czwartek, 15 października 2026

Majloch Rozencweig

Każdy gdzieś kopie, jeden w ziemi, drugi w szpargałach domowych.

Ja na przykład dokopałam się po raz kolejny do zaświadczenia mojej ciotki Henryki (Szczecińskiej), z którego wynika, że aktywnie brała udział w ruchu oporu. No i ma prawo otrzymać status kombatanta II wojny…

(...)

Ciotka rzadko i enigmatycznie wspominała o swojej wojennej działalności w ruchu oporu na terenie Jędrzejowa, jednak w rodzinie byliśmy świadomi, że ona właśnie stała się „spiritus movens” ukrycia i przechowywania od lutego 1943 do 14 stycznia 1945 r. (dzień wyzwolenia Jędrzejowa przez wojska Armii Czerwonej), w kamienicy na strychu Rynku nr 3, Majlocha Rozencweiga - syna naszych sąsiadów, zbiegłego z kolumny transportowej 19-latka. [Prawdopodobnie Majloch to Elimelech. Osoba o takim imieniu i nazwisku figuruje na liście ofiar Księdze Pamięci Żydów jędrzejowskich].

Zaprzysięgła do tzw. trójki jej mamę, a moją babcię, Zosię i mojego ojca Michała. Reszcie nic nie mówiono. Zasady konspiracji ściśle i konsekwentnie przestrzegano, więc Majloch, a wraz z nim opiekunowie szczęśliwie przeżyli okupację niemiecką, choć ryzyko było ogromne: kara śmierci!

Na fotografii ciotki Heni Szczecińskiej widnieją fragmenty pieczęci Straży Pożarnej, w której zatrudnienie dawało możliwość poruszania się po mieście po godzinie policyjnej.

(...) 

Cóż, wcześniej nie wyrażałam zgody na upublicznienie sprawy Majlocha, bo obowiązywała mnie obietnica 10-letniego milczenia, złożona mojemu Ojcu Michałowi. Jego wola się wypełniła. Czas karencji upłynął, toteż już można nie tylko mówić, ale i pisemnie dopełnić lokalną historię domów pod nrami 3 i 4 w jędrzejowskim Rynku.

Przed wojną trudy życia codziennego czasem skłaniały sąsiadów do współpracy. Mój Ojciec umawiał się więc z trochę starszym od niego Majlochem, by wspólnymi siłami dostarczać wodę do ich gospodarstw domowych. Razem kręcili korbą studni na Rynku (...), a następnie pełne beczki wody przyciągali wózkiem (a zimą saniami) do piekarni pod numerem  4, albo do zbiornika na wodę dla łazienki z wanną w kamienicy nr 3.

Pytałam, czy Majloch był kolegą z gimnazjum, ale Ojciec zaprzeczył, dodając o Rozencweigach: „To byli uczciwi i pobożni ludzie, dobrzy sąsiedzi. Pomagaliśmy sobie wzajemnie”. Do tej pory w okolicy Zaduszek pamiętamy w sposób szczególny o Majlochu.

 

Źródło / source - list do portalu Andreovia.pl:

piątek, 9 października 2026

KSIĘGA PAMIĘCI - Jakow Finkelsztajn / Los Angeles

Moje miasteczko Jędrzejów

Tak wiele już lat upłynęło od chwili gdy opuściliśmy nasz drogi sztetl. Ale przywiązanie i sentyment do naszych współziomków nie osłabło. Przeciwnie - staje się mocniejsze z roku na rok. Spędziliśmy wszak wspólnie z nimi nasze dzieciństwo. Wpierw bawiliśmy się razem, potem uczyliśmy się wspólnie w chederze i szkole, by wreszcie wspólnie marzyć czytając książki czasu Haskali gdy tylko ukazywały się drukiem i chodzić tymi samymi ścieżkami rozmyślając o nieznanej przyszłości.
Usłyszawszy, że ten nieistniejący już Jędrzejów ma zostać uwieczniony, tak bardzo chce się obudzić wspomnienia, drogich przyjaciół.
Jak żywy stoi mi na przykład przed oczyma Nusyn (Natan) Ber Chęciński (…), maskil [zwolennik Haskali - przyp. MM] z własnymi filozoficznymi poglądami, żartujący z całego świata, będący jednocześnie za pan brat z każdym jędrzejowskim Żydem, kochającym cały sztetl - nawet tych, którzy dostarczali mu gorzkich zmartwień.
Myśli krążą wokół wspomnień o Mosze Wargoniu, Jeszajahu Fejgenbojmie, Abramie Probołowskim, Izraelu Wolerze, Lejblu Sobkowskim, Jeszajahu Kszepke, którzy zawsze opowiadali o pierwszych promieniach postępu, które dotarły aż do Jędrzejowa i o swojej roli w rewolucyjnym 1905 roku.
Widzę przed sobą jasne postaci Zacharje Belfra i jego żony, złotych ludzi, jak to mówią - bez żółci [w znaczeniu - wyjątkowo łagodnych]. Zawsze gotowi udzielić pomocy gdy była ona potrzebna. 
Ukazuje nam się również piękna postać Szlamy Dow Belfra z jego dobrodusznym uśmiechem, silną wolą i zamiłowaniem do pracy społecznej.
Czy możemy zapomnieć Żyda jakim był, na przykład, Zacharje Beker? Któż nie pamięta ile wysiłku włożył by namówić tak wielu przykładnych obywateli, aby złożyli swoje podpisy pod petycją o zgodę na otwarcie „Muzy” w Jędrzejowie [Żydowskie Towarzystwo Muzyczno-Dramatyczne „Muza” - przyp. MM]? A jego małżonka, która zawsze miała największą sumę w swojej puszce na rzecz Keren Kajemet [Żydowskiego Funduszu Narodowego - centralny fundusz ruchu syjonistycznego, który zebrane środki przeznaczał m.in. na wykup ziemi w Palestynie - przyp. MM] i [słusznie] była z tego bardzo dumna? Któż z nas, starych Jędrzejowerów, tego nie pamięta?
Pamiętam też, jak ta sama kobieta, która przeczytała tyle książek, starała się nakłonić jędrzejowskich chłopców i dziewczęta do czytania. Mnie również kiedyś przeegzaminowała mówiąc: - Jakow, powiedz prawdę, czy przeczytałeś uważnie historię świętego „Dziadka ze Szpoły”? [przydomek Arie Lejba ze Szpoły - słynnego chasydzkiego cadyka, znanego kabalisty i ludowego uzdrowiciela - przyp. MM] A ja chciałem się zapaść pod ziemię ze wstydu bo nie pamiętałem jej.
Tamtej historii nie mogłem sobie przypomnieć ale te wszystkie świetliste postaci z mojego miasta Jędrzejowa pamiętam dobrze i z szacunkiem wspominam tych, których niestety już nie ma. I z gorącą miłością zwracam się do moich braci i sióstr, Ocalałych z naszego miasteczka Jędrzejowa!

 *


Księgi Pamięci Żydów jędrzejowskich - tłumaczenie z języka jidysz
[Sefer-HaZikaron LeYehudi Yendzhyev pod redakcją Shimshona Dov Yerushalmi, Tel Aviv, 1965]

Autor tłumaczenia: MICHAŁ MAZIARZ 

Zrealizowano w ramach stypendium z Funduszu Popierania Twórczości ZAiKS.

środa, 7 października 2026

KSIĘGA PAMIĘCI - Chaim Jehoszua Wilaga / Miami Beach, Floryda

Garść wspomnień

Z przeszłości mojej przypominam sobie jak moja mama, niech spoczywa w pokoju, prowadziła mnie w mroźny, zimowy dzień do chederu. Ubierała mnie w ciepłe wełniane ubrania, a następnie grube palto, natomiast głowę, razem z uszami, otulała ciepłym baszłykiem, do kieszeni wkładała zaś świeże rogaliki i czerwone zimowe jabłko. Odprowadziwszy mnie do samych drzwi, dawała mi kilka buziaków i mówiła: „Idź zdrów mój drogi synku, i ucz się Tory, bo Tora jest najlepszym towarem” [żydowskie powiedzenie w języku jidysz - w przenośni: Tora jest najlepszym, czym może zajmować się Żyd - przyp. MM]. 

