen] do Niemiec. Tam nie wiem jak długo byli, ale potem wyjechali stamtąd do Izraela. Cały czas w Bergen Balzen w Izraelu mieliśmy kontakt listowny. Ja przez cały czas mieszkałem we Wrocławiu i pracowałem w Zarządzie miejskim jako naczelnik aprowizacji. Później po paru latach przeniosłem się znowu do mleczarstwa, do mojej dziedziny.
W roku 1959 pp. Mauerowie przysłali mi zaproszenie, żeby koniecznie ich odwiedzić w Izraelu. Przyjechałem do Izraela w maju i byłem aż do połowy czerwca 59 roku przez 6 tygodni. Poznałem wielu Jędrzejowian, których nawet przedtem nie znałem i z tą kolonją jędrzejowską bardzo mile spędziłem ten czas.
No i nadal utrzymywaliśmy ten kontakt. Kiedy ich córka wychodziła zamąż w [19]63 r. w sierpniu p. Mauerowa przysłała zaproszenie i nawet pieniądze na podróż, ażeby pojechać na ślub. Ponieważ tak bardzo serdecznie byłem przyjmowany chciałem przyjechać, ale zbyt długo wydawano mi paszport i dlatego nie zdążyłem na ślub. Zamiast więc w sierpniu pojechałem 17-go grudnia [19]63 r. Teraz jestem tutaj i mam zamiar pobyć przez 3 miesiące.
Obecnie zwiedzam kraj. Zwiedziłem Ejlat, całą pustynię Negew, ze znajomymi, którzy wzięli mnie w swój samochód i jeździłem z nimi. W ten sposób poznałem południe kraju. Ponadto byłem 4 dni w Jerozolimie, w mieszkaniu mej wychowanicy Lali, tam z jednym znajomym zwiedziłem Jerozolimę. Jak Papież był, byliśmy na górze Cyjon, tak dokładnie wszystko poznałem. W ogóle dobrze mi się złożyło.
Poprzednio w r. 1959 zwiedziłem Galileę i jej miejscowości. Obecnie chciałbym jeszcze pojechać nad Morze Martwe, Sodomę i Engedi [Ein Gedi] zwiedzić. Poza tem chcę, bo jak wspomniałem jestem z zawodu rolnikiem, poznać zagadnienia rolne od strony praktycznej i ekonomicznej, możliwie wszechstronnie. Przyjrzeć się życiu społecznemu w kibucach, które bardzo mnie interesuje, jak oni podchodzą do tych zagadnień.
 
Yad Vashem, marzec 1964 r.

Źródło: Yad Vashem, Jerozolima.

Transkrypcja: Andreovia.pl
 
* inna spotykana pisownia nazwiska: Brajtbort, Breitbard [przyp. MM]

 
https://new.getto.pl/pl/Osoby/J/Jaskolski-Jozef

wtorek, 9 lipca 2019

Menachem Horowicz - relacja, cz. 3

Wysiedlenie z Wodzisławia
Wodzisław to małe miasteczko położone niedaleko Jędrzejowa. W okresie od wybuchu wojny należało ono do powiatu jędrzejowskiego. A więc wszelkie sprawy Wodzisławia rozstrzygał Judenrat jędrzejowski. Także sprawy żywności należały do zakresu działania Judenratu w Jędrzejowie. W cztery dni po wrześniowym wysiedleniu z Jędrzejowa, odbyło się wysiedlenie z Wodzisławia. Wodzisław posiadał małą własną stację kolejową. Z tej to stacji wysiedlono 20 września 1942 roku całą ludność żydowską tam zamieszkałą. (przyp.: Wodzisław nigdy nie posiadał stacji kolejowej - prawdopodobnie chodzi o pobliski Sędziszów.)
Następnego dnia po wysiedleniu z Jędrzejowa, to jest 17 września, przyjechał do mnie jakiś Polak rowerem przywożąc ze sobą list. Polak ów przybył z Wodzisławia i przywiózł list od mego kuzyna, tamtejszego członka Judenratu, od Ensla Horowicza, stałego mieszkańca Wodzisławia. Po wysiedleniu u nas ludność tamtejsza była zaniepokojona. Mój kuzyn pytał w liście: „Co u Was słychać?” Odpowiedziałem mu tą samą drogą: „Ratujcie się”. Mój kuzyn otrzymał list i razem ze swoją rodziną uciekł natychmiast do lasu. Podobnie uczyniło także wielu innych Żydów. Na liście, którą Niemcy posiadali, stawić się miało na stacji 2800 Żydów, a zjawiło się tam tylko 500 osób. Reszta uciekła w las. Także mój brat Berek wówczas wraz z rodziną do lasu. Ludzie ci uszli wysiedleniu. Ich warunki bytu w lesie były jednak bardzo ciężkie. Nastała zima i zimno dokuczało im bardzo. Pozatem ludzie załamywali się, myśleli o powrocie, bo nie wierzyli w możliwość przetrwania zimy w lesie. Do obok położonego Sędziszowa przychodziły grupy ludzi do pracy z getta jędrzejowskiego. Ludzie z lasu zaczęli się do tych grup dołączać.

Przybycie brata mojego do getta jędrzejowskiego
Zdarzyło się raz, że Niemcy zaaresztowali prezesa Judenratu, Szolowicza. Trwało to krótko. Żona jego zanosiła mu codziennie jedzenie. Przechodząc dnia tego przez Rynek z jedzeniem zauważyła jakiegoś chłopa wiejskiego, który powiedział do niej: „Dajcie znać Horowiczowi, że ktoś tu leży chory na wozie…” Zawiadomiono mnie o tem. Nie mogłem jednak udać się na Rynek, ponieważ nie wolno mi było opuścić getta. Czekałem na mojego syna, który był w tym czasie przy pracy w Sędziszowie. Mój syn wrócił. Posłałem zaraz na Rynek by przekonać się, czy rzeczywiście ktoś czeka na mnie. Mój syn pobiegł i stwierdził, że to brat mój, Berek leży chory na wozie.
Brat mój uciekł z Wodzisławia, tuż przed wysiedleniem i skrył się z rodziną swoją w lesie. Niemcy wiedzieli dokładnie, że Żydzi, którzy nie stawili się na stacji we Wodzisławiu, pouciekali do lasów. Wydali więc oni pewnego dnia rozporządzenie, które okazało się zwykłą prowokacją. Na podstawie tego rozporządzenia, w trzech następujących miejscowościach, ustanowione zostanie getto dla Żydów. Tam wolno będzie mieszkać Żydom. Do miejscowości tych należały: Ostrowiec, Szydłowiec i Nowe Radomsko. Treść tego rozporządzenia przeznaczona była głównie dla ludzi ukrytych po lasach. Ludzie ci byli już na wyczerpaniu, więc nie mieli siły i uwierzyli Niemcom. Nadjechał samochód, który miał zawieźć tych ludzi do jednej z powyżej wymienionych miejscowości. Mój brat, który znajdował się tam także, wszedł do auta tak niezręcznie, że przerwał się i dostał przepukliny. Gdy przybył do pierwszego osiedla spotkał dra Wodzisławskiego. Dr Wodzisławski, Polak, znał dobrze mojego brata. Dał mu też natychmiast skierowanie do szpitala powiatowego w Jędrzejowie. Chłop jakiś przywiózł go tutaj furmanką. Porozumiałem się z głównym sekretarzem szpitala, drem Mazurem. Dzięki jego interwencji brat mój został natychmiast przyjęty i tego samego wieczora jeszcze, operowany. Przez trzy tygodnie przebywał on w szpitalu, później dostał się do małego getta i pracował razem ze mną w kuchni.