Moja dobra mama odprowadzała mnie swoim słodkim spojrzeniem aż do końca ulicy. Zgłębiałem Torę z wielkim zapałem, aż naszła mnie ochota by zjeść moje rogaliki z masłem i smaczne jabłko. ‎Podczas przerwy w zajęciach obmyłem dłonie [chodzi o rytualne obmycie dłoni przed posiłkiem - przyp. MM] i zabrałem się do jedzenia. Moi ubodzy koledzy stanęli wokół mnie i patrzyli, niemal zaglądając do moich ust… Zrozumiałem, że byli głodni, biedactwa, więc podzieliłem się z nimi wszystkim do ostatniego okruszka.

Wracając do domu moja kochana mama zapytała mnie: „Synku, czy zjadłeś wszystko? Czy smakowało ci?” Zamilkłem i pomyślałem, że tak kochającej mamy nie wolno mi oszukiwać ale bałem się powiedzieć prawdę. Jednakże mama od razu zrozumiała i zapytała mnie: „Czy dałeś coś synku twoim biedniejszym przyjaciołom?” Opowiedziałem jej wtedy całą prawdę, a ona odparła: „Dobrze zrobiłeś, tak właśnie należy robić wobec przyjaciół!”.

Następnego ranka mama wypchała moje kieszenie po brzegi jedzeniem i owocami. Zapytałem ją: „Mamo, dlaczego dajesz mi aż tyle? Nie dam rady tego wszystkiego przejeść”.

„Moje dziecko! To nie tylko dla ciebie ale też dla twoich biednych kolegów. Niech wam będzie na zdrowie!”

Teraz już co dzień moja dobra mama, niech pokój będzie z nią, dawała mi jedzenie również dla moich ubogich kolegów i w ten sposób zakorzeniła we mnie poczucie współczucia i wielkie przykazanie [micwę]: „Będziesz miłował bliźniego jak siebie samego" [Księga Kapłańska 19:18].


Rewolucja przybywa do Jędrzejowa

Słyszeliśmy o strajkach jakie miały miejsce w Warszawie, Łodzi, Radomiu i Kielcach. Również nasz Jędrzejów dotknęła ta „epidemia”.

Dowiedziawszy się więcej w bejs midraszu, nas też zabrał ze sobą ten nurt [nowych] czasów. Wkrótce przemyciliśmy do bejs midraszu trefne [w znaczeniu - nieodpowiednie - przyp. MM] broszury i literaturę propagandową i trzymaliśmy je pod naszymi egzemplarzami Gemary lub innymi świętymi księgami, które studiowaliśmy.

Pamiętam broszurę o krzykliwym nagłówku: „Mojżesz - socjalista, który wyzwolił Żydów z niewoli”. Czytaliśmy ją wszyscy w sekrecie, a gdy ktoś wchodził do bejs midraszu, chowaliśmy ją szybko. Broszura była pełna propagandy o wyzwalaniu robotników z burżuazyjnej niewoli. Choć żaden z chłopców z bejs midraszu nie był robotnikiem, a tym bardziej nie był przez nikogo zniewolony, broszura ta wpłynęła na nas tak mocno, że my również zaczęliśmy sympatyzować z masami robotniczymi i bać się ich pracodawców, ich „eksploatatorów”…

Pod wpływem tej agitacji powstała przepaść pomiędzy starszymi i młodzieżą, która zaczęła nienawidzić swoich rodziców za to, że ci wyzyskują swoich pracowników… Były też 2-3 przypadki czeladników zatrudnionych przez ojców w ich warsztatach blacharskich czy krawieckich, którzy ogłosili strajk…

Pamiętam też jak spotykaliśmy się w tamtym czasie z przyjaciółmi: Wolfem synem Nuchyma, Jeszają Mendlem, Aharonem Kockerem i innymi, aby wspólnie dyskutować i snuć plany w jaki sposób sprowadzić rewolucję do Jędrzejowa. Doszliśmy jednak do wniosku, że w naszym małym mieście brak było odpowiedniego „materiału” dla „wielkiej światowej rewolucji”. Postanowiłem zatem porzucić Jędrzejów i wyjechać do Paryża, aby tam oddać wszystkie moje młode siły „wielkiemu planowi wyzwolenia klasy robotniczej od jej krwiopijców” czyli wielkich posiadaczy, którzy bogacili się na krwi i pocie robotników.

Gdy ojciec mój błogosławionej pamięci dowiedział się o moich planach, zwrócił się do mnie z sarkastycznym uśmiechem: „Ha, skoro ty wyjeżdżasz to kto zrzuci cara Mikołaja z tronu?”

W końcu znaleźli się tacy, którzy to zrobili, jednakże mój ojciec, niech pamięć o nim będzie błogosławiona, nie dożył tego dnia…


Wielki pożar w Jędrzejowie

Przypominam sobie, że działo się to w szabatowy letni wieczór. Mieszkaliśmy wówczas przy ulicy Kieleckiej. Od ulicy mieszkał Jeszaja felczer. Siedzieliśmy za stołem przy otwartych oknach, mieliśmy gości. Ojciec mój, niech spoczywa w pokoju, był w bardzo dobrym nastroju - opowiadał wesołe historie ze swojego życia. Nagle wbiegła Róża, córka felczera, krzycząc: „Żydzi! Pali się!”. Wybiegliśmy na ulicę. Niebo było czerwone jak ogień. Znad spichlerzy zbożowych przy ulicy Skroniowskiej unosiła się chmura gęstego, czarnego dymu. Wbiegliśmy z powrotem do domu by czym prędzej spakować pościel i ubrania, po czym wybiegliśmy z nimi z na ulicę Kielecką. Ulica była pełna ludzi - starych i młodych, małych dzieci, starców i staruszek. Nieszczęśni stoją z garstką rzeczy, które udało im się uratować, wokół strażacy biegają zaaferowani w tę i z powrotem z beczkami wody. Żydzi pomagają im nosić wiadra z wodą ale po drodze, biegnąc do gaszenia, wylewają ich zawartość niemal w całości. Kobiety załamują ręce, mężczyźni recytują psalmy i proszą Boga by miał litość i zatrzymał ogień. Ale Bóg nie ma litości. Ogień rozprzestrzenia się coraz dalej i wkrótce prawie połowa miasta idzie z dymem.

Po tej wielkiej tragedii zrozumieliśmy, że winne jej jest całe społeczeństwo [Jędrzejowa]. Zawsze odnosiliśmy się z lekceważeniem do tych kilku chrześcijan i żydów, którzy byli miejskimi strażakami. Nazywaliśmy ich purimowymi przebierańcami [„purim-szpilers” - przebrania to nieodłączny element święta Purim, żydowskiego karnawału - przyp. MM] z uwagi na ich dziwaczne czapki.

[Po tym wydarzeniu] żydzi i goje postanowili wspólnie stworzyć prawdziwy oddział strażacki z niezbędnym wyposażeniem.

Także mój ojciec błogosławionej pamięci przystąpił do strażaków i dumnie nosił swoją białą koszulę, szeroki pas, za którym zawsze nosił toporek, oraz niebieską czapkę z błyszczącym lakierowanym daszkiem.

Bardzo często przeprowadzano tak zwane próbne alarmy, podczas których strażacy odbywali swoje ćwiczenia. Ojciec maszerował wtedy razem z innymi.

Taki był efekt wielkiego pożaru miasta Jędrzejowa.


Jędrzejowscy woźnice

Honorowe miejsce wśród jędrzejowskich woźniców zajmowali Mosze Pisk oraz Jome (Benjamin) Grinski. Wydaje się, że uczciwie zapracowali na swoje przydomki.

„Mosze Pisk” - ponieważ wyzywał i przeklinał ludzi bez litości… [możliwy źródłosłów to "pizg/ pizgać" - przyp. MM]. Natomiast przydomek „Grinski” wziął się z faktu, że Jome bardzo lubił jeść „grinske” [cebularz] - podłużny, dobrze wypieczony placek grubo posmarowany masłem i posypany drobnymi kawałkami cebuli.

Pewnego letniego dnia około południa, pojawił się pośrodku rynku wielki, długi wóz o dziwnej konstrukcji, jakiego Jędrzejów do tej pory nie widział.

Jędrzejowscy Żydzi lubili się popisywać swoją wiedzą i oceniać każdą rzecz zgodnie z jej prawdziwą wartością. Jednak tym razem wszyscy łamali sobie głowy nie wiedząc co sądzić o tym nowym skarbie, który pojawił się w mieście. Wewnątrz wozu nie było nikogo. Po jakimś czasie zebrani wokół gapie zaczęli obwąchiwać i opukiwać wóz ze wszystkich stron jednak nikt nie wiedział co to za pojazd.

Wreszcie pojawił się właściciel wozu i ogłosił, że jest to „zagraniczny wynalazek, który nazywa się omnibus”. Zakupił go za granicą i zamierza wozić nim pasażerów z miasta na stację kolejową i z powrotem. Omnibus mógł pomieścić 30 pasażerów.

Mosze Pisk pojął wnet, że ten „zagraniczny wynalazek” odbierze zarobek jędrzejowskim woźnicom, którzy posiadają jedynie małe furki zaprzężone w ledwie żywe szkapy. Począł więc obrzucać najgorszymi obelgami z tochachy te „nowe wynalazki”, które odbierają chleb ubogim woźnicom. [mianem tochachy określa się fragmenty Tory mówiące o tragicznych konsekwencjach ewentualnego złamania przez Żydów przymierza z Bogiem - przyp. MM], 

Jomele Grinski, który właśnie napchał sobie usta pysznym cebularzem, od razu podchwycił wątek. Począł szybko wypluwać okruchy i, wtórując przekleństwom miotanym przez swego odwiecznego konkurenta Mosze Piska, wykrzyknął: „Amen! Amen! Czarny koniec wszystkim omnibusom!”


Reb Hirsz Ber syn Mordechaja Rubina błogosławionej pamięci

Hirsz Ber, syn Mordechaja Rubina, chłopiec około lat 20. Szlachetność wypisana była na jego twarzy, promieniującej jedwabiem i aksamitem. Wielki uczony [chodzi o znajomość Tory oraz tekstów dotyczących np. prawa żydowskiego], znawca najtrudniejszych i najgłębszych zagadnień Gemary, Tosafot [średniowieczne komentarze do Talmudu], Rambam [akronim oznaczający Majmonidesa - od rabbi Mosze ben Majmon], Maharszy [przydomek rabina Samuela Eidelsa - od hebrajskich słów "Nasz Nauczyciel, rabbi Szmuel Eidels].

W bejs midraszu wystawiono długie stoły. Przy każdym z nich kilku chłopców studiuje pod okiem starszych kolegów. Zaczynają od Gemary, następnie przechodzą do komentatorów Talmudu, a później do czterech części "Szulchan aruch" [we współczesnym judaizmie podstawowy kodeks halachy czyli prawa żydowskiego - przyp.MM]. Rzecz jasna, przede wszystkim - do Jore Dea [jedna z części "Szulchan aruch" - przyp. MM]. Nasz reb Hirsz Ber był wielkim znawcą całego "Szulchan aruch". Siedzieć przy jego stole i studiować razem z nim było wielkim zaszczytem - nie każdy z chłopców z bejs midraszu miał ten przywilej.

Reb Hirsz Ber przechadzał się pomiędzy stołami i kiedy dostrzegał, że grupa chłopców spiera się zawzięcie nie znając prawdziwego znaczenia [tekstu], podchodził do nich z uśmiechem na twarzy, po czym tłumaczył wszystko. Interesował się przy tym ich sytuacją i z wielką radością udzielał wskazówek i niezbędnej pomocy.

Mam przed oczami jego obraz - Hirsz Ber jak żywy; takim, jakim go widziałem w moim opuszczonym mieście Jędrzejowie. Widzę go z pięknym złotym zegarkiem na podwójnym łańcuszku, który dostał w prezencie na swe zaręczyny. Niestety to tylko sen! Przecięte zostało młode życie jego i jego przyjaciół z bejs midraszu!

Żal tych, którzy odeszli, a których znaleźć nie można! [cytat z Talmudu (Sanhedrin), j. aramejski. Tłumaczenie za: ŻIH חבל על דאבדין ולא משתכחין]


*


Księgi Pamięci Żydów jędrzejowskich - tłumaczenie z języka jidysz
[Sefer-HaZikaron LeYehudi Yendzhyev pod redakcją Shimshona Dov Yerushalmi, Tel Aviv, 1965]

Autor tłumaczenia: MICHAŁ MAZIARZ 

Zrealizowano w ramach stypendium z Funduszu Popierania Twórczości ZAiKS.