 
Majątki w getcie
Chciałbym tu zaznaczyć w jaki sposób dysponowałem pieniędzmi, mimo że nie zarabiałem przez tak długi okres czasu. Przebywałem w getcie przez dwa i pół roku, żyłem i dysponowałem dużymi sumami. Potem przybyłem do obozu w Skarżysku-Kamiennej, gdzie przydzielono mnie do bardzo ciężkiej pracy. Otrzymałem pracę w pociskowni. Za pieniądze przeniesiony zostałem do pracy lekkiej, w magazynie u Nowickiego.
Przed wojną byłem właścicielem składu węgla i koksu. Gdy Niemcy wkroczyli do Jędrzejowa, zabrali mi cały towar, który się w tym składzie znajdował. Ostatnie 7 tysięcy złotych, które posiadałem, oddałem żonie mojej, gdy stała na placu, przed pójściem na wysiedlenie. Pozostałem więc zupełnie bez pieniędzy.
Potem ocalałem z wysiedlenia i zostałem z owymi 230 ludźmi, których zamknięto w getcie. Zostały wówczas mieszkania opuszczone i pozostawione przez tych, którzy poszli na wysiedlenie. Niemcy wyznaczyli wówczas pewną grupę ludzi spośród tych, którzy pozostali w getcie, a to w celu szukania pochowanych przez wysiedlonych Żydów majątków. Wychodzili oni bowiem z założenia, że Żydzi prędzej znajdą kryjówki zrobione przez ich braci i ukryte w nich majątki i dlatego zrobią to lepiej, niż Polacy. W tym celu wyznaczyli Niemcy jeden dom w getcie, gdzie wspomniana grupa ludzi miała znosić i zwozić wszystkie znalezione przez nich wartościowe przedmioty. My zaś, to jest ci wszyscy, którzy przebywali stale w getcie, mieliśmy zajmować się uporządkowaniem i zorganizowaniem tego domu. Dom został podzielony na części, które służyły do zbierania skór, butów, i innych towarów. W okresie tym ludzie nasi znajdowali nieraz bardzo drogocenne rzeczy i te zatrzymywali dla siebie. Pewnego razu zięć mój, Mosze Preis natknął się na paczkę z pieniędzmi. Okazało się, że w paczce znajdowało się 60 sztuk polskich banknotów po 500 złotych każden, czyli 30 tysięcy złotych. Paczkę tę znalazł mój zięć w komórce węgla należącej do hurtownika Ejbuszyca. Pozatem nasi ludzie szli do pracy tej nago, wracali natomiast ubrani we wszystko, co w danej chwili było im potrzebne.
Sytuacja nasza w getcie stawała się coraz mniej bezpieczna. Niemcy strzelali i zabijali ludzi z najbłahszego nawet powodu. Atmosfera była stale bardzo napięta i dla mnie jasne się stało, że Niemcy zlikwidują i to małe getto.
Syn mój przyniósł z prawy pewnego dnia 5 kg pieprzu, 10 par cholew damskich oraz dwa kupony bielskie. Rzeczy te przedstawiały wówczas olbrzymi majątek. Z powodu naprężonej sytuacji, jaka zapanowała w getcie, postanowiłem zdobyty majątek umieścić w jakimś pewniejszym niż getto miejscu.
Miałem znajomego Polaka, który nazywał się Różycki. Różycki w czasach normalnych był antysemitą, ale w chwilach ważnych okazał się przyjacielem człowieka. Był on dyrektorem Związku Ziemian „Opatkowice”, rozciągającego się na cały powiat jędrzejowski. Postanowiłem jemu zaufać cały znaleziony majątek.
W tym celu zdobyłem gdzieś worek, do którego włożyłem pieprz i towary, oraz ową paczuszkę zawierającą 30 tysięcy złotych. Do worka załączyłem list następującej treści: Panie Dziedzicu, proszę zachować dla siebie u siebie to, co Panu przesyłam. Niech to się znajduje w rękach Pańskich. Może mi się to przydać kiedyś na czarną godzinę”. Teraz chodziło tylko o przesłanie worka, aby dostał się do rąk Różyckiego. Do getta przywożono dla nas codziennie żywność. Przywoziła ją spółdzielnia, dwa lub trzy razy tygodniowo, zwożąc żywność z różnych dworów. Spółdzielnia przywoziła do getta mleko i mięso. Nie zawsze jednak przywożono produkty z tego samego dworu. Czekałem więc na ludzi, którzy przywiozą żywność ze znanego mi dworu. Razu pewnego, gdy przywieziono mleko, spostrzegłem mleczarza, którego znałem. Podeszłem do niego, oddałem mu list i paczkę dla Różyckiego. Nazajutrz ten sam mleczarz przywiózł do getta dwie bańki mleka. Przy tej sposobności odszukał mnie i oddał mi polecenie od Różyckiego. Różycki mianowicie proponował, ażebym podszedł następnego dnia wieczorem pod parkan getta, który graniczy jednocześnie z ogrodem związku ziemiańskiego. W miejscu tym wolno mi się było poruszać. Gdy przybyłem tam następnego wieczora Różycki czekał już na mnie, Kiedy mnie spostrzegł powiedział zaraz: „Horowicz, po co mi Wasze pieniądze?” Odpowiedziałem i wytłumaczyłem też jednocześnie, że na podstawie tego, co się obecnie dzieje w getcie, można wnioskować, że Niemcy nie pozostawią tutaj Żydów. Nie ma też obecnie żadnej żydowskiej instytucji, gdzie mógłbym te pieniądze przekazać. O ile przeżyję wojnę zgłoszę się po nie. O ile zaś nie będę żył, tłumaczyłem Różyckiemu, może z tymi pieniędzmi zrobić co mu się tylko podoba. Wolę też, w takim wypadku, by znajdowały się one u niego. Różycki wysłuchał mnie, otarł łzy, które spływały mu z oczu i powiedział: „Bądź zdrów”. Odchodząc zwrócił mi jeszcze uwagę, że gdybym kiedykolwiek pisał do niego, ażebym starał się nie używać jego nazwiska, tylko z obu stron listu mam wypisać słowa: „Ogród - Związek Ziemian”. Różycki bał się kontaktu z Żydami. (przyp.: Z dalszej części opowiadania M. Horowicza, tutaj nie publikowanej a dotyczącej jego pobytu w obozie w Skarżysku-Kamiennej wynika, że Różycki, poprzez inne osoby, zwrócił mu z nadmiarem wszystkie zdeponowane pieniądze i równowartość rzeczy.)

Moja praca na terenie getta. Chowanie zmarłych
W czasach gdy przebywałem w małym getcie do zajęć moich, poza pracą w kuchni, należało chowanie zmarłych. Chowaliśmy ich na cmentarzu żydowskim. W takich przypadkach otrzymywałem zezwolenie na wyjście z getta z poleceniem, aby możliwie prędko posprzątać trupy. Chowaliśmy naszych ludzi na cmentarzu żydowskim.
Do pracy mojej w chowaniu zmarłych miałem do pomocy ośmiu młodych chłopców. Jeden z moich pomocników, Waksbaum, orientował się doskonale na cmentarzu. Wiedzieliśmy obaj o każdym nowopowstałym grobie. Oddanym pomocnikiem był także Grünberg, którego ojciec pracował przed wojną w Chewra Kadisza w Jędrzejowie. Ów Grünberg nie żyje. Natomiast brat jego Szaul Grünberg przeżył wojnę i mieszka obecnie w Kraju, w Holonie.


Wydawanie papierów aryjskich
Niedaleko Jędrzejowa leżało miasteczko Staszów. Z Jędrzejowa do Staszowa prowadziła tylko jedna kolejka wąskotorowa. Magistrat miasta Staszowa załatwiał papiery aryjskie dla ludzi przyjeżdżających tu w tym celu z różnych miast Polski. Przyjeżdżali ludzie z Warszawy i z Łodzi. Nie wiem w jaki sposób jechali oni pociągami do Staszowa. Wiem tylko, że wracając legitymowali się już nabytymi w magistracie staszowskim papierami. Wszyscy oni przybywali do nas kolejką wąskotorową, a z Jędrzejowa jechali dalej.
Polski kolejarz, wielki antysemita, prowadził wąskotorową kolejkę ze Staszowa do Jędrzejowa. Pewnego razu doniósł on władzom niemieckim, że w kolejce znajdują się ludzie posiadający fałszywe papiery. Policja niemiecka przybyła natychmiast. Zatrzymano wszystkich Żydów, którzy legitymowali się nowonabytymi papierami. Znajdowało się wśród nich sześciu mężczyzn i jedna kobieta z małym dzieckiem na ręku, przybyła tu z Łodzi. Kazano wszystkim ustawić się w szeregu i zastrzelono wszystkich. Mąż wspomnianej kobiety, kiedy zorientował się, że policja niemiecka kontroluje papiery wszystkich obecnych w kolejce uciekł, niezauważony przez nikogo. Nazajutrz uczestniczył on w pogrzebie swojej zony i swojego dziecka. W momencie, kiedy strzelano do wspomnianych ludzi, było bardzo zimno i sypał gęsty śnieg.
Natychmiast po wykonaniu egzekucji przysłano po mnie i po moich pomocników. Mieliśmy przybyć natychmiast, aby uprzątnąć trupy. Przybyliśmy we wskazane miejsce furmanką zaprzężoną w jednego konia. Załadowaliśmy trupy i zawieźliśmy je na cmentarz żydowski. Nazajutrz rano pochowaliśmy wszystkich.
Kolejarz jakiś opowiadał nam później, że Niemcy drwili jeszcze z owej kobiety, zanim ją zastrzelili. Jeden z nich krzyczał: „Es ist schade eine Kugel für den Kinderkopf”.
Znałem doskonale teren cmentarza. Razem z pomocnikami moimi staraliśmy się zawsze pochować ludzi naszych po ludzku i według rytuału żydowskiego.
Razu pewnego przyszedł do mnie jeden z pomocników moich Waksbaum i powiedział mi, że zauważył na cmentarzu 12 nowych grobów. Zdziwiło nas to obu ogromnie. Kto i kogo pochował? Bez nas było to zupełnie niemożliwe. Wkrótce rozwiązaliśmy zagadkę.
W getcie przebywała jeszcze garstka ludzi pobożnych
„chasydów. Jeszcze w jesieni, roku 1942 okazali oni dużo cierpliwości urządzając „kuczkę”, pod koniec świąt żydowskich i śpiewając głośno pieśni ostatniego dnia Symchat Tora. Grupa tych „chasydów” mieszkała we wsi Piaski, niedaleko cmentarza żydowskiego, u znajomego Polaka, w porozumieniu z którym wybudowała ona bunkier na cmentarzu. W nocy wykopali „chasydzi” dwanaście świeżych grobów. Pod ziemią, pod tymi grobami, urządzony był bunkier. Właściwie było kilka bunkrów. Wejście zaś do tych bunkrów prowadziło z mieszkania owego Polaka. W ten sposób ukryć się chcieli wspomniani „chasydzi” w grobach, by nie budzić nigdzie żadnego podejrzenia. Ów znajomy Polak miał im dostarczać jedzenie do bunkra. Wszystko to załatwione było za duże pieniądze.
Gdy schodziło się z miasteczka na cmentarz żydowski, przechodziło się przez wieś Piaski. Tutaj to zauważyłem któregoś dnia, że chłopi wyrywają pomniki żydowskie i układają je na drodze, na piaskach, ażeby wygodniej było chodzić. Szczególnie dużo było tych pomników w miejscach, którędy przechodziło bydło. Tędy bowiem, deptając po pomnikach, szły krowy na pastwiska. Pomniki te nie były niczem przykryte, były one jeszcze nie uszkodzone i z daleka widniały nazwiska na nich wypisane. Pamiętam nazwisko „Dickerman” widoczne już z bardzo daleka.
Potem Niemcy nie pozwolili więcej grzebać ludzi indywidualnie. U wejścia cmentarza wykopali oni wielki dół i tam wrzucali wszystkie trupy razem.
Pewnego dnia, a było to w sobotę, zastrzelili Niemcy trzech młodych, żydowskich chłopców. Zawołali mnie zaraz i powiedzieli do mnie „In 15 Minuten, das Dreck, soll sein begraben!” Wzięliśmy trupy, wyjechaliśmy na cmentarz i wrzuciliśmy je do wspólnego dołu.
Będąc na cmentarzu zauważyliśmy, że chłopi burzą mury cmentarne i zabierają cegły potrzebne im do budowy. Chłopi burzyli też pomniki i zabierali z cmentarza wszystko, co mogło być w jakikolwiek sposób potrzebne.
Wobec takiego stanu rzeczy „chasydzi” nie mogli więcej korzystać ze swoich kryjówek, przygotowanych z takim trudem. Kilku z nich uciekło na czas, jeszcze przed likwidacją getta. Kilku z nich zostało na miejscu zastrzelonych przez Niemców. A reszta wywieziona została do obozu w Skarżysku-Kamiennej.

Losy rabina Szabse Rapaporta
Szabse Rapaport, syn Abrama, pochodził z Bielska i sprawował urząd w małym polskim miasteczku, w Pińczowie. Należał do znanej bielskiej rodziny Rapaportów. A sprawując urząd był on nadal wspólnikiem w 25 procentach do włókienniczego przedsiębiorstwa, które czynne było w Bielsku. Począwszy od wieku XVII rodzina ta sprawowała w Pińczowie urząd rabinacki. I w ten sposób stało się ono w rodzinie Rapaportów dziedziczne. Należeli oni przytem do rodziny Szachów co było też wielkim zaszczytem. Szach oznaczało Szabse i Kohen. Taki stan rzeczy trwał do roku 1914, to jest do wybuchu pierwszej wojny światowej. Kiedy później Rosja opuściła tereny polskie, powstały na tych ziemiach gminy żydowskie, które miały już prawo wyboru rabina. Albowiem dotychczas piastowanie tego urzędu było dziedziczne. Poprzednikiem Szabse Rapaporta był jego kuzyn.
Ponieważ odtąd gminy żydowskie miały prawo wyboru rabina, należało zjednać sobie odpowiednio ludność. Szabse miał we Wiedniu brata, Maksa Rapaporta, który był bardzo bogatym człowiekiem. Kiedy stał się aktualny wybór rabina, przyjechał Maks Rapaport do Pińczowa i przywiózł ze sobą pełne walizy pieniędzy. Pieniądze te podzielił on wśród ludności i w ten sposób Szabse Rapaport został wybrany na stanowisko rabina w Pińczowie. Było to w roku 1927 lub też w 1928 roku.
Gdy wybuchła wojna w roku 1939, Maks Rapaport uciekła wraz z całą rodziną swoją z Wiednia poza granice Niemiec. Tam zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie grozi bratu jego w Polsce, zaczął się starać dla niego o papiery zagraniczne. Wkrótce potem udało mu się takie papiery zdobyć. Było tam obywatelstwo paragwajskie, a papiery opiewały na nazwisko Szabse Rapaporta, jego żony i pięciorga dzieci. Papiery te wysłał Maks Rapaport pocztą i przybyły one do Polski, do powiatu pińczowskiego, na parę dni przed wysiedleniem Żydów z Pińczowa.
Był to wrzesień, rok 1942. Niemieckie Kreiskommando powiatu pińczowskiego nie wiedziało co począć z ludźmi, na których nazwisko papiery te opiewały. Ponieważ w międzyczasie nastąpiło wysiedlenie ludności żydowskiej całego powiatu, w tem także miasta Pińczowa, dołączyło Kreiskommando rabina i jego rodzinę do ludzi, którzy szli na to wysiedlenie. Wysiedlenie obejmowało cały powiat, całą ludność żydowską miasteczek Buska i Pińczowa. Razem ze wszystkimi szedł Szabse Rapaport, wraz ze swoją rodziną pieszo 40 km do Jędrzejowa. Tutaj zgromadzono wszystkich na wielkim targowisku, które przeznaczone było dla bydła. W strasznych warunkach, wyczerpani do ostatnich granic, spędzili ludzie noc całą na owym placu. Poinformowano starostę jędrzejowskiego o papierach zagranicznych, jakie nadeszły tu dla rodziny Rapaportów. Dzięki jego interwencji i po telefonicznym porozumieniu się z odpowiednim urzędem na Gestapo w Krakowie, wyciągnęła żandarmeria rabina z owego targowiska i wraz z jego rodziną odprowadzili go do naszego getta. W międzyczasie Niemcy porozumiewali się w dalszym ciągu z Krakowem i jak twierdzili ludzie z naszego Judenratu, także z kancelarią generalnego gubernatora Franka, ażeby uzyskać stamtąd wskazówki, co począć z ową żydowską rodziną, która uzyskała obywatelstwo Paragwaju.
Była godzina 11 w nocy, gdy żandarmi przyprowadzili rabina Rapaporta oraz jego żonę i pięcioro dzieci do getta. Weszli oni do domku, w którym mieszkałem. Rabin Rapaport był moim kuzynem, więc jako do rodziny przyszedł przede wszystkim do mnie. Gdy przyjeżdżał on przed wojną do Jędrzejowa, był także zawsze moim gościem. Modlił się u mnie, jadł a potem dopiero wybierał się w dalszą drogę. Pińczów nie miał stacji kolejowej; by móc wybrać się w podróż trzeba było przede wszystkim przybyć do Jędrzejowa. Toteż rabin był moim częstym gościem.
Obecnie w nocy, przyprowadzeni przez żandarmów niemieckich, przedstawiali oni straszny widok. Byli wymarznięci, głodni, od dwóch dni nic nie jedli, słaniali się wszyscy na nogach. Razem z małymi dziećmi przeszli 40 km pieszo. Przygotowaliśmy dla nich kolację, spędzili w domku moim całą noc, do rana.
Rano żandarmeria niemiecka przyszła po nich. Zabrano całą rodzinę i wysłano ją do Niemiec. W Niemczech znajdować się miał podobno obóz, w którym koncentrowano wszystkich obcokrajowców. Więcej o nich podczas wojny nie słyszałem.
W pewnym okresie po wojnie, przebywałem na terenie Niemiec, w mieście Ulm. Tam spotkałem przypadkowo kuzynkę moją, nazwiskiem Manela, pochodzącą z Będzina. Opowiedziała mi ona, że rabin został wraz z całą rodziną swoją zastrzelony. Kuzynka moja znajduje się obecnie w Kraju, nazywa się po mężu Keszew i mieszka w Natanji.
Spotkałem wówczas na terenie Niemiec jeszcze innych ludzi, pochodzących z Będzina. Niektórzy z nich przebywali z rabinem Rapaportem w różnych lagrach, na terenie Niemiec. Spotkałem mianowicie Bajtnera z córką, Gresbarda, syna rabina będzińskiego, Lichtensteina i Golda. Wszyscy oni przebywali razem z rabinem Rapaportem w obozach niemieckich. Opowiedzieli mi, że w jednym z obozów, a było to jakie 3 miesiące przed zakończeniem wojny, przeprowadzili kontrolę ludzi posiadających papiery obcokrajowców. Po tej kontroli okazało się, że papiery rodziny Rapaport są niewystarczające. Wówczas zastrzelono rabina Rapaporta wraz z całą rodziną i jeszcze wiele innych osób posiadających podobne jak on papiery.