wtorek, 6 października 2026

KSIĘGA PAMIĘCI - Kalman Chęciński / Holon cz. 2

 ב

Pierwsza wojna światowa zbliżała się do końca dzięki rewolucjom, które wybuchły w carskiej Rosji, Niemczech i Austrii. Polska odzyskała niepodległość po wielu latach niewoli i stała się niezależną republiką. Jędrzejowski kahał [gmina żydowska] razem z całym polskim żydostwem widziały w odnowieniu polskiej państwowości również własną emancypację. Mieliśmy nadzieję na narodową autonomię - dla Żydów był to powód do radości tak samo jak dla społeczności polskiej. Mieliśmy nadzieję na lepsze jutro i wierzyliśmy, że marszałek Józef Piłsudski, wraz z polską niepodległością, przyniesie wolność także Żydom.
Wybrany został pierwszy niepodległy Sejm (polski parlament), w skład którego weszli także żydowscy deputowani - przede wszystkim Icchak Grynbaum [inna pisownia nazwiska: Grünbaum] i Apolinary Maksymilian Hartglas. Stworzyli oni koło skupiające wszystkich żydowskich deputowanych z Sejmu i Senatu.
Już w pierwszych miesiącach niepodległości Polska zmobilizowała do armii kilka roczników [rekrutów] - wybuchła krótka acz krwawa wojna z na wpół upadłą armią bolszewicką. Zaczęło się od żądań terytorialnych, po których Armia Czerwona doszła aż nad brzeg Wisły. Dzięki francuskiej pomocy militarnej została jednak odparta pod Warszawą. Po tym nastał pokój. W szeregach nowej polskiej armii w wojnie wzięło udział wielu Żydów.
W tamtym czasie rozgorzała wielka [anty-] żydowska heca - żydowskie życie [znów] stało się bezwartościowe. Miały miejsce pogromy w Kielcach [prawdopodobnie chodzi o tzw. pierwszy pogrom kielecki 11-12 listopada 1918 - wystąpienia antyżydowskie, w których zginęło 4 Żydów, a 250 zostało rannych - przyp. MM] i okolicznych miejscowościach. W Jędrzejowie doszły nas wieści, że na czwartkowym targu, gdy kupcy będą ze swoimi towarami na ulicach, chłopi, podburzani ciągle przez „endeków” (reakcyjną i antysemicką partię polską), przyjdą rabować żydowski dobytek. Mówiło się też, że chłopi przyjdą uzbrojeni w noże i siekiery by dokonać masakry na Żydach. Również w miasteczku Wodzisław niedaleko Jędrzejowa spodziewano się pogromu. Atmosfera w naszej okolicy była napięta ponieważ wiedzieliśmy, że polska policja nie przeciwstawi się pogromszczykom nawet gdyby chciała, i nie zapanuje nad sytuacją jeśli dojdzie do krwawego ataku.
Jędrzejowska gmina żydowska, na czele z inżynierem Mosze Tenenbaumem, Jakubem (Kawke) Ingberem, Mosze Zylbersztajnem zwołała zebranie w miejskim bejs midraszu gdzie postanowiono wystosować manifest do marszałka Józefa Piłsudskiego oraz żydowskich posłów na Sejm, między innymi Icchaka Grynbauma. [W manifeście] wzywano by wystąpili z interpelacją w Sejmie aby zapewnić bezpieczeństwo życiu i własności Żydów w obliczu nowych pogromów, [spodziewanych] jako następstwo tych, które już miały miejsce. Wybrana została delegacja w postaci dwóch osób, które pojadą do Warszawy by wręczyć polskiemu marszałkowi petycję gminy. Delegatami byli inżynier Mosze Tenenbaum i Jakub (Kawke) Ingber. Interwencja odniosła właściwy skutek. Z Warszawy wysłano zdecydowany rozkaz do policji i innych organów władzy w Jędrzejowie by te nie dopuściły do pogromu. W ten sposób miasto nasze uniknęło wielkiego nieszczęścia. (Dla zilustrowania tamtego okresu w Polsce drukujemy w Księdze Pamięci reprodukcje oryginału oraz bardzo interesującego memorandum wraz z hebrajskim tłumaczeniem). Pomimo obietnic, że władze zatrzymają prześladowania Żydów, pobicia w pociągach czy napady na ulicach zdarzały się nadal w mniejszych i większych miejscowościach. I to mimo to, że w tym czasie wojna z bolszewikami trwała w pełni, miały miejsce krwawe potyczki, w których wielu żydowskich chłopców przelewało swoją krew za Polskę. Przybył też wtedy generał Haller ze swoją armią składającą się z antysemitów, endeków i innych podejrzanych typów, i zaczęli napadać na Żydów, a w szczególności golić im brody w pociągach i na ulicach. Zdarzały się także krwawe przypadki wyrzucania żydowskich pasażerów przez okna pędzących pociągów.
W tamtym czasie zdarzyła się w nowej Polsce jeszcze jedna straszna rzecz. Władze wojskowe rozkazały usunąć żydowskich oficerów i żołnierzy z różnych formacji i internować ich jako „nielojalnych obywateli” w owianym złą sławą obozie internowania w Jabłonnej. Niełatwo jest opisać udręki, zniewagi, ból i cierpienie, których żydowscy żołnierze doświadczyli w polskiej armii, a to wszystko - jak już mówiłem - [w czasie] gdy przelewali swoją krew na frontach wojny przeciwko bolszewikom.
Tuż przed mobilizacją do polskiej armii byłem, razem z moimi przyjaciółmi, w ferworze pracy społecznej, jak również na rzecz partii Poalej Syjon w Jędrzejowie. Moi przyjaciele Izrael Gurtman, Herszel Trajster, Mendel Dancygier, Rywka Zaromb, Chana Kamrat i wielu innych, wspierali mnie w codziennej pracy. Działalności [tej] przewodził znany działacz jędrzejowski, błogosławionej pamięci Jehuda Dan. Pewnego ranka musieliśmy jednak przerwać naszą rozległą działalność i wrócić do wojska by walczyć za sprawę, która nie była naszą. W przygnębiającym nastroju i z ciężkim sercem, zostaliśmy zmobilizowani. Każdego z nas skierowano w inne miejsce, a po krótkim szkoleniu zostaliśmy wysłani na front.
Traf chciał, że jako drukarza z zawodu, przydzielono mnie do sztabowej drukarni. Najpierw przeszkolono mnie jak obchodzić się z karabinem maszynowym po czym zostałem skierowany do pomocy przy drukowaniu poufnych rozkazów. Moja praca przebiegała normalnie - mój szef nie mógł na mnie narzekać, nie miał też wobec mnie żadnych uwag. W krótkim czasie stałem się jednym z ekspertów w tej pracy.
W tamtym czasie polska armia dotarła na przedpola Kijowa. Nie trwało to jednak długo - bolszewicy rozpoczęli kontrofensywę, którą dowodził przede wszystkim generał Budionny. Polska otrzymała mocny cios. Armia była zmuszona do stopniowego wycofywania się i nie była w stanie zatrzymać potęgi postępującej Armii Czerwonej, która dotarła aż pod Warszawę. Była obawa, że Warszawa również padnie. Polska skoncentrowała wszystkie swoje siły w okolicach stolicy. Z Paryża przybył pilnie generał Foch, „anioł zbawiciel”, który miał dowodzić polską obroną i kontrofensywą.