Ostateczna likwidacja getta - luty, rok 1943
Było to po upływie dwóch tygodni od rozmowy mojej z dziedzicem Różyckim, któremu zaufałem moje pieniądze, gdy SS-mani wtargnęli nad ranem do getta. Rozpoczęły się nawoływania, krzyki i wrzaski: „Raus”. Wyganiano wszystkich z mieszkań.
Naprzeciwko domku, w którym mieszkaliśmy, ale już poza gettem, mieszkał znajomy mój, Polak nazwiskiem Białkiewicz. Białkiewicz był z zawodu leśniczym. Ażeby dostać się do jego domku, trzeba było przejść parkan otaczający getto, potem przeskoczyć małą rzeczkę dzielącą getto od połaci ziemi, zamieszkałej przez leśniczego. Zorientowaliśmy się natychmiast, że należy uciekać z getta. Mój syn był razem ze mną. Chwyciliśmy stojące w pogotowiu walizki, przeskoczyliśmy parkan, potem rzeczkę, aby jak najszybciej dostać się do Białkiewicza. Tutaj mieliśmy ukryć się w stodole, jak z góry było umówione. Ale w tym momencie zauważył nas pewien Polak, obecnie volksdeutsch, który znał nas dobrze sprzed wojny i krzyknął za nami: „Meniek nazad, inaczej będę strzelał. Zrobiłbym to od razu, ale ponieważ znam was - radzę wróćcie do getta. Będę udawał, że was nie widziałem”. Nie mając innego wyjścia wróciliśmy tą samą drogą do getta. Stamtąd nie zabierając żadnych rzeczy, udaliśmy się razem z innymi na plac, na którym gromadzono wszystkich Żydów.


Likwidacja szpitala
W jednym z domków małego getta mieścił się mały szpital, w którym znajdowało się szesnaście łóżek. Dr Ber był głównym lekarzem tego szpitala. Mieszkał ona wraz z żoną swoją w domku, w którym znajdował się szpital. Podobnie Sternfeld mieszkał również w tym domku. Sternfeld pełnił w szpitalu funkcję stróża nocnego.
Ostateczne wysiedlenie, które miało miejsce 23 lutego 1943 roku pociągnęło za sobą zupełną likwidację getta w Jędrzejowie. Było tego dnia bardzo zimno. Niemcy wtargnęli do małego szpitala. Dr Ber i jego żona uciekli na czas. W momencie, gdy Niemcy weszli, znajdowało się w szpitalu szesnaście osób, sami mężczyźni. SS-mani rozkazali wszystkim opuścić łóżka i zupełnie nagich i bosych wypędzili z budynku. Potem kazali się im ustawić na placu i wszystkich wystrzelali. Przypadkowo scena ta odbyła się naprzeciw miejsca, gdzie stałem z synem i byliśmy świadkami tego wydarzenia.
Jeden z owych mężczyzn, nazwiskiem Wargoń, zorientował się w sytuacji i widząc, że Niemcy szykują się do stracenia tych ludzi zdecydował się w ostatniej chwili na ucieczkę. Przeleciał on na drugą stronę i przez jeden moment ukrył się za mną. Potem zaczął uciekać w kierunku cmentarza. Tuż przed parkanem cmentarnym wpadł w śnieg w ten sposób, że śnieg zakrył go prawie zupełnie. Nie wiem, czy Niemcy nie zauważyli jego ucieczki, czy też szukali go i nie znaleźli. Wargoń leżąc w śniegu przeczekał, aż SS-mani zakończyli akcję wysiedleńczą. Poczem wstał, wsunął się na teren cmentarza i ukrył się między pomnikami. Po pewnym czasie udał się do znajomego Polaka, gdzie przeżył wojnę. Obecnie Wargoń mieszka w Australii.
Na placu tymczasem segregowano wszystkich obecnych tu ludzi na grupy. Nam kazano wejść do samochodów. Jak się okazało majster Battenschlager przyjechał tutaj ze Skarżyska-Kamiennej, gdzie mieściła się fabryka amunicji „Hasag”, ażeby wybrać tu ludzi zdolnych do pracy i zabrać ich ze sobą.
Nasze auta ruszyły w drogę. (…)

 
Yad Vashem, lipiec 1959 r. 

 
Źródło: Yad Vashem, Jerozolima.
 

niedziela, 7 lipca 2019

Menachem Horowicz - relacja, cz. 2

Utworzenie getta
Był 10 grudnia, rok 1939. W dniu tym przypadała według kalendarza żydowskiego sobota chanukowa = „szabat Chanuka”. Z tej też intencji przybyła do nas w sobotę moja córka Preisowa, wraz z mężem swoim, oraz maleńkim dzieckiem. Mieszkała ona, jak już wspomniałem także w Jędrzejowie, ale daleko od nas i to zupełnie innej dzielnicy. Ja wraz z rodziną mieszkałem na ulicy 11 Listopada, która to ulica biegła od stacji kolejowej aż do rynku miejskiego. Moje mieszkanie i mój skład znajdowały się tuż obok stacji kolejowej. W piątek wieczór, o godzinie 1 w nocy, gdy wszyscy spaliśmy już, wtargnęli do naszego mieszkania SS-mani. Kazali wszystkim mieszkanie to opuścić i nie pozwalali nic zabrać ze sobą. Udaliśmy się w nocy do mieszkania mojej córki.
Okazało się nazajutrz, że dnia tego wysiedlano Polaków z Poznania. Żydzi musieli się skupić w jednej tylko dzielnicy, by swoje mieszkania oddać do dyspozycji wysiedlonych Polaków. W mieszkaniu moim zamieszkał Poznańczyk nazwiskiem Grabowski.
Taki stan trwał do pierwszych dni lutego roku 1940. Mieszkaliśmy wszyscy razem u mojej córki. Wyrzucono z mieszkań także innych Żydów i wszystkie te mieszkania oddano Polakom wysiedlonym wówczas z Poznańskiego. W lutym tego roku zamknięto dwie ulice, mianowicie ulicę Łysakowską i ulicę Pińczowską. Wtedy ukazało się rozporządzenie, na podstawie którego wszyscy Żydzi, zamieszkali w Jędrzejowie mają natychmiast opuścić swoje mieszkania i zamieszkać na jednej z wyżej wymienionych ulic. W ten sposób w lutym roku 1940 powstało getto w Jędrzejowie.
Ludzie wstawali o godzinie 4 nad ranem i ustawiali się w kolejkach po chleb. Z getta zabierano Żydów o każdej porze dnia lub nocy do najrozmaitszych prac fizycznych.

Pod znakiem szantażu
Chciałbym też opowiedzieć ile nacierpiałem się zaraz po wybuchu wojny, z powodu szantaży, jaki stosował wobec mnie Polak, pijak i złodziej, imieniem Gre(…). Zdarzało się wpadał on do moich magazynów, położonych tuż obok stacji kolejowej, gdzie na składzie miałem zawsze opał, cement, koks i inne materiały.
Pewnego razu, a było to kilka miesięcy przed wybuchem wojny, weszedł do składu mojego Gre(…). Zażądał wydania jakiegoś materiału za bezcen, a gdy mu odmówiłem powiedział do mnie: „Poczekaj, jak przyjdzie Hitler, to ci pokaże…” Odpowiedziałem wtedy: Niech pana diabli wezmą razem z Hitlerem...
Wybuchłą wojna. Niemcy zajęli Jędrzejów. Mój skład, podobnie jak wiele innych składów żydowskich, pozostał zamknięty. Obok mieścił się sklep mojego sąsiada - Dawida Osjasza, gdzie między innymi można było kupić także papierosy. Sklep ten od frontu był zamknięty. Pewnego razu udałem się do mego sąsiada Osjasza, by tylnymi drzwiami kupić pudełko papierosów. W sklepie zastałem Gre(…). Był on pijany. Ludzie opowiadali o nim, że pije on nadal strasznie dużo, a ponieważ nie może kupić dobrej wódki pije wszystko, co się nadarza, a więc także denaturat oraz jakiś spirytus, używany do czyszczenia maszyn. Na mój widok Gre(…) podeszedł do mnie i powiedział: „Gdybym chciał, to bym zaraz Horowicza…” i w tym miejscu zrobił on ruch ręką ilustrujący powieszenie człowieka. Nie odpowiedziałem i wyszedłem ze sklepu.
Po upływie dwóch tygodni od tego spotkania zajechał Gre(…) swoją furą pod mój skład. Kiedy mnie spostrzegł powiedział: „Horowicz, ja nie mam czem palić, a u was w składzie jest drzewo…” Otworzyłem mu bramę i Gre(…) wjechał na podworzec. Weszliśmy do składu tylnymi drzwiami i tamtędy wydałem Gre(…) 100kg drzewa opałowego.
Po upływie kilku dni Gre(…) znowu przyszedł do mnie. Tym razem zażądał ostro wydania mu drzewa na opał. Dałem mu znów jakąś ilość drzewa i jednocześnie żaliłem się przed nim, że zawartość składu mojego musi starczyć na utrzymanie moje oraz córki mojej Preisowej. Gdy przyszedł znów następnym razem oświadczył mi już jasno, że muszę podzielić się z nim wszystkim, co posiadam w majątku. Byłem bardzo zmartwiony i niespokojny. Żonie mojej nie wspomniałem o tym ani słowa. Żyłem ciągłym strachu i w obawie ciągłego szantażu ze strony Gre(…). Nie mogłem sobie poradzić i pojechałem pewnego dnia do Wodzisławia, żeby zasięgnąć rady mojego starszego brata, Berka. Gre(…) zaczął do mnie przychodzić codziennie i odtąd nie miałem już ani chwili spokoju.
Pewnego dnia, gdy wyszedłem z domu, natknąłem się na moją sąsiadkę Polkę. Widząc mnie zatrzymała się i opowiedziała, że Gre(…) napił się poprzedniego wieczoru jakiejś zepsutej wódki, na skutek czego umarł. „Napił się i zdechł” - powiedziała dosłownie.

Wysiedlenie 16 września 1942, utworzenie małego getta
Pewnego dnia otoczyli SS-mani nasze getto i przy pomocy policji polskiej kazali całej ludności opuścić swoje mieszkania i natychmiast udać się na plac w Rynku. Był 16 wrzesień. Staliśmy na placu przez kilka godzin otoczeni SS-manami i policjantami polskimi. Po upływie kilku godzin zaczęła się segregacja. Przyglądano nam się dokładnie. Staliśmy wszyscy razem. Moja żona, moje córki, mój syn i moja wnuczka. W pewnym momencie Mina - moja czteroletnia wnuczka, zwróciła się do mojego syna a jej wujka i z płaczem zaczęła go prosić: „Wujciu, ratuj nas - przecież babcia tu stoi, ratuj ją…” Wysegregowano wszystkich z mojej rodziny do transportu, pozostawiono tylko mnie i mojego syna. Tych wysegregowanych odprowadzono pod eskortą na stację kolejową. W ostatniej chwili dałem mojej żonie 7 tysięcy złotych, cały majątek, który posiadałem. Z całej ludności przebywającej poprzednio w getcie pozostawiono 230 osób. Tych ludzi, przeznaczonych do pracy, skupiono na małym obszarze poprzedniego getta i umieszczono ich w małych domkach. Poczem domki te ogrodzono drutem kolczastym. W ten sposób utworzone zostało małe getto. Ludzie odprowadzeni na stację, załadowani zostali do pociąg ów i wysłani do Treblinki.
Stałem w oknie jednego z domków, w którym nas umieszczono i zauważyłem dziwnie posuwającą się po drodze grupę ludzi. Na przodzie szedł mieszkaniec Jędrzejowa, Polak imieniem Ja(…). Za nim szła grupa Żydów, mężczyzn, kobiet i dzieci. Razem zdaje się 13 osób. Okazało się, że Jakow Icchak Szochet rzeźnik, oraz zięć jego Pardes, przemysłowiec tekstylny z zawodu, umówili się z Ja(…), że na wypadek niebezpieczeństwa skryją się u niego, razem ze swoimi rodzinami. W zamian za to, złożył Pardes u niego dużo materiałów tekstylnych i razem z Jakowem Szochetem oddali Ja(…) wszystkie posiadane pieniądze. Na kilka dni przed wysiedleniem wyszli oni ze swych mieszkań w getcie i ukryli się u Ja(…). Kiedy Ja(…) zorientował się, że Niemcy wysyłają prawie wszystkich Żydów, kazał ukrytym u siebie ludziom zebrać się i wyjść z jego domu. Poczem poprowadził ich sam, do transportu, na wysiedlenie. Słyszałem wyraźnie, jak do nich mówił: „Spieszcie się, prędzej Żydy, bo spóźnicie się na pociąg…”
Prawie wszyscy z owych 230 osób pozostawionych przez Niemców w małym getcie, wychodzili codziennie do pracy. Obok leżało miasteczko Sędziszów. W Sędziszowie były wielkie zakłady, gdzie budowano remizy dla różnego rodzaju wozów i parowozów. Mój syn - Moniek - także pracował na tej placówce. Ja nie wychodziłem z getta do pracy. Pozostawałem przez dzień cały na terenie getta i razem z kilkoma współtowarzyszami zajmowałem się prowadzeniem kuchni. Zadaniem naszym było przygotowanie jedzenia dla robotników pracujących poza gettem.

Wydanie grupy ludzi na wysiedlenie
Władzę w getcie sprawowała policja żydowska, komendantem jej był Szlamek Garfunkel. Prezesem Judenratu był wówczas Szolowicz, liczący około 40 lat. Był on łącznikiem pomiędzy Żydami, a władzami niemieckimi w całym szeregu spraw. Do tych spraw należały głównie sprawy związane z naszą żywnością.
Podczas wysiedlenia wrześniowego w roku 1942 wysłano jakie 6000 osób z Jędrzejowa. Pozostała garstka 230 osób zamknięta w małym getcie. Dla tej ilości ludzi załatwiał Szolowicz przydziały żywnościowe. Po uspokojeniu się akcji wysiedleńczej okazało się, że jeszcze pewna ilość osób była ukryta i obecnie ludzie ci przyszli do getta. Było ich 38 osób i byli schowani u policjantów polskich. Za każdą spędzoną noc w ukryciu płacono olbrzymie sumy. Obecnie ludzie ci przyszli do getta. Był między nimi sędziwy ojciec z córkami, byli ludzie młodzi i starzy. Nasza władza, to jest Judenrat, a właściwie Szolowicz, oświadczył nam, że musi tych ludzi podać Niemcom, albowiem znajdują się oni w getcie nielegalnie i nie ma dla nich przydziałów żywnościowych. Rozumieliśmy co oznacza wydanie nazwisk tych ludzi Niemcom. Dlatego udaliśmy się do Szolowicza i prosiliśmy go, aby tego nie czynił. Było nas pięcioro osób, ja i jeszcze czterech ludzi starszych z getta. Przekonywaliśmy Szolowicza, że Niemcy nie liczyli nas jeszcze, można więc łatwo zatuszować przybycie owych 38 ludzi. Poszliśmy do żony Szolowicza, ażeby wpłynęła na męża, by nie podawał władzom niemieckim owych 38 ludzi, gdyż w ten sposób zabije ich i także nas. Szolowiczowa zgodziła się wpłynąć na męża i przyrzekła nam, że wspomniane nazwiska nie będą podane Niemcom.

Dalsze wysiedlenia z Jędrzejowa
W dwa tygodnie po wrześniowym wysiedleniu z Jędrzejowa odeszedł stąd znów transport ludzi na stracenie. Tym razem byli to ludzie wzięci z małych miasteczek i osiedli położonych w okolicach Jędrzejowa. Miasteczka jak Busko, Pińczów i jeszcze inne, mniejsze od nich, nie posiadały własnej stacji kolejowej. Ażeby jechać stamtąd koleją trzeba było przybyć do Jędrzejowa lub do Kielc. Tym razem sprowadzono tych ludzi do Jędrzejowa. Miało to miejsce jeden dzień po Symchat Tora. Było tego dnia bardzo zimno i padał bezustannie deszcz. Było to pod wieczór, gdy usłyszałem nagle straszny hałas i wrzawę. Sprowadzono tu wszystkich Żydów zamieszkałych w okolicy Jędrzejowa. Zgromadzono ich wszystkich na wielkim placu. Plac ten było to właściwie targowisko, gdzie co środa sprowadzano świnie i inne bydło z okolicy na targ. Tego wieczora zgromadzono tu kilka tysięcy ludzi. Ludzie ci stali całą noc w deszczu i zimnie. Nazajutrz okazało się, że wielu z nich pomarło.
Dnia następnego po sprowadzeniu ludzi z okolic do Jędrzejowa, było to nad ranem, przyszli do naszego getta żandarmi niemieccy i oświadczyli nam, że tego dnia getto pozostanie zamknięte i nikt nie wyjdzie do pracy. Zrozumiałem, że sytuacja jest niebezpieczna.
Naprzeciw getta, w pewnym miejscu na górce, mieszkał znajomy Polak nazwiskiem Grabowski. Umówiłem się z nim w swoim czasie, że na wypadek grożącego mi niebezpieczeństwa skryję się u niego. W międzyczasie wrócił do getta, kilka dni wcześniej, zięć mój - Mosze Preis. Został on wywieziony we wrześniu roku 1942, wraz z całą moją rodziną do Treblinki. W momencie kiedy pociąg znajdował się w okolicy zalesionej, tuż za Dęblinem, zięć mój wyskoczył z pociągu, a z nim wyskoczyło jeszcze jedenaście osób. SS-mani zatrzymali pociąg i zaczęli strzelać. Trafili jednego i położyli go trupem. Reszta uciekła w las. Przybyli oni później do Jędrzejowa i dostali się małego getta.
Po oświadczeniu, jakie tego ranka złożyli żandarmi niemieccy zamykając jednocześnie getto, skryłem się z zięciem moim i synem w mieszkaniu Polaka Grabowskiego.
Na targowisku tymczasem odbywała się akcja wysiedleńcza. Tuż przed wyprowadzeniem ludzi na stację kolejową, jeden z SS-manów zaczął odczytywać cały szereg nazwisk, które miał na liście. Były to nazwiska tych wszystkich, którzy uratowali się z poprzedniego wysiedlenia i których Szolowiczowa przyrzekła w imieniu męża nie wydać władzom niemieckim.
W polskim powiatowym szpitalu ukryto podczas wrześniowej akcji cztery osoby i dzięki temu uniknęło one śmierci. Głównym sekretarzem tego szpitala był dr Mazur. Natomiast dyrektorem szpitala był Polak, dr Przypkowski. Podczas akcji ukryto owe cztery osoby w porozumieniu z drem Przypkowskim i dzięki niemu nie zostały one wydane władzom niemieckim. Obecnie jednak, dwa tygodnie później, wydano wspomnianych ludzi i dr Przypkowski nie miał więcej możliwości ukrycia ich na terenie szpitala.
Salka Grün była jedną z owych czterech osób, które wydane zostały władzom niemieckim. Wujek jej był doskonałym krawcem, który w swoim czasie przybył tu z Łodzi. Był on wyspecjalizowany szczególnie w szyciu płaszczy futrzanych oraz palt zimowych. W momencie wspomnianego wysiedlenia, szył on właśnie piękny płaszcz dla żony Kreishauptmann’a jędrzejowskiego. W związku z tem miał on specjalne zezwolenie wychodzenia poza getto, gdyż tam miał swoich klientów Niemców, dla których stale szył. Zdarzało się, że Niemcy przychodzili także do niego, do getta. Salka Grün pozostała sama i nie miała nikogo więcej z rodziny. Wszyscy jej bliscy poszli pierwszym wysiedleniem, we wrześniu roku 1942. Ów krawiec był jej jedynym krewnym. Kiedy się dowiedział, że prowadzą ludzi ze szpitala powiatowego na wysiedlenie, a w tem także jego siostrzenicę, pobiegł szybko do żony starosty i powiedział jej, że nie skończy on nigdy rozpoczętego płaszcza, gdyż jedyna jego krewna, licząca lat piętnaście, idzie na wysiedlenie. Żona starosty pobiegła szybko do swojego męża. Po upływie pół godziny pojawił się na stacji kolejowej jakiś policjant, Ukrainiec, wywołał wspomnianą dziewczynę po imieniu, wyciągnął ją z transportu i przywiózł rowerem do getta. Salka Grün przeżyła wojnę. Nazywa się ona po mężu Manner i mieszka obecnie w Tel-Awiwie.
Wspomniany transport poszedł do Treblinki. Wysiedleni nim zostali głównie ludzie z Buska i Pińczowa, a pozatem owe 38 osób, wydanych przez ówczesnego prezesa Judenratu - Szolowicza, oraz trzy osoby wydane przez zarząd szpitala powiatowego. Ci ostatni, to jest owych 41 osób, pochodziło z Jędrzejowa.