W tych decydujących dniach, gdy powoływano każdego, kto był w stanie nosić broń, mnie również zmobilizowano i wysłano na front. Jednakże w ostatniej chwili, gdy mieliśmy już odjeżdżać, nasz generał zdołał przekonać wyższe instancje by najbardziej niezbędni fachowcy zostali by dalej pracować w drukarni. W ten oto sposób zostałem ocalony od wielkiego niebezpieczeństwa, które czyhało na polu bitwy.
A nad Wisłą zdarzył się cud! Polska armia odepchnęła bolszewików i dotarła daleko wgłąb Białorusi. W roku 1921 rozpoczęły się rozmowy pokojowe pomiędzy rządem polskim a przedstawicielami bolszewików. W efekcie 12 października 1920 roku podpisano w Rydze porozumienie o zawieszeniu broni, a następnie, 18 marca 1921 w tym samym miejscu podpisano traktat pokojowy.
Sztab, w którym pracowałem skierowano w inne miejsce. Ponownie zaczął się okres spokoju i na powrót mogłem się oddać mojej normalnej pracy.
W lutym 1922 roku spadło na mnie nagle wielkie nieszczęście. Zostałem aresztowany przez polską żandarmerię wojskową za przestępstwo, którego nie popełniłem. Zarzucono mi szpiegostwo na rzecz reżimu bolszewickiego. Zostałem wysłany do Warszawy gdzie dochodzenie prowadził najwyższy polityczny sędzia śledczy. Powiedziano mi, że był to Żyd przechrzta. Zarzucono mi również współpracę z Partia Komunistyczna oraz szerzenie propagandy wśród wojskowych. Było to fałszywe oskarżenie. Nigdy w życiu nie miałem do czynienia z komunizmem, a tym bardziej szpiegostwem. Śledztwo prowadzono z pełną surowością. Osadzono mnie na Pawiaku, owianym złą sławą warszawskim więzieniu, w którym przesiedziałem ponad rok. Przez cały czas trwania śledztwa siedziałem w pojedynczej celi, rozmyślając dużo nad swoim losem. Nie jeden raz byłem zrozpaczony i przestawałem wierzyć w sprawiedliwość. Traciłem nawet nadzieję na uwolnienie ale zwykle po trudniejszych chwilach stawałem się silniejszy. Wielkie było moje pragnienie by dowieść swojej niewinności. To dawało mi siłę by znieść moją rozpaczliwą sytuację.
Mój brat Dawid przygotowywał się w tym czasie do aliji [powrót do kraju przodków - przyp. MM] do Ziemi Izraela. Chciał się ze mną pożegnać jednakże odmawiano mu pozwolenia na widzenie. Był tym bardzo przygnębiony i ze łzami w oczach i modlitwą w sercu prosił by dostąpił radości zobaczenia mnie w Ziemi Izraela. Ja w tym czasie cierpiałem za murami więzienia, śniąc o wolności, sprawiedliwości, uczciwości i o tym, by dostąpić łaski zobaczenia ponownie moich rodziców.
Mój brat Dawid, który opuścił diasporę, zwracał się mnie zza więziennych murów: „Bądź zdrów, bracie mój, nie trać wiary w sprawiedliwość - ona zwycięży, a ty będziesz wolny, skończy się twoje cierpienie”.
W międzyczasie zakończyło się śledztwo i mój ojciec przyjechał by zobaczyć się ze mną w więzieniu. Przez długie minuty nie byłem w stanie otworzyć ust. Było mi ciężko go pocieszyć, a za jego pośrednictwem - także moją matkę, moich braci i siostry. Ale nadeszła chwila gdy zacząłem mówić do ojca prosto z serca. Powiedziałem mu żeby się nie martwił i prosiłem, żeby powiedział wszystkim, że jestem niewinny, a cierpię tylko dlatego, że jestem Żydem. Powiedziałem też ojcu, że sprawiedliwość zwycięży i że dostąpię jeszcze radości bycia na powrót z rodziną, tak jak dawniej. Po rozmowie trwającej ledwie 20 minut ojciec opuścił mnie. Był załamany ale pocieszał mnie i mówił, żebym nie rozpaczał, abym dbał o siebie i był silnym. Później odwiedzili mnie jeszcze przyjaciele i krewni.
Podczas widzenia z moim ojcem dowiedziałem się, że mój przyjaciel Gurtman prawdopodobnie stracił życie na froncie, natomiast mój młodszy brat Abraham zaginął. Niedługo później odnalazł się w szpitalu, do którego trafił z frontu. O tym, że Gurtman jednak żyje dowiedzieliśmy się gdy powrócił do Jędrzejowa w 1923 roku z bolszewickiej niewoli.
Po tym jak śledztwo zostało zakończone, zdałem sobie sprawę ze swojej sytuacji. Znajdowałem się w gronie 15 oskarżonych, wśród których była jedna kobieta, a także jeden Polak - endek, który zdradził swoją ojczyznę za pieniądze…
Zażądałem konfrontacji z człowiekiem, który cały czas usiłował udowodnić moją winę. Stojąc z nim twarzą w twarz, przyparłem go do muru pokazując, poprzez materiały, którymi chciał mnie obciążyć, że jestem Bogu ducha winny i że nigdy nie miałem do czynienia z działalnością szpiegowską, o którą mnie oskarżał. Notatki sporządzone na dokumentach będących w rękach prowadzącego śledztwo posłużyły jako dowód, dzięki któremu prawdziwy winny został zdemaskowany i niezwłocznie aresztowany. Okazało się, że jest nim 17-letni Polak, komunista, który został specjalnie wysłany do pracy w archiwum by służyć swojej partii. Dopiero wtedy polska władza przekonała się o mojej niewinności. Przesiedziałem jednakże w więzieniu 23 miesiące. Sam proces trwał trzy dni. Byłem jedynym z oskarżonych, który został uwolniony. Muszę wspomnieć, że w akcie oskarżenia, który skierował przeciwko mnie sędzia śledczy, podkreślał on ciągle, że grozi mi kara śmierci. Można więc sobie wyobrazić moją radość, gdy moja niewinność została dowiedziona. Zaskoczenie było tak wielkie, że straciłem przytomność. Mój adwokat, znany publicysta syjonistyczny i poseł na Sejm, doktor Apolinary Hartglas, ocucił mnie i powiedział: „Człowieku, weź się w garść! Jesteś wolny!”. Doktor Hartglas bronił mnie jako wyjątkowego przypadku, który służył obronie całej żydowskiej społeczności.
Po uwolnieniu wypuszczono mnie wprost na warszawskie ulice. Byłem tak zdezorientowany, że nie wiedziałem dokąd pójść. Napotkałem przyjaciela Izraela Riterbanda, niech spoczywa w pokoju, który przyjechał do mnie gdy tylko dotarły do niego wieści o moim uwolnieniu. Udaliśmy się razem na pocztę skąd nadaliśmy telegram, że tego samego wieczoru wracam do domu.
Przybyłem do Jędrzejowa o piątej nad ranem. Moje spotkanie z rodzicami i resztą rodziny przerodziło się w święto pełne łez - coś pięknego! Mieli przed sobą tego, który wyratował się od śmierci!
Wróciłem do domu 24 stycznia 1924 roku. Spotkałem tam wielu moich towarzyszy i przyjaciół. Niektórych nie było już w Jędrzejowie. Bezgranicznie radosne było zwłaszcza moje spotkanie z tymi, którzy powrócili z rosyjskiej niewoli. Wiele wieczorów spędziłem z moim dobrym przyjacielem Izraelem Gurtmanem, opowiadając sobie wzajemnie o wszystkim co się wydarzyło podczas naszej rozłąki.
Życie powoli wracało do porządku. Zaangażowałem się znów w działalność społeczną w Jędrzejowie razem z przyjaciółmi, którzy tam jeszcze pozostali. Tak zakończył się pewien rozdział historii mojego życia (…).