Yad Vashem, lipiec 1959 r. 


Źródło: Yad Vashem, Jerozolima.
 

sobota, 13 kwietnia 2019

Fela Schnittlich - relacja

Urodziłam się w małym miasteczku obok Kielc. Do zamążpójścia mieszkałam w Kielcach i tam urodziła się córeczka moja Sabcia. Ja jestem jedną z ofiar hitlerowskiej bestii. Ja z córeczką moją cudem uratowałam się z paszczy hitlerowców. Przeżyłam gehennę, którą trudno opisać i która zostawiła mi ślady na całe życie.
Tak jak zaznaczyłam, podczas wojny mieszkałam w Kielcach. Kiedy w 1939 r., we wrześniu wkroczyli Niemcy, zaraz na początku aresztowali mojego męża z wymówką, że ukrył towary (miałam sklep tekstylny). Widocznie ktoś nas zadenuncjował i zabrali go na posterunek, który znajdował się w Hotelu Polskim. Tam znęcali się nad nim, bili i katowali i na wpół żywego wyrzucili na podwórko żądając wykupu 10.000 złotych, ale ponieważ nie mieliśmy żądanej sumy, wówczas zabrali także mojego teścia i teściową. Teść mój dzielił ten sam los co mój mąż, bili go i wyrwali im brody i posłali do domu. Nazajutrz przyszli znowu i chcieli zabrać także mnie. A ponieważ trzymałam maleństwo mocno w ramionach wyrwali mi dziecko z rąk i zaczęli kopać nogami. Ja strasznie płakałam i walczyłam z nimi, jak lwica. Ale w końcu zabrali mnie z sobą, a niemowlę oddali sąsiadce, gojce. Trzymali mnie tam przez całą noc a z rana mnie wypuścili.

To był tylko początek mojej gehenny. Zaraz potem zrobili „ghetto” w Kielcach i wszyscy musieliśmy się przenieść do getta. W getcie było strasznie ciasno, ale jakoś się żyło. To było 1940 roku, zamieszkaliśmy razem z teściami i jeszcze jedną rodziną z Łodzi, nazywali się Machtinger, z dwojgiem dzieci. Stale były łapanki mężczyzn do pracy. Od czasu do czasu Niemcy wpadali, rabowali, bili.

Aż postanowiliśmy uciec z getta do Sędziszowa. Była to osada i węzłowa stacja, stamtąd pochodził mój mąż. Po długich wałęsaniach dostaliśmy się do Sędziszowa. Tu było stosunkowo cicho, mieszkaliśmy u Polaka, ponieważ ja miałam aryjski wygląd, chodziłam bez opaski, aż do roku 1942. Rok ten zostanie zapisany krwawymi literami w historii ludzkości…

Wszyscy czuliśmy, że zbliża się nasz koniec. Wszyscy chodzili bladzi, jak trupy. Położenie moje było jeszcze gorsze, bo byłam w ciąży i to równało się ze śmiercią. Nie mogłam przewidzieć, że właśnie położenie moje uratuje mi życie. W tamtym czasie każden szukał jakąś pracę dla Niemców, bo sądzili, ze pracując nie wyślą ich do lagrów. Ja byłam już w 9-tym miesiącu i nikt nie chciał mnie przyjąć do pracy i to wówczas zapieczętowało mój los. Przed Jom Kippur Niemcy dali rozkaz, aby wszyscy Żydzi zebrali się na placu.

Nagle dostałam bóle i bez akuszerki, z pomocą męża i brata urodziłam syna. Strzelanina i krzyki zagłuszyły mój płacz i ból. Mój mąż widząc, że znajduję się w niebezpieczeństwa, znalazł znajomego Polaka i wręczył mu dużą sumę pieniędzy. Polak jednak bał się zbliżyć do domu. Wówczas musiałam wstać z łózka, brzuch podwiązałam ręcznikiem i trzymając niemowlę na ręku, a Sabcię za rękę szłam 1,5 km pieszo, zaraz po porodzie aż do furmanki. Tam czekał na mnie Polak z furmanką i zabrał mnie na wieś Trzciniec. W międzyczasie Polak doniósł mi, że wszystkich Żydów wywieźli w niewiadomym kierunku, a także mojego męża i zostawili 50-60 mężczyzn do ładowania węgla.

Mieszkałam u goja tylko dwie noce, gdyż w nocy nie śpiąc słyszałam, jak mówi do żony: „Ona ma przy sobie ukryte pieniądze”. I rzeczywiście miałam w pasie wszyte pieniądze i złoto. „Trzeba ją sprzątnąć” - mówił. Cała drżąca wstałam z łóżka, a ponieważ spaliśmy w ubraniu zabrałam Sabcię i wyślizgnęłam się cicho z mieszkania zostawiając maleństwo na pastwę losu.

Wieś ta otoczona była lasami. Zaczęłam iść nie wiedząc jak się wydostać z lasu. Zmęczona i chora usiadłam na pniu wraz z Sabcią i zaczęłam płakać. Nigdy nie zapomnę tej nocy… Księżyc świecił jeszcze na niebie, a dookoła lasy, lasy, a nie wiedząc co począć tuliłam Sabcię do siebie i w końcu usnęłam. Jak długo spałam? Nie wiem. Wtem zbudził mnie krzyk. Och Boże!! to pani Wasserowa? To był Polak, który był klientem mojego teścia i znał mnie z widzenia. Strach mnie ogarnął, myślałam że to już koniec… Ale on mnie uspokoił i przyrzekł zaprowadzić do resztki Żydów, którzy zostali. I tu w dwóch pokojach, na podłodze, leżeli wszyscy jak śledzie. Strach ogarnął wszystkich, gdy mnie zobaczyli, bo nie było już dzieci i kobiet. A jednak przyjęli mnie. Prezesem był wówczas kolega mojego męża. Nazajutrz Polak u którego zostawiłam niemowlę zjawił się z dzieckiem i uciekł. Leżałam na podłodze z dwojgiem maleństw i płakałam. Prezes zwróci ł się do mnie mówiąc: „Nie możesz zostać tu z dziećmi, bo Niemcy nas wszystkich powystrzelają. Mam znajomego goja, który cię zaprowadzi na stację i pojedziesz do Jędrzejowa”. Jędrzejów znajdował się jakie 10 km od Sędziszowa.

Nazajutrz zjawił się Polak, zabrałam Sabcię i małą walizkę i bez opaski poszłam na stację, a niemowlę zostawiłam u prezesa. Gdy przybył pociąg nie zwróciłam uwagi, że na jednym z wagonów był napis „Tylko dla Niemców”. Otworzyłam drzwi i ujrzawszy Niemców cofnęłam się. Ale jeden z nich grzecznie mówił „komm, komm”. Weszłam do wagonu, cała drżąca. On chciał wziąć Sabcię na kolana, ale się nie dała. Zaczął mówić do mnie po niemiecku, udawałam, że nie rozumiem. Podróż cała trwała 10 minut, jak zeszłam z wagonu podał mi jeszcze walizkę. Aryjski wygląd mój i Sabci uratował nam wówczas życie.

I tak przybyłam do Jędrzejowa. Było tu już „małe getto”. bo wszystkich Żydów wysiedlono do Treblinki. Ze stacji było 3 km i furmanką wieczorem zakradłam się do getta. Tam miałam jeszcze brata. Getto znajdowało się w jednym z budynków szkolnych. Zostało jeszcze 70 osób. Nazajutrz o godz. 5 nad ranem obudził na straszny alarm, strzelanina i krzyki: „Raus! Raus!” Złapałam Sabcię i przez rzeczkę, która dzieliła getto od aryjskiej strony zakradłam się do domu mojego dziadka. Mieszkanie było puste, oplądrowane. Odzież, naczynia i fotografie wałęsały się na podłodze. Chleb pokrojony leżał na stole, jakby czekał na przybycie mieszkańców. schowałam się w piwnicy i wieczorem, gdy słyszałam, że jest bezwzględna cisza w getcie, wróciłam do getta. Nagle, jak spod ziemi wyrósł przede mną zastępca prezesa Judenratu. On nas pociągnął do jednego pokoju, tam znajdowali się nielegalni Żydzi z dziećmi, którzy przybyli z lasów.

Na drugi dzień miała być likwidacja i wysiedlenie Żydów z Pińczowa i my zresztą mieliśmy dzielić ich los… Jak bydło gnali nas na targowisko, przez cała drogę bili nas nahajkami i strzelali. Dużo zginęło na miejscu. Na targowisku siedzieliśmy cały dzień na ziemi. Ukraińcy i Polacy pilnowali nas ze wszystkich stron. Deszcz lał, jak z cebra. Wtem przeszedł obok na SS-man, spojrzał na mnie i dziecko, które wówczas miało 3,5 roku i ulotnił się. Wieczorem spędzili nas na stację, na rampę. Wagony niezapełnione stały już i czekały na nas. Nagle zjawił się ten sam SS-man i krzyknął: „Raus! przeklęta, ale prędko”. Nie rozumiałam, co się dzieje, sądziłam że prowadzi nas pod mur, aby nas zastrzelić. Ale on przeprowadził nas na stację osobową pod murem, spojrzał na Sabcię i powiedział: „Ty jesteś tak podobna…” i zostawił nas.

Ukryłam się w krzakach i czekałam, aż się ściemni, a potem szynami wróciłam do getta. Tam było jeszcze kilkunastu Żydów, którzy pracowali dla Niemców, a między nimi był mój brat Zysman. W międzyczasie kobieta Polka przywiozła mi niemowlę, a ponieważ nie było już dzieci w getcie, ukrywałam się na strychu u Polaka, oczywiście bez jego wiedzy. Dziecko płakało bez przerwy, zatykałam mu usteczka, aby goj nie słyszał. I tak w ukryciu byłam 2 tygodnie. Brat mój w nocy przynosił mi jedzenie i picie.

Aż przyszedł do mnie brat i mówi: „Dziś jest cicho, zejdź i ogrzej się trochę” bo było już zimno. Zeszłam z dziećmi i położyłam się w ubraniu. Nagle usłyszeliśmy krzyki strzelaninę: Raus! Raus! Wówczas była akcja, bo Niemcy dowiedzieli się, że są kobiety dziećmi, zebrano nas na placu. Od razu wpadło mi na myśl ratować się za wszelką cenę. Maleństwo przykryłam pierzyną, Sabcię wzięłam za rękę i wyszłam na plac. Wsadzili nas z dziećmi na furmankę i mieli wywieźć nas do Szydłowca. Niemcy dali ogłoszenie, że Szydłowiec będzie Judenstatt i tam Żydzi będą mogli żyć spokojnie.

Targowisko było obstawione SS-manami i Ukraińcami, z daleka przyglądali się Polacy krwawemu widowisku. Jedna myśl mnie prześladowała - ratować się. Nie zwracałam uwagi na nic, zeskoczyłam z furmanki wraz z Sabcią, zaczęłam biec w stronę cmentarza chrześcijańskiego i ukryłam się w jednym familijnym grobowcu. Nie zdążyłam odetchnąć, gdy usłyszałam straszne krzyki: Uciekajcie, bo Niemcy was gonią!! Zeskoczyłam z pagórka z Sabcią i zaczęłam uciekać w stronę ulicy Kieleckiej. Kule świstały mi nad głową i wtenczas stanęłam i dwóch Niemców stanęło przede mną…
Ja stałam, jak wryta i trzymałam Sabcię w objęciach. Naraz machnął ręką i zaprowadził mnie z Sabcią z powrotem do furmanek, które czekały na nas. Niemcy zaczęli wrzeszczeć, dlaczego nas nie zastrzelili. Wsadzili nas z powrotem na furmankę, ktoś przyniósł mi też niemowlę i wywieźli nas przez Suchedniów - Kielce, do Szydłowca.

Szydłowiec! O zgrozo, jeden z 3 Judenstatt’ów, do którego zwerbowali resztki nieszczęsnych, ukrytych po lasach i bunkrach Żydów. Szydłowiec! Były to ruiny zlikwidowanych żydowskich domów, z których wysiedlono wszystkich Żydów, splądrowanych i zburzonych w poszukiwaniu kosztowności i złota. Leżałam pod gołym niebem a było już zimno. Niemowlę płakało chore bez przerwy. Nie miałam wody więc nie miałam czem je nakarmić. I znowu stał się cud. Jeden żydowski milicjant wpuścił mnie do ruin domu, gdzie był dach nad głową. Leżąc tam z dziećmi zapytałam się milicjanta, czy można stąd się jeszcze wydostać. A on mi odpowiedział, że za 5.000 złotych można się wydostać. Złożyliśmy się razem z jeszcze jedną rodziną Kajzerową, z mężem i z dzieckiem i o 3 w nocy wydostaliśmy się z getta.

Nigdy nie zapomnę tej strasznej nocy. Kule świstały nad głowami i obok mnie padł Kajzer. A ja z noworodkiem i Sabcią za rękę uciekałam co tchu i szczęśliwie wydostałam się na aryjską stronę. Tam w ciemności zapłaciliśmy żądaną sumę nie będąc pewni czy nas nie nabierają, wsiedliśmy do taksówki, która nas z powrotem przywiozła do Jędrzejowa, do getta. Tu brat mój złapał niemowlę, które było wpół żywe i zaprowadził nas do pokoju. Ale ponieważ w getcie nie było już kobiet z dziećmi ukrywałam się znowu na strychu u goja.

Aż postanowiliśmy oddać dziecko (chłopczyka) do Polki, nazywała się Katarzyna Kot, mieszkała ona na ulicy 3 Maja, Jędrzejów (Kieleckie). Nagle ciężko zachorowałam na tyfus plamisty, który przywiozłam z Szydłowca. Musieli mnie ukrywać, bo to równało się śmierci. Leżałam u dr Beera. Walczyłam ze śmiercią 2 tygodnie. I cudem zostałam przy życiu. Pielęgnował mnie drogi mój brat Zysman i nigdy nie zapomnę, jak odzyskiwałam na chwilę przytomność. Brat mój siedział i mówił „Thilim” i płakał. Nie zdążyłam przyjść do siebie po tyfusie. Byłam głodna i ślepa od wysokiej gorączki, gdy obstawili getto i zebrali wszystkich na placu. Wyjęli wszystkich chorych z prowizorycznego szpitala i na naszych oczach powystrzelali. Następnie wpakowali nas do aut towarowych i wywieźli nas do Skarżyska... (…)
(…) Mała Sabcia jest matką czwórki dzieci. Ale serce moje krwawi wiedząc, że zostawiłam niemowlę i mimo, że szukałam go do dnia dzisiejszego nie wiem, co się z nim stało. Ja jeszcze dziś nie straciłam nadziei, że On jeszcze wróci do mnie...


Yad Vashem, lipiec 1947 r.


Źródło: Yad Vashem, Jerozolima.