*

Księgi Pamięci Żydów jędrzejowskich - tłumaczenie z języka jidysz
[Sefer-HaZikaron LeYehudi Yendzhyev pod redakcją Shimshona Dov Yerushalmi, Tel Aviv, 1965]

Autor tłumaczenia: MICHAŁ MAZIARZ 

Zrealizowano w ramach stypendium z Funduszu Popierania Twórczości ZAiKS.



poniedziałek, 5 października 2026

KSIĘGA PAMIĘCI - Kalman Chęciński / Holon cz. 1

Moje wspomnienia z dawnego Jędrzejowa

א
W ostatnich latach przed pierwszą wojną światową wyuczyłem się gruntownie zawodu drukarza. Byłem wówczas bardzo młody ale trudne warunki życia w domu rodzinnym zmusiły mnie do porzucenia szkoły i znalezienia źródła zarobku aby ulżyć sytuacji domowej. Wieczorami dokształcałem się i uczyłem się tego, czego inne dzieci uczyły się w szkole za dnia. Byłem szczęśliwy na myśl, że przyniosę do naszego domu to, czego w nim brakowało - chleba do syta. Tak też się stało. Moje młode serce rosło ze szczęścia. Kochałem bardzo swoich rodziców; szczególnie wobec ojca miałem wielki szacunek. Widziałem w nim wyjątkowego człowieka - być może [także] na widok postronnych ludzi, którzy gromadzili się wokół niego by czerpać z jego mądrości.
Już w moich młodych latach czułem, że mój ojciec jest Żydem o ogromnej wiedzy. Gdy byłem dzieckiem odpowiadał na wiele pytań, które było nam wtedy trudno zrozumieć. Kiedy byłem nieco starszy, moja miłość do niego stała się jeszcze mocniejsza. To wtedy poznałem go jako uczonego w piśmie o wielkiej wiedzy tak na temat judaizmu, jak i wiedzy ogólnej. Nie zapomniałem go po dziś dzień. Żyje w mojej pamięci - pozostanie częścią mego serca i mojej duszy na zawsze!
Mojego fachu uczyłem się w drukarni Zalmana Mordkowicza, gdzie dojrzałem także jako człowiek, zdobywając własne spojrzenie na życie. Zacząłem dużo czytać i rozumieć to, co czytałem, a także dostrzegać różnicę między dobrem a złem. Zrozumiałem wtedy, że robotnik jest wykorzystywany i że zobligowany jest do walki o swoje prawa i poprawę warunków socjalnych, w których żyje. W tamtych latach pracowaliśmy od rana do późnego wieczora; zacząłem się buntować przeciwko temu w sposób instynktowny, nie zaś w rezultacie świadomego przekonywania, że powinienem polepszać swoje warunki pracy.
W tamtym czasie nie rozumiałem dokładnie jaką drogę obrać by poza pracą mieć także czas dla samego siebie.
W 1913 roku uczniowie jędrzejowskiego seminarium nauczycielskiego, które znajdowało się za klasztorem, w budynku kościoła św. Kadłubka [w rzeczywistości Kadłubek jest błogosławionym kościoła katolickiego, nie świętym - przyp. MM], odbyli wycieczkę aż do Petersburga. Po powrocie spisali swoje wrażenia i przeżycia, a ja byłem zecerem i drukarzem tej książki. Po raz pierwszy pracowałem przy składzie i druku rosyjskiej książki. Przystępowałem do pracy z wielkim zapałem i wkrótce miałem gotową około sześćdziesięciostronicowa książkę, która równie szybko została poprawiona przez uczniów seminarium i była gotowa do druku. Ni stąd ni z owąd otrzymałem zawiadomienie od dyrekcji seminarium, która zarządziła przerwanie prac, nie podając żadnych powodów. Było to latem 1914 rok. Lato natomiast było szczególnie „gorące” tego roku…
Pewnego dnia przed świętem Tisza be-Aw [przypada w lipcu lub sierpniu - przyp. MM], gdy spałem smacznie, rozległo się pukanie do moich drzwi. Był to powiatowy żandarm, który zapytał: „Zdjes’ żywjot gospodin Chencinski?”. Bardzo się przestraszyliśmy - wizyta rosyjskiego żandarma nigdy nie była dobrym znakiem. Żandarm zapytał czy syn, drukarz, jest w domu. Mój ojciec potwierdził. Żandarm rozkazał mi ubrać się szybko (nie krzyczał przy tym), ponieważ czekała na mnie robota drukarska, która musiała być wykonana jeszcze tej nocy. Uspokoiłem się nieco i starałem się także uspokoić moich rodziców mówiąc, że przed świtem będę z powrotem w domu. Żandarm nie wspomniał jednak ani słowem do czego właściwie mnie wzywano.

FOTO
Doroczny jarmark w Jędrzejowie, rok 1913

Gdy tylko dotarłem do rosyjskiego naczelnika, podano mi tekst w języku rosyjskim. Było to obwieszczenie w imieniu rosyjskiego cara. Uprzedzono mnie bardzo dobitnie bym, dopóki obwieszczenie nie zostanie upublicznione, nie opowiadał nikomu jego treści ponieważ jest to tajemnica państwowa. W asyście dwóch żandarmów wszedłem do drukarni. Była mniej więcej druga w nocy i właściciel drukarni, Zalman Mordkowicz, był już na miejscu. Pod nadzorem żandarma rozpocząłem składanie obwieszczenia. Jego pierwsze słowa brzmiały: „Dnia 18 czerwca 1914 roku Niemcy wypowiedziały nam wojnę”.
Moje dziecięce oczy przesłonił wielki strach słysząc po raz pierwszy, że doszło do wojny pomiędzy dwoma tak potężnymi krajami.
Skończywszy pracę odetchnąłem z ulgą ale głęboko w sercu dręczył mnie dziwny niepokój i strach na myśl o tym co oznacza to straszne słowo: wojna!
Gdy pospiesznie wracałem do domu, był już dzień. Obwieszczenie wisiało już w całym mieście i rozpoczęła się mobilizacja!
Rozpoczęło się święto Tisza be-Aw ale tym razem wszyscy Żydzi przeczuwali nową katastrofę [nawiązanie do święta ponieważ symbolizuje ono zburzenie Świątyni Jerozolimskiej]. Ojcowie i matki mieli osowiałe twarze z powodu wcielenia ich synów i mężów do wojska. Kobiety i dzieci były zdezorientowane ponieważ czuły co tracą i co ich czeka. Mnie samemu serce biło mocniej, ogarnął mnie strach. Mój starszy brat, Mosze, służył w wojsku w Rosji  - kochałem go bardzo i nie mogłem zrozumieć - dlaczego musi iść na wojnę i ryzykować życie za carski tron…
Rosjanom nie udało się przeprowadzić mobilizacji w szybkim tempie ale niestety większość [poborowych] została zmobilizowana i wysłana wgłąb Rosji. Miasto pogrążyło się w głębokim smutku ale wkrótce nie było już czasu na smutek - pojawiły się pierwsze pograniczne oddziały rosyjskich kozaków. Kiedy żołnierze uciekli z Sosnowca, Częstochowy i innych miejscowości granicznych, kozacy zaczęli rabować. We wszystkich miastach i miasteczka pojawiła się panika - Żydzi ukrywali się gdzie tylko kto mógł.
Miejscowe rosyjskie władze, z naczelnikiem powiatu Głowackim na czele, opuściły Jędrzejów - zapewniając jednocześnie przy tym, że w ciągu kilku dni powrócą. Gdy tylko Rosjanie opuścili Jędrzejów pozostawiając wszystko bezpańskim, oddział strażaków zorganizował cywilną milicję by chronić miasto przed złodziejami i atakami chuliganów. W czwartek targ odbył się normalnie - chłopi przyjechali by sprzedać swoje produkty, a Żydzi jak zwykle przygotowywali się do szabasu, chodzili modlić się (...). Jednakże czuło się, że targ jest inny niż zwykle. Z nastaniem ciemności Żydzi musieli gdzieniegdzie bronić swoich domów.

FOTO
Ulica Klasztorna w Jędrzejowie

Nagle na ulicy zrobił się ruch, konkretnie w okolicy zamieszkałej w większości przez chrześcijan. Młodzież i starsi mężczyźni, jak i żydowscy chłopcy, biegli w kierunku szosy Wodzisławskiej. Mówiono, że tam, hen daleko za pagórkiem, pojawili się żołnierze w niebieskich mundurach mówiący tylko po polsku - i że musza to być legioniści z austriackiej armii (…). Było też pewne, że jest wśród nich ich dowódca, Józef Piłsudski. Starsi mężczyźni rozmawiali o tym szeptem. Poważnie obawiano się, że Kozacy nagle wrócą i wezmą odwet doprowadzając do rzezi i rozlewu krwi. Ale mali psotnicy z zapałem i ciekawością, wybiegając żołnierzom naprzeciw, zaczęli krzyczeć: „Niech żyje Polska! Niech żyje Piłsudski!” Tak nauczyli nas wołać Polacy, i tak wołaliśmy razem z nimi. Z radością podeszliśmy do żołnierzy i zaczęliśmy z nimi rozmawiać po polsku. Siedzieli na niskich furmankach, które zarekwirowali chłopom z pobliskich wsi. Wypytali nas czy są w pobliżu Rosjanie, po czym zaczęli maszerować w kierunku miasta śpiewając polskie pieśni patriotyczne z Legionów. Dla nas dzieci była to ogromna radość. Byliśmy oszołomieni widokiem „prawdziwej broni” w rękach żołnierzy. Wkrótce [żołnierze] zarekwirowali dom Ferensa i mieszkanie doktorowej Basi Epsztajn [jedna z jędrzejowskich dentystek mieszkająca przy pl. Kościuszki 6 - przyp. MM], gdzie umieścili swoją komendanturę. Tutaj zatrzymał się dowódca i inni oficerowie Legionów, którzy w kolejnych latach zostali ważnymi urzędnikami państwowymi.
Wśród chrześcijańskich mieszkańców odżyła, dotąd uśpiona, nadzieja na odzyskanie przez Polskę niepodległości. Komendant miasta ustanowił biuro mobilizacyjne - mnóstwo ochotników zaciągnęło się do polskich Legionów. Była wśród nich także niewielka grupa Żydów - przede wszystkim zasymilowanych, ale nie tylko.
Minęło kilka dni, życie ustabilizowało się nieco. Zewsząd słychać było legionowe pieśni. Ochotnicy uczyli się wojennego rzemiosła. Wydawało się, że taki stan potrwa dłuższy czas ale nikt nie był w stanie przewidzieć co będzie dalej. Komendantura Legionów wydała całe mnóstwo nakazów ale nie przywróciły one normalnego trybu życia. Żydzi mogli odetchnąć - stosunek legionistów do Żydów był dobry. Wyczuwaliśmy z ich strony demokratycznego ducha.
Tak minęło kilka tygodni. W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że Legiony dotarły do Kielc, gdzie przebywały dzień-dwa, jednakże po [przegranej] walce z Kozakami musiały się wycofać.
Tymczasem życie w Jędrzejowie nadal toczyło się normalnie: w czwartki odbywał się targ. To były piękne letnie dni. Chłopi przyjeżdżali pełnymi furmankami. Również sklepy były pełne towarów. Wszyscy handlowali - kupowali, sprzedawali, jak gdyby nie było żadnej wojny.
W dzień targowy, gdy handel trwał w najlepsze, wybuchła nagle straszna panika. Na targowisku, pomiędzy kramami, pojawili się legioniści krzycząc by wszyscy czym prędzej rozeszli się do domów. Sklepy zamykano w pośpiechu, a część kupców postanowiła zabrać swoje towary do domów. Towary, które pozostały na targowisku oraz zamknięte sklepy, stały się [właściwie] bezpańskie i zaczęto je rabować. Pojawiło się obwieszczenie, że wszyscy mieszkańcy miasta muszą pozostać w domach, bramy i drzwi należy zamknąć i nie pokazywać się na ulicach ponieważ grozi to śmiercią.
Ulice momentalnie opustoszały i zaległa taka cisza, jakby w nie było [w mieście] ani jednej żywej duszy. Strach był wielki. Zasłoniliśmy okna tak aby nie było widać co dzieje się na zewnątrz. Zapadła noc, miasto okryły ciemności. Nie było światła elektrycznego, a zapalanie lamp w domach było zabronione. Tej nocy nikt nie spał - wszyscy nadstawiali uszu na to, co działo się na zewnątrz. Ale w miasteczku panowała grobowa cisza. W piątek o świcie jeden z naszych wdrapał się na dach domu by zobaczyć co dzieje się na ulicach ale szybko wrócił, przerażony panującą w mieście martwą ciszą.
Gdy wstał dzień, z sąsiedniego domu wyszła na ulicę „delegacja” by zobaczyć co się dzieje, a także by znaleźć trochę chleba. Po pewnym czasie [delegacja] obwieściła, że miasto jest wolne od legionistów, którzy w wielkim pośpiechu odjechali poprzedniego wieczora, rozkazując [jednocześnie] mieszkańcom by pozostali w domach…
W mieście nie pozostał żaden żołnierz. Wkrótce zorganizowano „straż obywatelską”, która przejęła rządy w mieście.
Żydzi, na ile mogli, rozpoczęli przygotowania do szabatu. Piekarze pospiesznie piekli chałę. Wszystko zdawało się być jak gdyby nigdy nic - z jednym wyjątkiem: wszyscy witali szabat wyłącznie we własnym domu lub z innymi Żydami mieszkającymi w tym samym budynku [chodzi o ceremonię powitania szabatu - Kabalat Szabat - przyp. MM].
Następnego ranka, w szabat, Żydzi wyszli na modlitwę - jeden do swojego „sztibla”, inny do bejs midraszu, po czym wszyscy w pokoju wrócili do domów. Odmówiliśmy kidusz [modlitwa szabatowa odmawiana nad kielichem wina - przyp. MM] i zjedliśmy co było w domu. Nagle zamieszanie - dwóch młodych Kozaków z lancami i nabitą bronią zjawiło się przed mostem na ulicy Kieleckiej. Przywołali do siebie chrześcijanina [jid. krist - zwykle chodzi po prostu o nie-Żyda] i rozkazali mu by w ich obecności przeszedł przez most w tę i z powrotem - aby upewnić się, że most nie jest zaminowany. Następnie galopem pognali na rynek. W tej samej chwili pojawiło się dwóch Żydów z siwymi brodami. W rękach trzymali srebrną tacę z chlebem i solą jako znak serdecznego powitania ze strony jędrzejowskich Żydów. Chcieli w ten sposób zapobiec masakrze Żydów.
Kozacy byli zadowoleni i zaczęli wypytywać czy są [w mieście] jeszcze jacyś austriaccy żołnierze. Powiedzieliśmy, że żadnych wojskowych już nie ma. Rozglądali się na wszystkie strony, po czym, po upływie pół godziny, odjechali. Niedługo później zjawił się oddział Kozaków (z brodami i bez), którzy rozpierzchli się po rynku. Strach było patrzeć na ich twarze. Chociaż Żydzi przygotowali powitanie, Kozakom przygotowano jedzenie i picie, a dzieci napoiły nawet ich konie, zdarzyły się niestety pojedyncze przypadki rabowania Żydów. Na całe szczęście nikt nie został zabity. 
W niedzielę pojawiły się liczne oddziały armii rosyjskiej - żołnierze różnych formacji, armaty i inna broń - po czym pojechały dalej w kierunku Krakowa. Rozpoczęła się prawdziwa gehenna Żydów - kradzieże i morderstwa. Z trudem można było zdobyć chleb ponieważ piekarze piekli wyłącznie dla wojska.
Zdarzył się przypadek, że córka Feldmana z ulicy Nieczystej [prawdopodobnie chodzi o ulicę Kościelną - ortodoksyjni Żydzi unikali często używania tej nazwy jak również innych, chrześcijańskich nazw ulic ze względów religijnych - przyp. MM], dziewczynka 13-letnia, została zastrzelona przez żołnierza w piekarni Zeliga Bekera gdy chciała kupić chleb [trudno ustalić czy chodzi o nazwisko Beker czy przydomek „Piekarz”. Nazwisko Beker nie występuje na liście jędrzejowskich Żydów w Księdze Pamięci]. Wśród Żydów panował wielki strach.
Z dnia na dzień w mieście było coraz więcej żołnierzy, którzy nocowali w domach mieszkańców miasta. Rabunki stały się codziennością.
Ajzyk Strasberg, modlący się w swoim tałesie podczas szabatu, w wyniku pomyłki został oskarżony o szpiegostwo. Rosjanie chcieli go powiesić ale bogaci Żydzi wielkim wysiłkiem uratowali go od pewnego stryczka. Życie ludzkie stało się bezwartościowe. Poza rabunkami zdarzały się też aresztowania Żydów za sympatyzowanie z polskimi Legionami. Pojawił się donos na kilku Żydów, którzy zostali zmuszeni dołączyć do Legionów. Aresztowano ich ale po długich staraniach zostali uwolnieni.
Tak minęło kilka tygodni. Rosjanie doznali ciężkich klęsk za Krakowem i musieli się wycofać w pośpiechu. Armia austriacka parła naprzód i pewnego pięknego ranka Rosjanie opuścili nasze miasto. Po krótkich walkach wokół miasta Austriacy, wraz ze swoim sprzętem wojskowym, wmaszerowali do Jędrzejowa.
W armii austriackiej było dużo Czechów, Węgrów i Polaków. Pomaszerowali oni dalej, aż pod Kraśnik. Kilka tygodni później losy wojny odwróciły się po raz kolejny i Rosjanie znów pojawili się w Jędrzejowie. Ponownie wróciły ciężkie czasy - życie stało się dla Żydów piekłem. Na całe szczęście nie trwało to długo. Na Rosjan spadło mocne uderzenie, straty były wielkie. Opuścili Jędrzejów, a front na sześć długich zimowych miesięcy zatrzymał się pomiędzy Jędrzejowem a Pińczowem. Austriacy byli w Jędrzejowie, Rosjanie w Pińczowie. Z nadejściem wiosny Austriacy przypuścili wielką ofensywę i odepchnęli Rosjan daleko od naszych stron.
Jak wiadomo, wojna trwała cztery lata. Pod władzą austriacką Żydom żyło się znacznie lepiej niż w carskim reżimie. Rozwijało się życie społeczne, na żydowskich ulicach organizowały się partie syjonistyczne i stowarzyszenia socjalistyczne. Wszyscy mieli nadzieję, że wraz z końcem wojny, dla Żydów zacznie się nowy czas, wolne życie. Trwało to do 1917 roku kiedy w Rosji, Niemczech i Austrii wybuchły rewolucje.
Pewnego pięknego ranka zobaczyliśmy absurdalny obrazek - oto Polacy napadli na niemieckich i austriackich oficerów i żołnierzy i odebrali im broń. Wojskowi właściwie nie stawiali oporu. Polska była wolna ale dla Żydów pierwsze dni polskiej wolności były trudne. Pogromy miały co prawda niewielką skalę ale czuło się, że życie Żydów jest nic nie warte. Wkrótce Żydzi zaczęli się organizować i walczyć o swoje prawa i żydowskie interesy. Żydowscy działacze społeczni rozwijali swoją działalność, zaczęli wchodzić do parlamentu.
Zaczął się nowy rozdział w historii Żydów w Polsce.