Transkrypcja: Andreovia.pl

czwartek, 4 kwietnia 2019

Pola Lipnowski

“They’re going to come with the dogs. They’re going to start beating me.” Pola Lipnowski spoke in Yiddish, an expression of sheer terror on her face. She turned to her daughter, Hendel Schwartz, for protection.
But Lipnowski was not in Poland. She was in her room at Emmy Monash Aged Care, a residential facility in Melbourne, Australia. “You’re safe. I’m here,” Schwartz reassured her.
Still, in her mind, Lipnowski, who was born June 1, 1920, was back in Jedrzejow, Poland, where her family — her husband and son, her parents and her seven siblings and their families — were relocated to the ghetto in spring 1940. “They’re going to start taking people away. They took away my parents,” she told Schwartz.
This time it was her dementia and not the Nazis that imprisoned her, returning her to the Jedrzejow ghetto where she was forced to cook and launder for the German soldiers, to a labor camp in Czestochowa where she operated machinery and incurred a cut that traversed the length of her left arm, and to a death march to Auschwitz, where, ill with typhus, she was liberated by the Russian army on Jan. 27, 1945. Lipnowski was the only member of her family to survive.
Schwartz, who lives in Los Angeles, had asked her mother to move to California years earlier, before the dementia set in. But Lipnowski was adamant about remaining in Melbourne with her tight-knit Jewish community, most of whom were Yiddish-speaking survivors from Poland. In 2005, she moved to Emmy Monash, and in 2009 she was transferred to the dementia unit. Schwartz spent weeks at a time with her, staying by her side from morning to evening, speaking to her in her native Yiddish and trying to comfort her as her dementia destroyed her short-term memory and reawakened traumas suffered in the Holocaust.
Schwartz also noticed other behaviors she attributed to her mother’s war experiences. Lipnowski hid bread and an occasional banana. She wanted to save any food left over from her meals. And when Schwartz tried to take her for a walk outside the building, Lipnowski stopped at the door and demanded, “Take me back.”Then, in 2011, Lipnowski’s memories turned to an earlier period in her childhood — she talked about the family bakery and her sister — and her nightmares ended. Eventually she stopped eating and died on June 27, 2012.
“I lived with this for so many years, but nobody talked about it,” said Schwartz, adding that the staff at Emmy Monash “were aware and not aware.” Because Schwartz grew up in a community where her generation had no grandparents, they also had no knowledge of old people.” “I had to learn my way through it,” she said.
Historically, the distinct effects of dementia on Holocaust survivors were not recognized until long after World War II ended. For one, those who survived the horrors of the Nazis tended to be younger and did not fall prey to Alzheimer’s or other forms of dementia until decades later. Also, it wasn’t until the mid-1960s that Alzheimer’s was even identified as a disease and not part of the normal aging process.
But, for survivors, growing old is not necessarily a normal experience, as life events can awaken Holocaust memories, according to Shoshana Yaakobi, a senior social worker and Holocaust Resource Program coordinator at Baycrest, a health sciences center focused on the aging in Toronto. For example, older survivors spend more time visiting doctors, and in the camps, doctors weren’t to be trusted. When they get sick, which was a death sentence under the Nazis, or suffer the death of a spouse, the experiences bring back all the losses they endured during the Holocaust.
In 2003, Baycrest published “Caring for Aging Holocaust Survivors,” a manual that for the first time presented comprehensive information and strategies for caring for this specific and often challenging population.
In the 10 years since the manual was published, the behaviors of the survivors have not changed, according to Yaakobi, but health professionals have learned more, especially in understanding what can trigger certain behaviors.
“There are triggers you can anticipate — things like loud voices, sounds of steps like boots, dogs barking, certain smells, like disinfectants,” Yaakobi said. Other triggers are less obvious. One survivor told her that the sound of a train always evokes memories of the train that took her to Auschwitz. Another survivor with severe dementia pointed to a standing pole used for IV drip bags and said, “Don’t you see the cross? They’re going to kill us.”In addition to suffering dementia, older survivors are generally particularly frail. And they are prone to conditions such as osteoporosis, impaired vision and cardiac issues resulting from experiencing prolonged malnutrition and other traumas in the camps.
For Jewish Family Service (JFS) of Los Angeles, this translates to an increased need for home care, which includes help with cleaning, cooking, laundry, bathing, grocery shopping, medical appointments and errands.
(...)
But with nearly half of all people aged 85 and older suffering from Alzheimer’s or other forms of dementia to some degree, according to the Alzheimer’s Association, the number of people now vividly reliving their Holocaust horrors is substantial.“It’s unimaginable what these people had to go through,” Hendel Schwartz said. “And to have to repeat the process is so unfair,
so hard.”

Źródło:
https://jewishjournal.com/culture/lifestyle/115055/

środa, 3 kwietnia 2019

Rodzina Janoff

(...) opowieść Anny Radeckiej o pomocy udzielonej Żydom przez jej rodzinę – ojca Sergiusza i jego rodziców Przemysława i Anielę Janoffów (Janowów) w Motkowicach nieopodal Jędrzejowa w latach 1942-1943.

Rodzina Janoff - druga od lewej Aniela, Sergiusz i Przemysław. Motkowice, 1936  
 
W Motkowicach, niewielkiej miejscowości położonej 14 km na wschód od Jędrzejowa (woj. świętokrzyskie), moja rodzina o nazwisku Janoff (Janow), mieszkała od 1936 roku. Mój dziadek Przemysław Janoff, z zawodu leśnik, był administratorem lasów w majątku rodziny Górskich. Wraz z żoną Anielą i synem Sergiuszem mieszkał w leśniczówce nazywanej Karolówka, położonej na wschodnim skraju motkowickiego lasu. Jako ich plenipotent prowadził rozliczne interesy, także z Żydami. Utrzymywał z nimi dobre, przyjacielskie stosunki i był ceniony jako rzetelny partner.


W czasie wojny Przemysław Janoff ps. „Stary” i syn Sergiusz ps. „Set” byli zaprzysiężonymi żołnierzami Armii Krajowej. Działali w pionie wywiadu, dywersji, odbioru zrzutów, organizowali przerzuty i przechowywanie broni. W leśniczówce Janoffów odbywały się tajne komplety, a także chronili się ludzie poszukiwani przez gestapo oraz Żydzi – uciekinierzy z getta.


Getto w Jędrzejowie zostało utworzone przez Niemców w 1940 roku. Przed wywiezieniem Żydów do ośrodka zagłady w Treblince, zgromadzono w nim ok. 6 tysięcy osób z różnych miejscowości powiatu jędrzejowskiego i buskiego. Likwidację getta Niemcy przeprowadzili 16 września 1942 roku. Kilkuset Żydów zbiegło. Dla pozostawionych przy życiu niespełna 250 osób utworzono obóz pracy nazywany „małym gettem”, który zlikwidowano 22-23 lutego 1943 roku. Niektórzy uciekinierzy znaleźli schronienie u Janoffów. Przemysław przygotował dla nich specjalną skrytkę pod podłogą swego gabinetu. Wejście do niej przykryto dywanem, a na nim postawiono biurko. Janoff przywoził do siebie Żydów bezpośrednio z Jędrzejowa i po krótkim pobycie rozwoził po okolicy, w bezpieczne miejsca. Według moich najnowszych ustaleń akcja pomocowa rodziny Janoffów mogła zacząć się na długo przed likwidacją getta.


Nie wiadomo ile osób chroniło się w leśniczówce i czy ktoś z nich ocalał. Ostatni żyjący świadek tych wydarzeń – siostrzenica leśniczego Krystyna Strachocka-Zgud – pamięta, że gdy Przemysław rozwoził Żydów, ona i Sergiusz, jego syn, stali na drodze, na czatach. Jedna z akcji została opisana w publikacjach naukowych Andrzeja Ropelewskiego i dotyczyła lekarza Hirscha Beera, który prawdopodobnie przez dłuższy czas ukrywał się w lesie, w specjalnie przygotowanej dla niego kryjówce. W 1943 r. dr Beer, schowany w skrzyni pokrytej sianem i kilimem, został przewieziony do Kielc, na adres, który wskazał. Na skrzyni usiadła Aniela Janoff i rozłożyła na niej różne towary, wcielając się w rolę wiejskiej gospodyni jadącej na targ. Końmi powoził jej syn Sergiusz. Dr Beer dotarł do Kielc, ale jego dalsze losy są nieznane.


W 1945 r. władze Polski Ludowej aresztowały Sergiusza Janoffa i skazały, jako więźnia politycznego, na śmierć. Wyrok zamieniono na 10 lat pozbawienia wolności, a ostatecznie w więzieniach w Krakowie, Sieradzu i Rawiczu Sergiusz spędził pięć lat. W Rawiczu zetknął się z więziennym naczelnikiem Kazimierzem Szymonowiczem, zwanym z racji okrutnego traktowania więźniów politycznych „Krwawym Kaziem”.


Przemysław, chcąc ratować syna przed szykanami, poprosił o interwencję znajomą dra Beera z Kielc, która zaświadczyła o zaangażowaniu Janoffów w niesienie pomocy Żydom. Szymonowicz, który sam ocalał z Zagłady, zaprzestał szykanować Sergiusza za sprawą otrzymanego listu. Jedynym świadectwem tych wydarzeń jest niedawno odnaleziona w aktach sprawy Sergiusza Janoffa (sygn. IPNBU 915/497) prośba jego ojca z 1951 r. o wydanie zaświadczenia Jadwigi Papińskiej z 1946 r., które potwierdzało pomoc dla dra Beera ze strony Przemysława. Samego dokumentu nie udało się odnaleźć.


Po wojnie Janoffowie opuścili Motkowice. Zamieszkali w Marculach (powiat iłżecki), a następnie w Libertowie pod Krakowem, gdzie spędzili resztę życia.


Źródło:
https://sprawiedliwi.org.pl/pl/historie-pomocy/wasze-opowiesci/historia-rodziny-janoffow-janowow