*

Księgi Pamięci Żydów jędrzejowskich - tłumaczenie z języka jidysz
[Sefer-HaZikaron LeYehudi Yendzhyev pod redakcją Shimshona Dov Yerushalmi, Tel Aviv, 1965]

Autor tłumaczenia: MICHAŁ MAZIARZ 

Zrealizowano w ramach stypendium z Funduszu Popierania Twórczości ZAiKS.



niedziela, 4 października 2026

KSIĘGA PAMIĘCI - Israel Gurtman / Kirjat Bialystok

Meir Morris Chinski (Mosze Chencinski)

Jednym z pierwszych i najważniejszych działaczy społecznych i politycznych w Jędrzejowie był po pierwszej wojnie światowej Mosze Chenciński. Do momentu gdy opuścił miasto i wyjechał do Stanów Zjednoczonych, napisał piękny rozdział w temacie odrodzenia działalności społecznej i politycznej w Jędrzejowie.
Chciałbym jednak przywołać kilka szczegółów z jego biografii.
Tak jak dla większości żydowskich dzieci w tamtym czasie, również dla niego „uniwersytetem” były cheder i bejs ha midrasz. Wnuk jędrzejowskiego szojcheta, „wielkiego reb Altera”, i syn Natana-Bera Chencinskiego, otrzymał tradycyjne religijne wychowanie. Przez pewien czas Tory uczył go dziadek, a następnie reb mełamed Meir-Jechiel, reb Dawid syn Efraima, reb Szlama Woler, reb Mendel syn Naftalego i Josele Brener.
Po skończonych zajęciach w chederze uczył się w bejs ha midraszu razem z innymi chłopcami, wśród których byli między innymi: Chaim Jehoszua Wilaga, Hirsz Ber, Mordechaj Rubinek. Oprócz Gemary, młody Mosze już wtedy interesował się żydowską literaturą i prasą. „Der Frajnd”, wydawany w Petersburgu [dziennik komunistyczny w języki jidysz - przyp. MM], który przychodził pocztą do domu jego ojca, czytywał nie tylko on sam - czytał go również na głos swoim kolegom.y
W roku 1905 (...) współpracował z grupą rewolucjonistów, na czele której stał w tamtym czasie Lejbl Sobkowski - przechowywał rewolwery i rewolucyjną literaturę. Pomagał swemu ojcu sprzedawać gazety - wśród nich również rosyjskie.
W roku 1909 wyjeżdża do Łodzi by uczyć się zawodu tkacza u córki Chaima Lejba Hamburgera.
(…) Za zaoszczędzone pieniądze kupuje żydowskie książki i gazety. Rozpoczęła się wtedy współczesna epoka, która wpływa na dalsze kształtowanie się poważnego działacza społecznego i partyjnego. Zaczyna pisać korespondencje dla „Hajntu” i „Momentu”.
W roku 1911 zostaje zmobilizowany do armii rosyjskiej. Kiedy wybucha pierwsza wojna światowa nadal jest w wojsku. Zostaje skierowany na front, po czym trafia do niewoli niemieckiej. W 1918 roku, po zakończeniu pierwszej wojny światowej i 4 latach niewoli, wraca ponownie do Jędrzejowa. Znajduje tam pole do zaangażowania w syjonizm i sprawy społeczne. Z najwyższym zapałem rzuca się do budowania organizacji Ceirej Cijon [Młody Syjon / Młodzi Syjoniści - ruch lewicowo-syjonistyczny utworzony w Rosji w 1903 roku, działał w Kongresówce i Galicji - przyp. MM] i zostaje jej sekretarzem. Jest delegatem na rejonową konferencję organizacji w Kielcach gdzie poznaje ówczesnych działaczy Ceirej Cijon - Izraela Mereminskiego [jednego z założycieli Ceirej Cijon, późniejszego sekretarza generalnego i skarbnika partii robotniczej Histadrut w Izraelu - przyp. MM], braci Grawickich i innych.
Zostaje również wybrany sekretarzem miejskiego komitetu, który obejmuje Ogólnych Syjonistów [centrowy odłam ruchu syjonistycznego, partia polityczna w czasach II RP - przyp. MM], Ceirej Cijon i Bnot Cijon [Córki Syjonu - grupa działająca w ramach syjonistycznego ruchu kobiet - przyp. MM].
Będąc zainteresowanym teatrem żydowskim, organizuje kółko dramatyczne, które wystawia sztuki w jidysz, wśród nich „Sonatę Kreutzerowską” według Jakowa Gordina [adaptacja noweli Lwa Tołstoja - przyp. MM]. [Mosze] reżyseruje spektakl i sam również w nim występuje.
W roku 1920 opuszcza Jędrzejów i przez Niemcy, Belgię i Kanadę dociera w końcu do Ameryki. Nie zrywa jednak ze swoją działalnością społeczną i partyjną. Zostaje członkiem Żydowskiego Narodowego Związku Robotniczego [prawdopodobnie chodzi o Jewish National Workers Alliance (NJWA) - syjonistyczną, ale związaną z językiem jidysz organizację założoną w 1912 roku] - jako kontynuację Ceirej Cijon. Jak wiadomo, tenże związek robotniczy był powiązany z Mapai [Partia Robotników Ziemi Izraela - lewicowa partia polityczna w Izraelu, związana z Dawidem Ben Gurionem, odegrała dużą rolę w historii kraju - przyp. MM]. [Następnie] zostaje sekretarzem wspomnianej organizacji, w której pozostaje aktywny do dnia dzisiejszego. Nie zrywa także [związków] ze swoim starym domem, a w szczególności Jędrzejowem. Interesuje się wszystkim co dzieje się w mieście, zakłada jędrzejowskie ziomkostwo w Ameryce, którego sekretarzem i jednym z najbardziej aktywnych członków pozostaje do dzisiaj.
Krótko po zakończeniu drugiej wojny światowej organizuje pomoc dla tych, którzy cudem się uratowali. W tym celu wyrusza do Kanady by i tam zmobilizować jędrzejowską społeczność do działania na rzecz tych, którzy wyratowali się z obozów - nie tylko by ulżyć im w ciężkich czasach, ale również by podnieść ich na duchu.
Jako przyjaciel Izraela odwiedza Kraj w 1950 roku, a w 1963 wraca wraz ze swoją żoną oraz bliskim przyjacielem, działaczem ziomkostwa jędrzejowskiego, błogosławionej pamięci Chaimem Jehoszuą Wilagą.
Gdy postanowiliśmy wydać Księgę Pamięci Żydów Jędrzejowskich, wiedzieliśmy, że pan Mosze Chencinski zrobi wszystko by jędrzejowscy Żydzi z Ameryki wsparli wydanie Księgi Pamięci zarówno moralnie jak i materialnie. Było dla nas jasne, że bez tej pomocy Księga nie powstanie.
Nie zawiedliśmy się. [Nasz] przyjaciel Mosze Chencinski zebrał [niezbędne] środki wśród innych, a także sam hojnie wsparł wydanie Księgi - również pisząc o dawnym Jędrzejowie.

*

Księgi Pamięci Żydów jędrzejowskich - tłumaczenie z języka jidysz
[Sefer-HaZikaron LeYehudi Yendzhyev pod redakcją Shimshona Dov Yerushalmi, Tel Aviv, 1965]

Autor tłumaczenia: MICHAŁ MAZIARZ 

Zrealizowano w ramach stypendium z Funduszu Popierania Twórczości ZAiKS.



czwartek, 1 października 2026

KSIĘGA PAMIĘCI - Eliezer Rubinsztajn

Polski hrabia w gościach u mego dziadka, błogosławionej pamięci Lemla Rubinsztajna

Było to w roku 1926. Byłem wtedy małym chłopcem i widziałem to wszystko na własne oczy, wyglądając przez okno.

Przed podwórzem dziadka zatrzymał się nagle piękny powóz zaprzężony w cztery konie. Z powozu wysiadł starszy pan, dziedzic, a za nim dama w wieku około pięćdziesięciu lat. Zapukali do drzwi i zapytali: czy mieszka tutaj obywatel Leml Rubinsztajn?

Mój dziadek, zaskoczony wizytą tak znamienitych gości, zaprosił ich by usiedli i czekał z przejęciem…

I posłuchajcie tej pięknej opowieści o wielkim osiągnięciu dawnej polskiej szlachty! [sarkastyczne określenie - bohater tej opowieści ocenia działania swoich gości jako niepraktyczne, absurdalne - przyp. MM]

„Jeździmy - powiedział dziedzic - od miasta do miasta, od sztetla do sztetla, i rozpytujemy w magistratach o najstarszych mieszkańców miejscowości. W jędrzejowskim urzędzie poinformowano nas, że najstarszym obywatelem miasta jest pan i dano nam pański adres”.

Dziadek wciąż był zdumiony ponieważ nigdy nie zamierzał wyjawiać swojego wieku obawiając się, ma się rozumieć, złego uroku. Dziedzic wnet zrozumiał w czym rzecz i rzekł: „Pański wiek znany jest nam już dzięki magistratowi. Chcielibyśmy tylko usłyszeć kilka opowieści z pańskiego długiego życia”.

Nie mając wyboru, dziadek zgodził się i oto co im opowiedział:

„Mając nie więcej niż piętnaście lat zostałem wcielony do armii. Wziąłem udział w wojnie turecko-rosyjskiej. Odsłużyłem carowi całe 12 lat..."

Dziadek nie żałował im i opowiadał przeróżne historie wojenne, [niemal] jak z „tysiąca i jednej nocy”.

Goście podziękowali mu z całego serca i rzekli: „Nie pożałujesz, żeś nam opowiedział o tylu interesujących wypadkach…”

Jakieś dwie godziny później zatrzymały się przed dziadkowym domem trzy wozy zapakowane po brzegi rozmaitymi workami, skrzyniami i innymi rzeczami. Był tam też starszy chrześcijanin, który wyglądał na zarządcę dóbr dziedzica. Wszedł do domu dziadka i zapytał: „Czy tu mieszka obywatel Leml Rubinsztajn?”. Otrzymawszy pozytywną odpowiedź wyjął list napisany przez „szalonego hrabiego” i jego małżonkę, i przeczytał: „W podziękowaniu za wszystkie informacje o wojnie turecko-rosyjskiej, które usłyszeliśmy od pana, przesyłamy trochę produktów dla pana i pańskiej rodziny”.

U dziadka nie było wystarczająco dużo miejsca na tak ogromny prezent. Zmuszony był zatem wynająć specjalny magazyn, który mógł to wszystko pomieścić.

„Fornale” zabrali się do pracy i świeżo wynajęty skład zapełnił się licznymi workami mąki, ziarna i innymi produktami spożywczymi. [Był też] Cały wóz ziemniaków, kapusty i buraków, rozmaitych owoców - jabłek, gruszek i śliwek, a nawet kilka snopków słomy do sienników.

Produktów było tak dużo, że starczyło by wykarmić nie tylko dziadka i jego rodzinę - dziadek rozdzielił też część produktów między biednych.

Podczas wizyty hrabiego i jego żony, mój dziadek był już stulatkiem ale miał przywilej długiego życia - zmarł w wieku 106 lat. Niech pamięć jego będzie błogosławiona!


*

Księgi Pamięci Żydów jędrzejowskich - tłumaczenie z języka jidysz
[Sefer-HaZikaron LeYehudi Yendzhyev pod redakcją Shimshona Dov Yerushalmi, Tel Aviv, 1965]

Autor tłumaczenia: MICHAŁ MAZIARZ 

Zrealizowano w ramach stypendium z Funduszu Popierania Twórczości ZAiKS.